O rozkoszowaniu się spektaklem

W czasie pandemii okazało się że wirtual nie jest tym samym co real nawet jeśli go lubimy czy używamy, i że w samym wirtualu ciężko psychicznie żyć. Wirtualna szkoła nie jest szkołą, niby są lekcje i koledzy, ale coś umyka. Wirtualne zwiedzanie nie jest faktycznym wyjazdem na wakacje i wypoczynkiem. Wirtualny pogrzeb nie jest faktycznym pożegnaniem. Praca zdalna jest ciągle świadczeniem pracy na rzecz pracodawcy, ba! daje nadal niewirtualny zysk, ale tutaj też coś umyka, rozłazi się w szwach.

Nie da się oszukać umysłu pikselami, choć – dla świętego spokoju i polityki – wielu udaje, że się da.

Piksele to nie żywe. Odczuwamy nieświadomy dystans do wykreowanego, wystudiowanego, sztucznego. Hejt nie bierze się tylko z anonimowości czy bezkarności w sieci a z dystansu jaki odczuwamy do pikseli. Z nieczułości wobec pikseli. Obraz to -dla twórcy i odbiorcy- bezpieczna kreacja. Być może stąd strach przed powrotem do realu i pokazaniem swojej – żywej, prawdziwej, wymagającej czułości, niekontrolowanej, stąd i bezbronnej – twarzy.

Wadze wirtualnych obrazów przyjrzał się Paweł Dybel, autor cytowanej poniżej książki „Rozum i nieświadome”.

Czytaj dalej O rozkoszowaniu się spektaklem

Nowa Fordlandia

Fordlandia to osada dla pracowników przemysłu pozyskiwania kauczuku, założona przez Forda w latach 20 XX wieku. Kolonia w Amazonii w stylu american dream. Korporacyjny system totalitarny, w którym pracodawca dbał o dobro swoich pracowników licząc na zwiększony zysk. Owo dobro było jednak nienegocjowalne, realizowane przemocą według korporacyjnych wyobrażeń, a w imię tego dobra pracodawca pozbawiał pracowników autonomii. Reżim sanitarny, kultura protestancka, prohibicja, ośmiogodzinny dzień pracy bez sjesty pojawiły się na kursie kolizyjnym z mentalnością południowoamerykańską. To musiało się skończyć  i skończyło się katastrofą. Kiepski biznes, panie Ford.

Fordlandia przypomniała mi się, gdy natknęłam się na reklamę start-upu Małgorzaty Ohme, pani z telewizji, bywalczyni pudelka, i przy okazji „psycholożki”. Pomysłem jej teamu jest – już bez żenady, wręcz bezczelnie, nazwany wprost – mariaż psychologii z korpobiznesem w celu generowania wyższych zysków pracodawcy. Platforma online, do której  subskrypcję opłaci światły (jak napisano pochlebczo w artykułach: „progresywny”) pracodawca, ma dać pracownikom dostęp do różnych form psychobiznesu: „platforma zapewnia bezpieczny i poufny dostęp do całodobowej opieki terapeutycznej oraz coachingu na żądanie osobom zmagającym się m.in. ze stresem, z wypaleniem zawodowym oraz silnymi emocjami.”, czytam. Czekają grupowe warsztaty, pakiety mindfulness i kołczingowe sesje. Oczywiście, pod pretekstem walki „z negatywnymi psychicznymi konsekwencjami COVID-19 w Europie” i pod sztandarem „odporności na stres”. Pomogą w tej walce takie osiągnięcia naukowe jak „psychologia pozytywna, psychoterapia systemowa czy terapia poznawczo-behawioralna”. Brawo wy.

