Prawdziwa rewolucja

„Gdziekolwiek jest ludzka natura, tam jest dramat. Ale nie zawsze tam, gdzie się go upatruje”

Herkules Poirot

Ostatnie ruchawki sprawiły, że zakończyłam długo nieklejący się tekst o wewnętrznej wolności. Mam nadzieję dołożyć nim cokolwiek konstruktywnego, choć dla jednego czytelnika, w okresie bezmyślnej nawalanki tłumów, która nie stworzy niczego sensownego.

Po marszach kobiet domagających się wolności od stresu okołomacierzyńskiego możemy spodziewać się bowiem dalszych marszów wolnościowych. Wkrótce ojcowie będą domagać się wolności od utrzymania swoich dzieci, studenci żądać wolności od profesorów, profesorowie – wolności od studentów a kochankowie od siebie nawzajem. Całą tę wolność zapewni mityczne Państwo uosabiane przez starego patriarchę-króla i wszyscy odtąd będą żyli długo i szczęśliwie. Zanim to nastąpi i zasłodzimy się tym szczęściem na amen, zaproszę jeszcze do gorzkawej refleksji nad nie-wolnością, wewnętrznym więzieniem, przeciwko któremu nikt jakoś nie protestuje pod Sejmem.

Ciekawe zresztą słowo: u-więzi-enie.  Więź z nieuświadomioną strukturą, która staje się więzi-eniem. Bramy więzienia są otwarte, problem w tym, że kochamy więzienie. Odczuwamy więź z więzi-eniem, o paradoksie.

***

Nic mnie tak nie rozśmiesza (przez łzy)  jak postawa dziecka  widoczna u dorosłego; dziecka, który  mówi samoobronnie po zbiciu wazonu:  to on, to on, mamo, to jego wina, to nie ja. Dziecko budujące ego ma prawo tak mówić i to jest zrozumiałe. Jednak dorosły, który nie widzi konsekwencji własnych działań i twierdzi, że to tamten, tamten zły zbił wazon, pozostaje dzieckiem. Mamy infantylną narrację „krew na rękach’, „wyprowadził na ulice”, „zabronił” „kazał”, „odpowiada za to”. Prowadzą taką narrację ci, którzy umieszczają  „wolność wyboru” na sztandarach, choć są niezdolni do wzięcia odpowiedzialności za własne wybory tu-i-teraz. To prawdziwy pokaz zewnątrzsterowności.  Pragnienie wolności jest na plakatach a w duszach u-więzienie. Ludzie wewnętrznie uwikłani marzyć będą o wolności od wewnętrznego uwikłania, a ich psyche wyprojektuje na zewnątrz konflikt czy ucisk. Wewnętrzne pomieszanie nigdy nie jest łatwe do zniesienia,  nie obejmuje go ład świadomości. I tak można jednocześnie postulować „dymisję rządu” i żądać zmiany prawa przez ten rząd lub – jak to ma w zwyczaju lewicujący feminizm – żądać dla kobiety wolności od macierzyństwa i oburzać się jednocześnie na uchylanie się ojców od płacenia alimentów. Nie piętnuję tutaj braku logiki, ale pokazuję, że tak właśnie wygląda życie wewnętrzne: paradoksalnie. Niespójnie, wieloaspektowo.

Żeby odzyskać wolność trzeba choć zrozumieć czym jest więzienie i zajrzeć do kilku cel. Dramat nie leży w wyroku TK o aborcji, ale tam gdzie się go „nie upatruje”: w ludzkich nieświadomych umysłach.

Czytaj dalej Prawdziwa rewolucja

Co potem?

Świat przed katastrofą zawsze wygląda tak cicho i spokojnie.

Filifionka

Mam serię ulubionych zdjęć rodzinnych.  Zapis sylwetek i twarzy ludzi, którzy coś w moim umyśle znaczą, ale których osobiście nie znałam.  Zapis to na twardym, odpornym, pożółkłym fotograficznym papierze. Do tego piękne odręczne pismo, fantazyjnie wykrojone brzeżki. „Ukochanej”, „miłej koleżance”, „nie zapomnę”. Czasem i bez podpisów, co mnie złości, czuję się pominięta jako Potomek.

Oto toruńskie nabrzeże Wisły, poważna pani skarbnikowa z przychówkiem. W innej krainie, w kraju  Kraka, ławeczka przed domem, i fikus, nieco rachityczny, ale będący ewidentnie dumą pani domu, która pozuje z panem domu w otoczeniu sporej gromadki dzieciaków. Pozy jak z żurnala (kto powiedział że selfie to wynalazek naszych czasów?), modne fale i marynarskie kołnierze.  Na innych zdjęciach uliczki Skarżyska, stary Chevrolet, warszawskie Śródmieście, dawna Saska Kępa, nowonarodzona Gdynia. Matki i ojcowie, wesela i śluby,  obozy i namioty, poważne biura. Niektóre osoby – w miarę upływu Lat i zdjęć – przysuwają się do siebie, by wreszcie zapozować razem w odważnym narzeczeńskim zestawie a deux, jeszcze bez dodatku beta. Zalotnie rozwiana górskim wiatrem chusteczka. Poważne zdjęcie rodzinne, gdzie już lekko zaokrąglone podbródki i dwie dziewczynki z wielkim kokardami – te kokardy Uroczyste, specjalnie do Pana Fotografa.

