Psychoterapia w masce (2)

Odsłona druga: „niepowodzenie” i historie pacjentów

Odsłona pierwsza: tutaj

NIEPOWODZENIE

Książka Tomasza Witkowskiego nosi podtytuł „Rozmowy o terapeutycznych niepowodzeniach”. Nie znalazłam w niej jednak prostej definicji „niepowodzenia terapeutycznego”, „nieudanej terapii” czy „terapeutycznego nadużycia”. Raczej zaklinanie: „psychoterapia przysparza cierpienia”, „psychoterapia niszczy życie”. Lub też racjonalizacje pacjentów, którzy przypisują swoją obecną sytuację życiową złemu wpływowi terapii.

 

Obok zaklinania – szereg ambiwalencji. Na przykład: cierpienie. Cierpienie wydaje się w porządku, jeśli mija po terapii. Jeśli nie mija, to nie jest w porządku i jest to wina terapii. Podobnie pacjent. Z jednej strony, gdy zgłasza się do gabinetu, to „świat mu się wali”, nie ogarnia, nie ma pojęcia o modalnościach, nie odróżnia psychologa od psychiatry i wiesza się na psycho jak dziecko. Z drugiej strony, gdy tylko wyjdzie z gabinetu, i to niezadowolony, to jego relacja z tego, co działo się w gabinecie ma  być adekwatna, racjonalna, umotywowana, słuszna.

Zastanowiła mnie moc, jaką w fantazjach przyznają terapeutom cytowani pacjenci. Moc uśmiercania. Moc wpędzania w alkoholizm. Moc Buddy. Moc budzenia do miłości. Moc narzucania norm. Moc bezbłędnej diagnostyki medycznej. Pewnie stąd rozczarowanie rozmówców. Terapeuta nie jest bowiem bogiem ani wieczną miłością ani wiedzą głęboką. Nikt takiej roli nie uniesie. Przy lekturze miałam często wrażenie, że Autor i jego rozmówcy  wnoszą pretensje, że terapeuci nie są nadludźmi i nie chodzą po wodzie.

 

Jak jednoznacznie zdefiniować niepowodzenie terapeutyczne? Nie da się, tak jak cierpienia czy osoby pacjenta. Świat nie działa na prostej dźwigni skutku i przyczyny. Czy próba samobójcza w trakcie terapii/analizy to wina terapeuty czy tego, co pacjent nosi w głowie? Czy może jednego i drugiego? Jeśli tak, to jak to rozdzielić? Da się w procentach? W jaki sposób oddzielić przeniesienie od nieprzeniesienia? Nie da się tego określić. Jeśli pisze się o niepowodzeniach to myślę, że trzeba je jakoś zdefiniować, bo tak naprawdę odbiorca czyta o pretensji, żalu, złości, rozgoryczeniu pacjentów, którzy wyszli z terapii.

Z drugiej strony wyczuwamy oczywistość, że terapeuci czasem zakłócają wewnętrzny proces klienta. W spowiedziach u Witkowskiego przykładów zakłóceń mamy mnóstwo: interwencje nie w porę, milczenie, które klient latami odbiera jako wrogość; kulejące relacje; brak granic i zaproszenie do relacji intymnych, niezrozumienie sytuacji, zadufanie i sztywność, wyjście z roli Tego-Który-Słucha etc. Zauważyłam jednak, że żaden z opisywanych przez pacjentów terapeutów nie odpowiada rysopisowi sadysty-manipulatora-ignoranta. Gdy terapeuci widzą swój błąd, próbują go jakoś naprawić, podtrzymać relację, może nieudolnie: zbudować rozmyte granice, wytłumaczyć powód swoich interwencji, zmienić formę (np z analizy kozetkowej na twarzą w twarz), zaprosić do refleksji etc. Są wreszcie i postacie, o których pacjenci wypowiadają się ciepło. Ba! miałam też wrażenie, że niektóre relacje ze „złych terapii” brzmią jak relacja z kłótni z kochankiem.