Czytaj dalej Nowa Fordlandia

Yin i Yang

Źle się dzieje w państwie duńskim, jako że temat aborcyjny, jak królik z kapelusza, zawsze jest wyciągany politycznie, gdy w państwie duńskim źle się dzieje. Musi więc dziać się cholernie źle, ale zamiast o tym rozprawia się teraz o płodach, wolnych cipkach, obronie kościołów, piekle kobiet w spodniach czy mężczyzn w sukienkach. Trolle i szczujnie opcji wszelakich oszalały. Dylemat aborcyjny, nierozstrzygalny jak kwestia kury i jajka, świetnie nadaje się do napędzania plemiennych emocji i karmienia egotycznych zjaw. Cynicznie napiszę, że te tysiąc przeprowadzonych legalnie aborcji jest kroplą niewartą walki żadnej ze stron. Żaden konsensus aborcyjny w tym kraju nie istnieje, ale istnieje turystyka aborcyjna i podziemie, legalną aborcję dawno zablokowano „klauzulą sumienia”, a problemy rozwiązuje się tak jak zawsze – pieniędzmi, choć zawsze wygodniej jest myśleć, że problem rozwiąże Państwo. Że jakiś dziadek posiadający w powszechnym przekonaniu moce nieziemskie da zdrowe dziecko, gdy będzie chciane/nie da żadnego dziecka, gdy będzie niechciane, usunie jednostkowy wewnętrzny i zewnętrzny konflikt, zapewni zdrowemu dziecku ojca, zdrowej matce alimenty i związek pełen dozgonnej miłości. Wiara w nieskończone karmienie przez Matkę-Państwo jest właśnie… nieskończona, zarówno zwolenników opcji pro-choice jak i pro-life.

Zwolennicy opcji pro-choice zresztą dawno batalię przegrali  ignorując wagę języka, obrazów, siły fantazji okołomacierzyńskich i nieświadomego, i dopuszczając do głosu narrację „życie poczęte”, „zabijanie niewinnych istot”, bo z taką narracją, jakże prostą, po prostu dyskutować się nie da.

Obie strony trzymają się w klinczu mocno, jedno bez drugiego żyć nie mogąc. Jedno napędza szaleństwo drugiego. Co ciekawe, obie strony mają rację, obejmując inne aspekty wewnętrznego konfliktu i człowieczeństwa. Są w wiecznym dialogu, jak symbol yin i yang, z kropeczką przeciwnego waloru w środku, którym to kropeczkom próbują zaprzeczyć i je wymazać marnując na to mnóstwo energii. Poczucie świętości życia, intymność, wyrok losu, cierpienie, napędza ucieczkę w stronę  świadomego wyboru, praw człowieka i medycznego zwycięstwa nad rozpaczą. I na odwrót.

I tak na przykład, wśród płaczów o „piekle kobiet” po ogłoszeniu wyroku TK,  w  natemat.pl, na tej samej stronie i w tym samym momencie opublikowano  inne piekiełko, wywiad z panem Rudzińskim, ginekologiem pracującym w Niemczech. Fragmenty wypowiedzi:

Czytaj dalej Yin i Yang

Faraon

„Faraon”, książka Bolesława Prusa,  jest piękną kompilacją wątków historii starożytnego Egiptu. Utkaną z uwagą, z czułością do źródeł, ale jakże współczesną, pojemną znaczeniowo. Niedawno z przyjemnością wzięłam w dłonie sfatygowany egzemplarz, prawdziwą „cegłę”, którą jeszcze czytałam jako gówniara (oj tam oj tam, kilka kropli barszczu, zasuszona trawka czy rozgnieciona muszka na stronie 342…). Postępowy, wrażliwy następca tronu Ramzes contra stary, przebiegły, pozbawiony skrupułów kapłan Herhor, tak to można odczytać i pewnie na poziomie lektury szkolnej tak jest do dziś odczytywane. Zawsze było mi żal młodego Ramzesa i nie rozumiałam co się stało, dlaczego jego plany i wizje się załamały?  Ale już gówniarą nie jestem i wiem, że doprawdy tu nie chodzi o kapłanów i ich polityczno-ekonomiczną moc na ziemi, tej ziemi.

