O rozkoszowaniu się spektaklem

W czasie pandemii okazało się że wirtual nie jest tym samym co real nawet jeśli go lubimy czy używamy, i że w samym wirtualu ciężko psychicznie żyć. Wirtualna szkoła nie jest szkołą, niby są lekcje i koledzy, ale coś umyka. Wirtualne zwiedzanie nie jest faktycznym wyjazdem na wakacje i wypoczynkiem. Wirtualny pogrzeb nie jest faktycznym pożegnaniem. Praca zdalna jest ciągle świadczeniem pracy na rzecz pracodawcy, ba! daje nadal niewirtualny zysk, ale tutaj też coś umyka, rozłazi się w szwach.

Nie da się oszukać umysłu pikselami, choć – dla świętego spokoju i polityki – wielu udaje, że się da.

Piksele to nie żywe. Odczuwamy nieświadomy dystans do wykreowanego, wystudiowanego, sztucznego. Hejt nie bierze się tylko z anonimowości czy bezkarności w sieci a z dystansu jaki odczuwamy do pikseli. Z nieczułości wobec pikseli. Obraz to -dla twórcy i odbiorcy- bezpieczna kreacja. Być może stąd strach przed powrotem do realu i pokazaniem swojej – żywej, prawdziwej, wymagającej czułości, niekontrolowanej, stąd i bezbronnej – twarzy.

Wadze wirtualnych obrazów przyjrzał się Paweł Dybel, autor cytowanej poniżej książki „Rozum i nieświadome”.

Współcześnie ludzie szukają rozkoszy (czyli utajonej satysfakcji, niekoniecznie przyjemności) nie w transgresji seksualnych tabu, bo te są rzadkie jak hydry czy jednorożce, ale w ekshibicjonizmie i podglądactwie w środowisku fastnetu, zwanego przez Dybla Paninterną. W dobie smartfonów dostęp do nad-obfitości wizualnych rozkoszy jest stały. Współczesnym specyficznym zjawiskiem są niczym sensownym nie zajmujący się „celebryci”, ich internetowa pozycja, pustosłowie i miałkość przekazu, oraz „rozszerzenie ekranu”, zjawisko rozpuszczenia poczucia intymności i wpuszczenia postronnych do stref dotychczas zarezerwowanych dla siebie, bliskich lub ujawniania treści drastycznych, uznanych za zagrożenie, patologię, coś nieprzyzwoitego czy przestępczego. etc.

W grze są ekshibicjoniści i podglądacze. To – dla mnie- nadal kulturowa forma zabijania życia przez wystudiowaną autokreację i przez zastępcze uczestnictwo w cudzej kreacji.

Z wirtualnym sposobem bycia tych światów wiąże się promowanie dwóch podstawowych form wizualnej „rozkoszy”,u których podstaw tkwi narcyzm podmiotu. Pierwsza z nich to „rozkosz” publicznego eksponowania siebie poprzez stosowanie w tym celu różnych marketingowych chwytów. I to nawet jeśli mają one posmak skandalu. Chodzi bowiem o to, by o mnie mówiono, obojętnie co. Kiedy się o mnie publicznie nie mówi, nie istnieję. Wymownym przykładem tego myślenia jest sposób, w jaki w portalach i na stronach internetowych prowadzą aktywność różnego rodzaju celebryci, często pouczani w tym przez speców od marketingu. Ale podobną aktywność wykazują też miliony innych użytkowników wspomnianych portali. Nieodparta atrakcyjność tego typu wizualnego ekshibicjonizmu to „rozkosz” płynąca z pokazywania siebie innym. Ale nie takiego, jakim się jest, lecz takiego, jakim chciałoby się siebie ukazać innym. Tworzy się sztucznie wyidealizowany obraz siebie i czeka na to, aby spotkał się z pełną fascynacji reakcją u dziesiątek, setek, tysięcy „followersów”.