W cytowanych opowieściach pojawia się rys tragiczny. Gdyby każdy z uczestników wydarzeń mógł się wypowiedzieć (słyszymy tylko jedną stronę ze względów oczywistych), powiedziałby pewnie: działałem/am w najlepszej wierze, nie rozumiałem/am, nie miałem/am niczego złego na myśli, mogłem/am inaczej, ale wtedy nie wiedziałem/am, że trzeba inaczej. Ból świata nie bierze się – o paradoksie – z ludzkiego błędu, ale z jak najlepszej wiary i wypełniania swojego obowiązku, tak jak się go (nie) rozumie. W greckiej tragedii nie ma potworów, jest Los, który rozdaje role. Każdy robi, co umie i co wie, ograniczany przez swoje szaleństwo, swoje mury; rację ma każda ze stron a rezultatem chaos, bezradność i cierpienie.

Czytaj dalej Psychoterapia w masce (2)

Psychoterapia w masce (1)

Wokół książki Tomasza Witkowskiego „Terapia bez makijażu. Rozmowy o terapeutycznych niepowodzeniach”.

Po pierwsze: ważne, że taka książka na rynku polskim się pojawiła. To chyba pierwsza pozycja traktująca o negatywach terapii, daleka od reklamy i słodkich laurek. Po książkę sięgnęłam z sentymentu, jako była autorka bloga psycho-kit. I z pozycji osoby, która ten blog pisząc brała udział w różnych eksperymentach własnych- od ustawień hellingerowskich przez terapię CBT do kozetkowej analizy. Postanowiłam podzielić się myślami, jakie towarzyszyły mi w lekturze. Być może kontrowersyjnymi. A że tych myśli dużo podzieliłam je na kilka części tematycznych. Dziś odsłona pierwsza. Czytaj dalej Psychoterapia w masce (1)

Wojna na przodków

Wyjątki z szaleństwa pana Tarczyńskiego:

„nie pouczaj wnuka Wyklętego”
Więcej: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23323260,wulgarny-atak-tarczynskiego-na-dziennikarza-nie-zaczepiaj.html#Z_MT

„Nie, ja chcę wiedzieć, co robił jego dziadek. Wszyscy wiedzą kim był mój dziadek. A ja chcę wiedzieć, kim był jego. Jego ojciec. Z jakiego środowiska się wywodzi.”
Więcej: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114884,23123686,tarczynski-nie-odpuszcza-dziennikarzowi-chce-wiedziec-kim.html

Taka to pana Tarczyńskiego Wojna na Przodków. (Oczywiście, drugą stroną medalu jest gowinowska wojna na ilość dzieci przekładaną na ilość wyborczych głosów- bez względu na jakość). Może myślących razić głębokie polactwo takiego stawiania sprawy, ale „duma z pochodzenia” jest powszechna wśród dorosłych dzieci (zwanych dalej umownie „dorosłymi”) jak świat długi i szeroki. Niektórzy przejmują sprawę we własne hmm… ręce i mnożą się jak króliki, by przodkami zostać dla jak największej ilości homo sapiens, i tak – genami, memami i pobożnymi życzeniami- trzymać ich na smyczy. Kontrolować Los i przekroczyć- w taki skrzywiony sposób- swoje ego. Co więcej, niektórzy przodkowie odchodzą przecież do sfery wspólnotowej, symbolicznej, mitycznej, wręcz boskiej. Czyż to nie atrakcyjna kariera w dzisiejszych czasach, zwłaszcza dla trupa? Czytaj dalej Wojna na przodków