„Faraon” to opowieść o potrzebie oparcia Państwa o element irracjonalny (poza-racjonalny, metafizyczny). O tym, że Państwo oparte jest o mit. Spór toczy się o interpretację i władcę państwowego mitu a nie o władzę.

Herhor zdaje sobie z tego sprawę, młody Ramzes nie.

Inaczej rzecz ujmując, w książce śledzimy spór nowoczesnej wizji państwa opartego na umowie i racjonalnym porządku z państwem pojmowanym jako nieświadoma struktura nierówności/przemocy/Cienia.

Mimo że nie lubimy tej idei, porządek kulturowy opiera się na społecznych różnicach. Na bardzo delikatnej, niematerialnej, symbolicznej hierarchii od Nad-Ja, pewnego ideału (ideałów), do Wykluczonych i Ofiarowanych. Próba  zatarcia różnic (np. w czasie epidemii, o czym za R. Girardem pisałam tutaj) kończy się buntem i fiaskiem, bo społeczeństwo będzie chciało – dając temu wyraz w różny sposób – te różnice odbudować. Odbudować czasem siłą, niekontrolowaną tak, jak niekontrolowana jest rozpacz po rozpadzie Ładu.

Oczywiście, ten spór miedzy racjonalnym i nieracjonalnym przebiega również na poziomie jednostki a struktura od Nad-Ja do obszarów wykluczonych odpowiada (jednemu z wielu ujęć) struktur umysłu. Jednostka deklaruje pragnienie równości, jednak postępuje nieświadomie tak, by zbudować wewnętrzny (i zewnętrzny) konflikt, wynieść na piedestał pewne treści i wykluczyć inne, zabić je, by zachować dobry-spójny obraz siebie/swojej grupy.

Czytaj dalej Faraon

Udurnienie

Produktywność? Skuteczność? Pośpiech? Leitmotivy naszej kultury. Na wymóg produktywności i skuteczności ludzki umysł odpowiada nowymi wzorcami myślenia, a raczej wyuczonej bezmyślności, zauważa psychoanalityk Christopher Bollas. 

Te wzorce myślenia – w przeciwieństwie do popędów, afektów czy wspomnień – nie są wrodzonymi formami reagowania na siły wewnątrzpsychiczne; to promowana przez współczesną kulturę mentalność, do której ego wypracowuje sposoby adaptacji. Wzorce te istnieją więc w oderwaniu od złożonej sieci unikalnych dla każdej osoby mechanizmów psychodynamicznych.

Pod uciskiem kultury, która nie jest w stanie pomóc w przepracowaniu zbiorowych i indywidualnych traum, jednostka oddala się od wyobraźni, fantazji, snu, poruszeń duszy w stronę podpięcia się do systemów informatycznych. Wygodne i bezmyślne życie normopaty musi być czymś wypełnione. Pozory wypełnienia daje uczestnictwo w wirtualu, w społeczeństwie globalnym. Self transmisyjne, czyli jednostka wielozadaniowa podpięta pod wirtual, staje się elementem globalnego łańcucha zarządzania informacją. Jego twórcą i tworzywem. Żyje w dalszym rozszczepieniu, w multi-światach, przechodząc płynnie od wirtualu do realu:

Nie lubimy myśleć o sobie jako o odpowiedniku iPada, smartfona albo podobnego urządzenia, ale staliśmy się przedłużeniem tych obiektów, podobnie jak one są przedłużeniem nas. W tym sensie jesteśmy teraz ważnymi elementami świata urządzeń przekaźnikowych: kiedy unowocześniamy te urządzenia, unowocześniamy samych siebie.[…]