Drugą formą doświadczania wizualnej „rozkoszy”, będącej dopełnieniem pierwszej, jest oglądactwo, wojeryzm. W promowaniu i szerzeniu tej formy „rozkoszy” przoduje również Internet. Dokonuje się to poprzez pojawiające się na jego stronach komunikaty zawierające w sobie interpelację do ciekawości wzrokowej widza. Do sensacyjnie sformułowanych tytułów na okienkach portali dodaje się słowo „video”, w trakcie rozmów czy wywiadów z celebrytami pokazuje się wnętrza ich domów itd. W wyniku stosowania tych zabiegów dokonało się rozszerzenie powszechnie dostępnej przestrzeni widzialności. Ten fenomen, który można określić jako poszerzenie ekranu, również ma swoje korzenie w narcyzmie ludzkiego podmiotu. Jednym ze źródeł „rozkoszy” oglądania czegoś jest wszak połączenie zaspokojenia własnej ciekawości zobaczenia czegoś z rozkoszowaniem się tym, co się widzi. Klasycznym, znanym z literatury i filmu typem przejawiania się „rozkoszy” oglądactwa jest rozkosz czerpana z oglądania stosunku seksualnego uprawianego przez innych. Ale dzisiaj ten fenomen dotyczy nie tylko – i nie przede wszystkim – seksualności, lecz odnosi się do wszystkich rodzących wizualną ciekawość form ludzkiej aktywności czy zdarzeń. Tę zaś można zawsze pobudzić odpowiednim tytułem, komentarzem, fragmentem zdjęcia, filmu itd. Współczesna cywilizacja Paninterny żyje coraz bardziej z celebrowania najprzeróżniejszych form wizualnej „rozkoszy”, którą dostarczają w potężnych dawkach wirtualne światy Internetu.

Umyka żywa interakcja, poczucie zaangażowania, realności. Obrazy są różnej jakości, ale w każdym razie: są daleko, są tylko na ekranie. Nie dotyczą.

„Rozkosz” płynąca z oglądactwa, z tego, co się widzi, jest z istoty amoralna. To „rozkosz” zawarta w samym patrzeniu się na coś, w widzeniu czegoś. Koresponduje z tym amoralny ontologiczny status wszelkiego typu obrazów, również obrazów wirtualnych, które kreuje świat Internetu. To rządzący się własnymi prawami widzialności świat poza dobrem i złem, w którym do oglądania nadaje się wszystko to, na co padnie nasz wzrok. Każdy obraz. Dopiero człowiek kultury wprowadził podział na obrazy, które można oglądać i których oglądać nie można, bo są niemoralne albo zbyt drastyczne. Ale ten podział w epoce Paninterny zatracił swoją ważność. W Internecie można obejrzeć wszystko. Umieranie, choroby i śmierć stały się tylko przykuwającym uwagę odbiorcy zwierciadlanym obrazem siebie, który można replikować w nieskończoność. Rozkoszuję się samym tym obrazem na ekranie, jego istnienie sprowadza się do tego, aby dostarczyć mi tej rozkoszy. Poza nim jest czarna dziura, nie ma nic, co warte byłoby uwagi. […]. Niezależnie jednak od tego, jakie kierują [dziennikarzami] motywy, są oni tylko pionkami na szachownicy medialnej machiny, która działa zgodnie z jej nastawioną na jak najlepszą oglądalność logiką „poza dobrem i złem”. Właśnie oglądalność jest kluczowym magicznym słowem, któremu w tej machinie podporządkowane jest wszystko.

 […]Mordy, prześladowania, masakry na swój sposób spowszedniały. Stały się elementem wirtualnego świata mediów, który interesuje nas ze względu na oferowaną nam „rozkosz” oglądania. Tym bardziej że to, co widzimy, zazwyczaj bezpośrednio nas nie dotyczy, jest „gdzieś tam” w wirtualnej przestrzeni.

Obraz nie został poddany refleksji, istnieje sam dla siebie i przez siebie. Wirtualny obraz nie ma odniesień do myśli. Ma się tłumaczyć sam przez siebie. Na myśl przychodzą mi natychmiast amerykańskie produkcje filmowe, które totalny brak myśli przesłaniają efektami specjalnymi i grafiką komputerową.

