Nie ratujcie Carreya

Świat zaniepokoił się stanem zdrowia psychicznego Jima Carreya. Z wielką troską portale piszą, że Jim Carrey zwariował. O wariactwie ma świadczyć to, że Carrey oświadczył, że nie istnieje. Co więcej, nie istnieje w jego mniemaniu też miła pani dziennikarka, która robi z nim wywiad. I że świat  sam w sobie nie ma znaczenia. Carrey ośmielił się powiedzieć między innymi tak:

“We’re a bunch of ideas cobbled together to look like a form. There’s a body and there’s a mind, but the body is part of the field of consciousness, just dancing for itself and it’s no different than a plant or a chair or your phone—it’s all one thing. Because we are sentient, there’s a consciousness, and we have to deal with this thing we create, like a fortress of ideas around it. So we say, ‘This is my name and this is my heritage and this is my nationality and here’s my hockey team and these are all of the things that I am.’ That’s the mistake.”
Ja się nie niepokoję. Carrey mówi bowiem to, co mówili mistycy i przebudzeni na przestrzeni dziejów, językami i obrazami przeróżnymi. Oczywiście tylko ci, co szczęśliwie wyszli z Doliny Ciemności (zwanej dziś chorobą, depresją), bo są i tacy co polegli. Mówili o iluzji ego i symbolicznej śmierci Ja, o grze pozorów, o iluzji Oddzielenia, o Jedni. Przekaz Carreya nie został rozpoznany, bo narracja Przebudzenia obija się gdzieś na marginesie kultury.

Czytaj dalej Nie ratujcie Carreya