…Self podłącza się do systemu i dostraja do częstotliwości globalnej społeczności jako jej odległy uczestnik. Dysocjacja poprzedza obecnie akty zaangażowania, ponieważ dekady działalności dysocjacyjnej stały się częścią adaptacyjnej struktury psychicznej. Internet umożliwia systemową psychiczną ucieczkę od realności, ponieważ w wirtualnej rzeczywistości żyjemy za pośrednictwem awatarów; nasze sobowtóry umożliwiają wchodzenie w relacje on line i wypowiadanie się się poprzez zastępcze wersje naszych osobowości. Jednak choć Facebook pozornie odsłania cały obraz self, widzimy tam jedynie migawki spotkań ze światem rzeczywistym

Internet, informatyczne systemy zarządzania, narzędzia informatyczne, które miały służyć ekspresji jednostki, jej pracy czy głębokiemu kontaktowi z innymi stają się czymś, co zmienia ludzki sposób myślenia i postrzegania. Oj, przestańmy się oszukiwać: nie używamy Fastnetu, on używa nas.

Szybkość, efektywność, wielozadaniowość, technokracja, udoskonalanie, materializm… Współczesność to starcie elementu ludzkiego z systemowym. Z punktu widzenia szybkości i efektywności w starciu tym musi ulec element ludzki – jako słabszy, wolniejszy, „głupszy”, niespójny. Zalew informacji widoczny jest na zewnątrz, ale i na planie wewnętrznym także obserwuję stałe napięcie. Swoje i innych. Szaleje Wewnętrzny Poganiacz, Wewnętrzny Liczykrupa, Wewnętrzny Kontroler Procesów. Czas musi być wykorzystany, żadnego marnowania, rozmemłania. Czas to pieniądz a to już coś, to się liczy. Zauważam, że często pojawia się poczucie winy, gdy się po prostu jest i oddycha, nic nie robi „konstruktywnego”, nie doświadcza niczego wymiernego czy tego, co można umieścić w necie jak spektakl. Lub następuje totalne odreagowanie po gwałtownym i długim spięciu. Iksjon na płonącym kole między manią a depresją.

Jakie to nowe formy myślenia zakorzenił w nas Fastnet? Bollas odpowiada: horyzontalizm, homogenizacja, operacjonalizm, ogląd – wzrokofilia, myślenie refrakcyjne.

Czytaj dalej Udurnienie

Normopatia czyli unicestwienie

Odbyłam, dość dawno, pewną rozmowę internetową. Wydawało się, że taka jedna z wielu, ale osad po tej rozmowie pozostał mi do dziś. Niepokój? Obrzydzenie? Współczucie? Długo nie potrafiłam zdefiniować co takiego uderzyło mnie w tej wymianie postów, aż wreszcie oświeciła mnie myśl: mój rozmówca kompletnie ignorował, anulował, wręcz anihilował swoje (i cudze) życie wewnętrzne.  Nic takiego w jego świecie nie istniało. Mózg to umysł, praca terapeutyczna to prosty instruktaż Mój interlokutor był dumny, bo został – jak twierdził – „wyleczony” z jednego typu kompulsji przez psychologa, który wykazał mu logicznie (co przy kompulsjach trudne nie jest), że jego zachowania są irracjonalne. Wystarczyły do tego dwie konsultacje i to była „skuteczna terapia”. Mózg to mechanizm. Życie to zewnętrzne dane, najlepiej naukowe. Przeczuć, snów, wewnętrznych konfliktów czy nieświadomego nie ma. Po prostu. Są „złe” wydarzenia zewnętrzne, jest obiektywizm, jest nauka psychologiczna i jest biochemia.

Można by powiedzieć: człowiek bez duszy? Ale tam. Dusza dobijała się do głosu cierpieniem, lękami i lekami (bo to się rymuje), nerwicą, depresją, kompulsjami, nienawistną fascynacją psychoanalizą i procesem terapeutycznym – przy jednoczesnym stałym odrzucaniu możliwości podjęcia choć krótkoterminowej terapii w realu. Mój rozmówca był przy tym zagorzałym zwolennikiem PiSu i metod przemocowych. O opozycji pisał znacząco „Zignorować głupich”, bo tak samo ignorował swój wewnętrzny świat i głosy inne niż Ja. Nie dziwi taka opcja polityczna. Faktycznie, wielkiej przemocy trzeba, żeby udawać, że coś nie istnieje, gdy istnieje. I boli.