Degradacja różnych dyskursów, jaka ma miejsce w dzisiejszej cywilizacji Paninterny, to jedna z form degradacji Logosu, który legł u podstaw europejskiej cywilizacji. Mam tu na myśli zarówno Logos, o którym mówi Ewangelia św. Jana, jak i Logos, z którego narodziła się myśl grecka, wyszedłszy z założenia o „rozumnym” porządku świata, który jest w stanie zgłębić jedynie człowiek, sam będąc istotą rozumną. W pierwszym wypadku degradacja polega na zatraceniu poczucia odniesienia do fenomenu tego, co transcendentne, obojętnie jak pojmowane, jako sacrum czy w gnostyczny sposób (Carl Gustav Jung). Kilkadziesiąt lat temu Witkacy nazwał ten fenomen „Tajemnicą Istnienia”, twierdząc, że doświadczenie jej twórczej mocy stanowi podstawowy wyznacznik tego, co ludzkie. Miejsce tego doświadczenia zajęło dzisiaj odniesienie do wirtualnych, wzrokowo dostępnych obrazów wszelkiego typu, których „widzialnością” we wszelkich jej odmianach można się bez granic rozkoszować. Ta zmiana polega nie tylko na tym, że obecnie zaczęły nas otaczać – jak twierdzi Jean Baudrillard symulakry, które zwodniczo naśladują swoje „realne” pierwowzory. W wirtualnym świecie Paninterny zanikają również symulakry, ich miejsce zajęły obrazy nastawione na ekspozycję własnej widzialności jedynie po to, aby stać się źródłem rozkoszy we wszystkim, co w nich widzialne. W istocie jednak na drugiej, ukrytej przed oczyma widza scenie osiąga się inny cel – finansowy, ideowy, polityczny. Na tym powiązaniu dążenia do kreowania iluzji estetycznej „bezinteresowności” tego, co widzialne, ze skrywającym się za tą iluzją manipulacyjnym nastawieniem kreującego ją podmiotu zasadza się dwoisty status ontologiczny otaczających nas wirtualnych światów Internetu. […]

Można by powiedzieć, że takie obrazowe przedstawianie świata jest pierwsze, prymitywne, mityczne. Wirtualne obrazy mają budzić „czucie”, przeciwstawione „szkiełku i oku”. Nic z tych rzeczy. Obserwujemy, wydaje się, powrót do pierwotnego, niemowlęcego ple ple, które jest dla matki znaczące, ale pozbawione treści i refleksji, nie okiełznane przez rozum i symboliczny język. Być może stąd (lub dlatego) współczesna pajdokracja iinfantylizacja kultury i ludzkiej jaźni. „Dziecko”, przedstawiane jako rzekomo mądre, niezależne od społecznych okowów, odczuwające prawdziwy kontakt z życiem, z docelowej grupy marketingowej amerykańskich korpo od lat pięćdziesiątych XX wieku wyrosło na powszechny i niekwestionowany ideał.

„Rozum i nieświadome” o degradacji mitu:

[…] zniszczeniu uległa tradycja mitycznych narracji, w której element wizualny, wspomagany przez uciekanie się do symboli i metafor, miał silnie oddziaływać na wyobraźnię odbiorców. Ta degradacja bierze się stąd, że owe światy Internetu nie pełnią już funkcji objaśniająco- poznawczej, pozwalającej członkom danej społeczności odnaleźć się w świecie, w jakim żyją, i zbudować wzajemne relacje oparte na obowiązujących każdego regułach i prawach. Światy te zostały zaprojektowane z góry z myślą o interesie w stosunku do nich zewnętrznym i są tylko środkiem do jego realizacji.