Poza lękiem i nadzieją

Można powiedzieć, że przez społeczeństwa przebiega naprzemiennie dreszcz lęku i nadziei.  Czasy nadchodzą „nowe” i wraz z rozczarowaniem odchodzą jako „stare”. To dość smutne: zmieniają się dekoracje, ale dekoracje nie zmieniają niczego…  Piękna jest ta wiara w przyszłość i zasypywanie lęku, ale – w wielkim skrócie- ile było rewolucji a wszystko wracało zawsze na stare tory ludzkiego szaleństwa: lęk paraliżował prostaczków, złodzieje kradli, karierowicze knuli, tyrani pozbawiali głów a kochankowie kochali…  Pomysł: „bądź zmianą jaką chcesz zobaczyć w świecie” pociągający za sobą ogromny (i przecież daremny) wysiłek samoświadomości i samotworzenia jest wyrazem optymizmu czy rozpaczy? W każdym razie ja skłaniam się ku: jeśli już chcesz „wstawać z kolan” zacznij od swoich kolan i swojego wstawania. Czytaj dalej Poza lękiem i nadzieją

Nasza najważniejsza rzeczywistość

Buk, o którym pisałam tutaj już odszedł w ludzkie wspomnienia i do Krainy Wiecznej Zieleni. Pieniek wycięto fachowo i starannie. Dokładnie uprzątnięto gałęzie i pomięte listki. Administracja popisała się ułańską fantazją i w środku wiosny nie tylko zleciła wycinkę drzewa, ale i kazała podciąć gałęzie innych drzew w podwórzu- bez uzgodnienia z nikim. Między innymi te, które miałam przed oknem. Ok, wiem: nic się nie stało, to tylko drzewo, to tylko gałęzie, co za różnica jaki widok-pień też może być-wie pani, że inni na nowych osiedlach nie mają nawet tego, to przecież jest martwe, to jest rzecz, to jest problem, odrosną kiedyś, a jakby tak się coś stało?, przecież dzieci tu chodzą!, jaka znów wiewiórka, kwestia bezpieczeństwa, kogo to obchodzi, tak dbamy o środowisko, ple, ple. Tam obiektywne racje, tabelkowe zarządzanie i perwersyjne zadowolenie barbarzyńcy ze zniszczenia a tutaj mój szloch z wściekłości i bezradności – subiektywny, nieumotywowany i nieracjonalny. Czytaj dalej Nasza najważniejsza rzeczywistość

Szept ciała

W ramach odpoczynku od poważniejszych lektur zapoznałam się z wywiadem-rzeką z Katarzyną Miller. Nie pokuszę się o recenzję. Została mi w głowie tylko jedna refleksja.

Deklaracja osoby publicznej, psycholożki-celebrytki przy tym , że „kocha swoje ciało” dla osób otyłych, anorektycznych czy bulimicznych może być błogosławieństwem. Odwaga odejścia od kanonów piękna, ucieczka od obmowy w ramiona własnych standardów, wolność, zmysłowość jedzenia – brzmi pięknie i pewnie na poziomie deklaracji takie piękne jest. Tym bardziej, że to deklaracja złożona przez osobę, która przez swoją matkę została ugodzona boleśnie w swojej rodzącej się zmysłowości i seksualności. To deklarowane „kocham siebie, bo mamusia mnie nie kochała” może być dla niektórych inspirujące. Ja jednak pani Miller nie wierzę, bo spod tej deklaracji wyłazi po cichu coś innego. Ciało mówi w tle a raczej często ledwie szepcze- ale zawsze jego głos jest w tle. I tak myślę, że jeśli ktoś buduje sobie deklaracje wokół mamusi, kultury i przyjemności, nie słysząc przy tym głosu swojego przeciążanego ciała to jednak „siebie nie kocha”, nie jest dla siebie centrum, a ciągle w podziemiu walczy z tą mamusią, z którą już oficjalnie nie walczy. Dusza bije w pogardzane/zazdroszczone (w każdym razie sponiewierane) przez matkę ciało. Taka przypadkowa zbieżność… Czytaj dalej Szept ciała

Iluzja wzrostu

Nieograniczony wzrost, rozwój, „praca nad sobą”- nad rozszerzeniem psyche, „nieustanne pasmo sukcesów”, projekcja zawsze lepszej przyszłości i skuteczność to motywy przewodnie kultury sprzedawane nam jako oczywista oczywistość – od gazet codziennych przez korporacyjne tabelki do gabinetów terapeutycznych.  Podstawa niezmąconej wiecznej wiary w późniejsze „lepiej”. Granice wzrostu? Ograniczenie? Samoograniczenie? Śmierć? Nic z tych rzeczy, to niemodne, to nie istnieje. Choć właśnie do słabości, lęku, umierania, granic poznania, ograniczeń trzeba się zbliżyć by  przestać być szczeniakiem. O paradoksie, czy to na planie indywidualnym czy kulturowym, prawdziwy rozwój wymaga porzucenia szczeniackiej nadziei wiecznego rozszerzania i uznania nie-do-rozwoju,  nie-do-pełnienia. Czy to już wiemy?