Według mojego interlokutora źródło cierpienia nie może zostać zlokalizowane. Jako nieznane jest zagrażające i musi być niwelowane chemią. Co więcej, refleksja (odbicie umysłu w samym sobie) jest wręcz zabójczo bolesna a wgląd śmiercionośny, bo „umysł nie jest stworzony do badania samego siebie”. Mój rozmówca pytał jednak o źródła cierpienia swojego psychiatrę, który odpowiedział „Panie, gdybym to wiedział, Nobla bym dostał…”. I tak wiódł ślepy kulawego. Oni nie wiedzą, bo nie widzą.

No to ja się po Nobla zgłoszę, bo wiem.

Wypowiedzi tego chłopaka były inteligentne, ale bezmyślne.

***

Tę wymianę przypomniałam sobie przy lekturze książki „Znaczenie i melancholia. Życie w epoce oszołomienia” Christophera Bollasa, psychoanalityka, który pokusił się o (bardzo ogólną) analizę kultury Zachodu ostatniego wieku. Bollas pomógł mi nazwać przyczyny niesmaku po tej przebrzmiałej rozmowie. Zresztą sam miał z tym kłopot, mimo że kontaktował się zawodowo z tego typu ludźmi. Osobowość normopatyczna, transmisyjne self – to dominujące postawy naszych czasów. Okaleczone.

Czytaj dalej Normopatia czyli unicestwienie

Brudny Harry dusi George’a Floyda

Konflikt wokół śmierci George’a Floyda wydaje się biało-czarny. Oburzenie jest zrozumiałe, bo nikt nie chce żyć w świecie, w którym na ulicy człowiek dusi drugiego i wydaje na niego wyrok bez sądu. Ale nie znajdzie się również wielu, którzy chcieliby żyć w świecie, w którym złodziejaszkowie płacą fałszywymi pieniędzmi. Niewielu – czego też nie da się ukryć – chce żyć w świecie propagandy, w którym z papierowego ojca, narkomana i recydywisty robi się anioła Jedynie Słusznej Sprawy lub próbuje na siłę zawstydzać opinię publiczną rzekomym Oczywistym Dobrem (no, podpisz się, podpisz się).

Było nie było, każdy kto nadaje strumieniowi rzeczywistości sens za pomocą etykietki „kolor skóry”, czy to czarnej czy białej, jest rasistą ponieważ „rasa” jest dla niego, w jego widzeniu i konstruowaniu świata, relewantna. Mamy więc w pierwszej warstwie spór rasistów wolących kolor czarny z rasistami wolącymi kolor biały. Tudzież odwrotnie.

Ale zostawmy kolory i stereotypy, bo wydają mi się nie tak ważne. Przecież tak czy inaczej, czarny, biały czy bordowy w kropki szmaragdowe jest równoważną postacią ze snu Brahmana.  Myślę też, że nie wystarczy wspomnieć, iż w chwilach kryzysu społeczeństwa odtwarzają konflikty na jakich zostały zbudowane. W Polsce to dynamika Pana-Chama i Plebana, w USA, zdaje się, nadal Południe walczy z Północą o wizję Nowego Jeruzalem. Poza czarno-białym kontrastem jest więcej.

Czytaj dalej Brudny Harry dusi George’a Floyda

Co potem?

Świat przed katastrofą zawsze wygląda tak cicho i spokojnie.

Filifionka

Mam serię ulubionych zdjęć rodzinnych.  Zapis sylwetek i twarzy ludzi, którzy coś w moim umyśle znaczą, ale których osobiście nie znałam.  Zapis to na twardym, odpornym, pożółkłym fotograficznym papierze. Do tego piękne odręczne pismo, fantazyjnie wykrojone brzeżki. „Ukochanej”, „miłej koleżance”, „nie zapomnę”. Czasem i bez podpisów, co mnie złości, czuję się pominięta jako Potomek.