Gdy oglądam te zdjęcia mój umysł dokonuje ogromnej pracy – dopowiedzeń, narracji. Lata dwudzieste i ławeczka przed domem -to jejmościanka po oplotkowanym szeroko mezaliansie. Moja Babcia w wielu lat szesnastu, już dojrzale uczesana w fale- bez warkoczy: czy wiedziała, że w jej macierzyństwo wkradnie się wojna? Ja to wiem. Rok 1933, a oni nie wiedzieli, co ich czeka i babka cioteczna chichocze (urocze dołeczki) na toruńskiej ulicy. Rok 1938, jak można było wtedy brać ślub, z czego oni się tak cieszyli na tym weselu, przecież zaraz wojna? Zaręczyny w 1942 roku, tu Auschwitz, krew, wywózki, rozstrzeliwania i łapanki, a  oni patrzą z nadzieją w przyszłość, tacy ładni: ona od niechcenia opiera się na ramieniu narzeczonego. Nadal czas wojenny, jeno wyjmij mi z tych oczu…, a dzieciaki krzywią twarze pod słońce i wyciągają ręce do matek a matki rozpływają się w uśmiechach – jak to do dzieci. Zabawy nad wodą, bezczelne spojrzenia w stronę roznegliżowanych pań, które  przeistoczyły się już z narzeczonych w żony i matki, ale figury mają jeszcze świetne. To rok 1946. Zalotna wiatrem chusteczka to 1950, terror stalinowski, i  wiem że właścicielka owej umrze wkrótce na raka, choć ze zdjęcia uśmiecha się pięknie…Tu jeszcze wargi pociągnięte mocno szminką, bo trzeba porządnie wyglądać na wycieczce w Iwoniczu Zdroju. „Kochani, pozdrawiam, pogodę mamy dobrą…”. Rok 1956 rok, odwilż gomułkowska i karteczka z widokiem ogródka.  „Kochane wnuczki, ciocia Basia miała anginę, ale już wstała i wróciła do biura” a ja wiem, że pani skarbnikowej po ciosach (po)wojennych został ogródek, wnuczki i jedna córkaCzytaj dalej Co potem?

O Miłości

Gdy czasem czytam różne  internetowe wypowiedzi , Miłość w nich zdaje się być czystym wymaganiem. Ludzie czytają koncept przez swoje braki i lęki. Wielu słyszy „miłość” (słyszy, bo radary ma nastawione na to czego mu brak i czego w nim brak) i już sobie wyobraża: że to samo dobro ma być, że czysta pielucha i pierś obfita, że bez cierpienia i wysiłku, że samo ciuciu, „sens” i „wartość”, że Tata na Chmurce, Matka w Płaszczu Gwiaździstym,  tudzież (w zależności od narracji, bo jest też narracja laickiego zbawiania zwana psychologią) Troskliwy Wewnętrzny Rodzic, albo też i  „gorące serce” oddzielone bezsensownie od zimnego „umysłu”… Czytaj dalej O Miłości

O współczesnym braku samorefleksji

Zdarzyła mi się w internetowej rozmowie zabawna sytuacja. A może smutna? Oto młode dziewczę na hasło „poczucie własnej wartości” odpowiada „no, przecież chodzę na fitness i nawet łydki mi się wyszczupliły”. Na sugestię „zbadaj kim jesteś” pada triumfalna odpowiedź „zrobiłam testy w necie. Jestem w tylu a tylu procentach psychopatką a w tylu a tylu procentach DDA”. Młody człowiek na sugestię, że przejawia myślenie charakterystyczne dla przemocowców pisze z wdziękiem: „ależ skąd,  ja jestem moralnym człowiekiem, przecież kobieta nie może oszukiwać a za oszustwo należy się kara”. Kto rozumny, ten pojął ślepą przewrotność.

Temat autorefleksji rozbija się o szybę pozornego obiektywizmu, behawioru i zewnętrznych źródeł wiedzy. Paradoksalnie, w kulturze, w której naczelną narracją jest „rozwój”, nurt samo-obserwacji pozostaje poza mainstreamem. I drugi paradoks- w kulturze narcystycznej ginie szacunek dla własnej, indywidualnej, subiektywnej duszy, pewnie dlatego, że ta narcyzów boli jak cholera. Wiedza trafia jedynie do pasjonatów. Nikt nie uczy młodych (i starszych też) samo-świadomości, nazywania poruszeń psyche i nie pomaga im w głębokim kontakcie ze sobą. Rodzice – pojęcia o tym nie mają. Szkoła nastawiona jest na wynik, propagandę i rywalizację. Kościół- jak ktoś się upiera przy tym źródle „duchowości” – krąży nie wokół samo-poznania a karania za uczucia, oceny moralnej i budowy maski hipokryty. Nauka- dla niej jednostka nie istnieje i stąd nurty „naukowe” rozczarują tych, którzy chcą wiedzieć coś więcej o sobie, obserwatorze, a nie o przedmiocie. Filozofia porusza ogólne, teoretyczne, intelektualne problemy z głęboką pogardą do „głupoty” i „małości”, czyli dominującej części naszej istoty. Znów nurty „duchowe” nie wiążą się z samo-poznaniem a stadnym zakupem zlepku jedynie słusznych opinii i kadzidełek oraz wyklęciem „ludzi o wąskich horyzontach”. Psychologia? Nic z tych rzeczy. Psyche-o-logia, wiedza o duszy, dawno już taką wiedzą przestała być redukując indywiduum – jak w cytowanym przykładzie- do „jednostki chorobowej”, behawioru, testu, diagnozy i procentów- bo jest nauką empiryczną i statystyczną o „człowieku” a nie o duszy Kowalskiego. Pewne nurty psychoterapii koncentrują się jeszcze na Głębi, ale to trzeba mieć szczęście, by nie nałykać się bajek a nauczyć się introspekcji i mówienia własnymi słowami. Czytaj dalej O współczesnym braku samorefleksji