Spojrzenie analityka Jamesa Hillmana na dziecięcą narrację wzrastania bez barier: Czytaj dalej Iluzja wzrostu

Prawdziwa bieda

Mamy prawdziwą biedę. Po „25 latach wolności” dożyliśmy momentu, gdy nie można z domu nosa wyściubić z powodu smogu; w sklepie coś czego nie można nazwać ŻYW-nością; dla narracji społecznych nakładamy na siebie PET udający wełnę i kosmetyki pielęgnujące ciało ołowiem. Mleko matek nie spełnia norm stawianych przed spożywczym mlekiem. Pijemy i jemy plastik i z plastiku.

Nie chodzimy ani głodni ani nadzy, ale klepiemy biedę. Ta część świata -na pokaz szczęśliwa, kolorowa i syta, ta, której zazdroszczą inne – jest w zasadzie biedna.

Inni mają gorzej, obraza boska takie marudzenie, westchnie starsze pokolenie, pamiętające jeszcze głód i jedną parę butów na kilka sezonów. Obraza boska, odpowiem, bo w pozornym dostatku kolorów i barwnych narracji (możesz wszystko! stwórz siebie!) cierpimy niedostatek czystego powietrza, ciszy, zieleni, dziczy, snu, piękna, właściwej aktywności, prawdziwego jedzenia pełnego wartości odżywczych i chroniących ciało nietoksycznych tkanin. Czytaj dalej Prawdziwa bieda

Kosmita

Komuś, kto żyje w narracji podporządkowania totemowi nie przyjdzie do głowy prosta rzecz- że można realizować własne pasje. I to, że dla tych  pasji, dla wewnętrznego wezwania, wykorzystuje się to, co jest w danym momencie dostępne, np. rzeczywistość zwaną dziś PRL-em. Być, realizować się w „Reżimie” jest tożsame – dla osób pozbawionych wewnętrznej wolności – ze służeniem Reżimowi, z krzywdzeniem, z „kolaboracją”, z „brakiem honoru” czy „brakiem kręgosłupa”.

Gilotyny więc już naszykowane. Czytaj dalej Kosmita

Kłamca, jego prawda i jego babcia

Umysł posługuje się pewnymi kategoriami. Np. sprawiedliwości czy prawdy.  Ale co jest „obiektywną” ludzką prawdą? Oto Jair Lapid twierdzi, że jego babcia została zamordowana przez „Niemców i Polaków”(„My grandmother was murdered in Poland by Germans and Poles”) choć nie ma tego na poziomie faktów i definicji prawdy Arystotelesa. Kłamie czy mówi prawdę? Dla mnie każdy mówi prawdę nawet jeśli kłamie, bo mówi z poziomu swojego wewnętrznego procesu. Lapid odzwierciedla swój proces, swoje emocje, tutaj: pracę nad poczuciem krzywdy. Facet jest kłamcą i jednocześnie nie kłamie;  mówi prawdę swojej psyche. Jak stwierdzimy, że liczą się tylko fakty to wymazujemy wewnętrzną prawdę tego człowieka, z której on być może nie zdaje sobie sprawy. Ale jego wewnętrzna prawda także jest elementem świata. Tak jak wewnętrzną prawdą komentatorów zdarzenia jest to, że usiłują – zgodnie z ostatnio panującą bzdurną modą – budować sobie symboliczny „naród” na wykluczeniu i wybiórczej odpowiedzialności.

Czytaj dalej Kłamca, jego prawda i jego babcia