Oto toruńskie nabrzeże Wisły, poważna pani skarbnikowa z przychówkiem. W innej krainie, w kraju  Kraka, ławeczka przed domem, i fikus, nieco rachityczny, ale będący ewidentnie dumą pani domu, która pozuje z panem domu w otoczeniu sporej gromadki dzieciaków. Pozy jak z żurnala (kto powiedział że selfie to wynalazek naszych czasów?), modne fale i marynarskie kołnierze.  Na innych zdjęciach uliczki Skarżyska, stary Chevrolet, warszawskie Śródmieście, dawna Saska Kępa, nowonarodzona Gdynia. Matki i ojcowie, wesela i śluby,  obozy i namioty, poważne biura. Niektóre osoby – w miarę upływu Lat i zdjęć – przysuwają się do siebie, by wreszcie zapozować razem w odważnym narzeczeńskim zestawie a deux, jeszcze bez dodatku beta. Zalotnie rozwiana górskim wiatrem chusteczka. Poważne zdjęcie rodzinne, gdzie już lekko zaokrąglone podbródki i dwie dziewczynki z wielkim kokardami – te kokardy Uroczyste, specjalnie do Pana Fotografa.

Gdy oglądam te zdjęcia mój umysł dokonuje ogromnej pracy – dopowiedzeń, narracji. Lata dwudzieste i ławeczka przed domem -to jejmościanka po oplotkowanym szeroko mezaliansie. Moja Babcia w wielu lat szesnastu, już dojrzale uczesana w fale- bez warkoczy: czy wiedziała, że w jej macierzyństwo wkradnie się wojna? Ja to wiem. Rok 1933, a oni nie wiedzieli, co ich czeka i babka cioteczna chichocze (urocze dołeczki) na toruńskiej ulicy. Rok 1938, jak można było wtedy brać ślub, z czego oni się tak cieszyli na tym weselu, przecież zaraz wojna? Zaręczyny w 1942 roku, tu Auschwitz, krew, wywózki, rozstrzeliwania i łapanki, a  oni patrzą z nadzieją w przyszłość, tacy ładni: ona od niechcenia opiera się na ramieniu narzeczonego. Nadal czas wojenny, jeno wyjmij mi z tych oczu…, a dzieciaki krzywią twarze pod słońce i wyciągają ręce do matek a matki rozpływają się w uśmiechach – jak to do dzieci. Zabawy nad wodą, bezczelne spojrzenia w stronę roznegliżowanych pań, które  przeistoczyły się już z narzeczonych w żony i matki, ale figury mają jeszcze świetne. To rok 1946. Zalotna wiatrem chusteczka to 1950, terror stalinowski, i  wiem że właścicielka owej umrze wkrótce na raka, choć ze zdjęcia uśmiecha się pięknie…Tu jeszcze wargi pociągnięte mocno szminką, bo trzeba porządnie wyglądać na wycieczce w Iwoniczu Zdroju. „Kochani, pozdrawiam, pogodę mamy dobrą…”. Rok 1956 rok, odwilż gomułkowska i karteczka z widokiem ogródka.  „Kochane wnuczki, ciocia Basia miała anginę, ale już wstała i wróciła do biura” a ja wiem, że pani skarbnikowej po ciosach (po)wojennych został ogródek, wnuczki i jedna córkaCzytaj dalej Co potem?

Mapa nie jest terytorium

Kolejny tydzień celebrujemy wybuch grupowego nieświadomego, czyli tzw. „pandemię koronawirusa”. Piszę „celebrujemy”, bo okres pandemii niewątpliwie wiąże się z pewnym odczuciem frajdy towarzyszącej rozluźnieniu znanego społecznego gorsetu. Gdyby tego wybuchu nie było, nastąpiłby inny fenomen, bo System, jak pisałam wielokrotnie- dochodzi do ściany. Gdyby nie było pandemii, należałoby ją wymyślić, gdyż wyzysk, odejście od Natury/Realu, miejskie zatłoczenie i nie-normalność życia stają się nie do wytrzymania. Teraz to, co ukryte, wychodzi z całą mocą. Można więc -od czasów ogłoszonej oficjalnie pandemii- nie w myślach, ale w uczynkach i bezkarnie demonstrować obrzydzenie do drugiego. Można swobodnie donosić na sąsiada tylko z powodu jego kaszlu a nie nowego samochodu. Można otwarcie pałać niechęcią do dzieci (bo roznoszą) i do starszych (bo zabierają silniejszym).  Nagle nie trzeba się samoograniczać w zakresie lajfstajlowego żywienia – modne diety wykluczenia rozumiem tu jako nieświadome pragnienie ograniczenia nadmiaru – bo ograniczenie męczącej obfitości grupowa psyche rozegra na zewnątrz, przez problemy z dostawami. W obfitości jest za to „wolny czas”, rzekomy przedmiot marzeń, i oto staje się on ciężarem, zmusza do konfrontacji  z tym, co do tej pory było szumem życia zagłuszane. „Wolny czas” (jak i „częsty kontakt z bliskimi”) był pozornym pragnieniem, pragnieniem, które nigdy miało się nie spełnić, pragnieniem, dzięki któremu można było mówić „gdybym tylko miał czas, to”. I nagle zostajemy złapani w pułapkę własnych samo-oszustw. W „wolnym czasie” biegnie się więc po uspokajacz, do Wielkiej Matki Karmiącej, czyli do Internetu, bo tak zostaliśmy wytresowani, że tam cyc. I z cyca ma lecieć dotychczasowa obfitość, uspokajacze, szumek dla zagłuszeń pustki i symulacrum życia. Czytaj dalej Mapa nie jest terytorium

Co jest dziś tabu

„Mały bachorek ma określone inne granice niż starsze dziecko”

„Dorastające dziecko może być arcygłupie”

„Jeśli robisz partnera ze swojego dziecka, to prawie tak jakbyś robiła z niego homoseksualistę”.

„Zazwyczaj kobiety, które mają tak rozpuszczone dzieci mają też kłopot z utrzymaniem granic z innymi dorosłymi, na przykład w pracy czy kontaktach codziennych”

„Dziecko powinno czuć strach przed karą (…) Niezależnie od tego czy dziecko płacze, przeprasza, błaga”. „Ostatnio komuś powiedziałam, że moim zdaniem pierwszym uczuciem, którego dziecko powinno doznawać wobec rodziców jest respekt. Pewnie cię to oburzy, ale mówię oczywiście o lekkim strachu wobec matki i ojca.” (Suzan Giżyńska) „W ogóle mnie to nie oburza (…) Dziecko musi wiedzieć, że matka wie lepiej”.

To cytaty z książki „Instrukcja obsługi dzieci” Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej. Cytaty komentowane szeroko, które wkurzyły opinię publiczną do tego stopnia, że wydawnictwo Zwierciadło poczuło się zmuszone wstrzymać wysyłkę tej książki. „Instrukcja” naruszyła tabu i w sumie dobrze wiedzieć, że w „rozpuszczonej”, nomen omen, kulturze jest jakieś tabu, bo wydaje się, że owo wymięka nam jak śnieg na Antarktydzie.  O tabu mówią- nie bezpośrednio- komentarze oburzonych. Dziś o tym, co mówi oburzenie klasy średniej (bo do tej warstwy skierowana jest książka i komentarze) .

Bardzo pouczający – jeśli chodzi o treści zakazane wśród klasy średniej- jest artykuł Ewy Bukowieckiej-Janik. Poniżej jego fragmenty z moim komentarzem, który nie jest tłumaczeniem intencji autorek „Instrukcji”. Czytaj dalej Co jest dziś tabu