Trudno ominąć zagadnienie bardziej bezpośrednich niż niszczenie duszy, zagrożeniach z wirtualnego świata:

Jednym z nim jest otwarcie przed instytucjami państwowymi, partiami politycznymi, firmami ubezpieczeniowymi, agencjami reklamowymi itp. szerokich możliwości gromadzenia wiedzy na temat poglądów, preferencji, chorób czy gustów każdej jednostki i wykorzystywania jej dla własnych celów, np. poprzez manipulowanie opinią publiczną, szantażowanie obywateli, niszczenie psychiczne wybranych osób w wyniku internetowego hejtu itd. W ostatnich latach też pojawia się coraz więcej głosów krytycznych wskazujących na zagrożenia związane z niekontrolowanym wykorzystywaniem w praktyce życia codziennego dobrodziejstw sztucznej inteligencji, skądinąd jednego z najbardziej fascynujących osiągnięć technologicznych współczesnych nauk. Mówi się wręcz o groźbie wyłonienia się w najbliższym czasie nowego typu państw totalitarnych, w których władza polityczna i administracyjna, posługując się technologiami opartymi na sztucznej inteligencji, będzie w stanie kontrolować wszystkich obywateli i wpływać na ich zachowania i poglądy.

Świat wirtualu nie jest nam jednak narzucony przez Złe Siły, jak zdaje się sugerować Dybel, a przez nas wybrany. Podsuwa bezpieczny, wręcz bezkarny, sposób przeżywania świata, bez brudzenia się nim, bez dotykania go i bez zaangażowania. Podsuwa doskonały sposób zabijania tego świata. Wszystko jest dalekie, nie wzbudzające zaangażowania (nie mylić z emocjami). Obrazy nie dotyczą widza podglądacza a autokreacja ekshibicjonosty broni przed ciężarem wścibstwa. Wirtual podnieca („w internecie wrze!”, „fani w szoku”, „fanki oszalały z zachwytu”), ale de facto nikogo nie dotyczy. Karmi, ale nie odżywia. Piksele, to co przedstawiają, mają anulować, anihilować by nie raniło, nie stało się ważne. Chcemy anihilować realne życie, to ważne jądro, by nie stało się zbyt ważne a my od tego ważnego zależni. Zamknąć, przyszpilić, obniżyć rangę, by przestać się bać. To współczesny kulturowy proces uniezależniania się od Losu, od tego co jest poza kontrolą i ego zagraża. Można i tak, ale jaka jest tego cena?

Ależ nie, myślę, w realu nie zabije nas kicz wirtualnych pseudotreści, ale bez-czułość i bezmyślny, wrzeszczący, wygodny cynizm jaki wirtual budzi. Kto dziś potrafiłby wyjść na scenę i – bez ironii, bez sarkazmu, bez szkody na imażu i dalszej karierze, bez puszczania oka do widza lub pokazywania mu wypiętej w pogardzie dupy – zaśpiewać, dla przykładu, „Motylem jestem”? No w życiu, nikt.

Paweł Dybel „Rozum i nieświadome. Filozoficzne eseje o psychoanalizie” Unversitas, Kraków 2020

4 myśli w temacie “O rozkoszowaniu się spektaklem”

  1. Chetnie uslyszal bym ,jakich argumentow, uzyla by Pani prowadzaca sniadaniowke w TVP,ktora ubolewa nad losem zle traktowanych psow,a za chwile idzie do wyspy kuchennej zachwycajac sie walorami pieczeni z zwierzat.Mysle zeby sobie na to i wiele innych pytan odpowiedziec,trzeba by wychwycic sekwencje mechanizmow psychicznych z tym zwiazanych.Zastanawiam sie jak te sekwencje ,pojawiajace sie w sekunde wychwycic,zwalniajac czas?

    1. Nie da się, myślę. Wyparcie to proces nieświadomy a nie świadomy. Wyrzucanie myśli czy skojarzeń odbywa się w tle i świadomość nie ma do tego dostępu.

  2. Jak zawsze trafna interpretacja otaczającej nas dziś rzeczywistości ubrana w „intelektualno-psychospołeczny-aspekt” to lubię w Pani wywodach.
    I moje pytanie:
    Co zrobić z ową „pixelozą życia prywatnego, uczuciowego etc.”? Jak się dostosować?

    Pozdrawiam
    W.

    1. Głowa dostosowuje się od razu i nie stawia pytań ani nie kwestionuje. Świat pixeli jest łatwy w odbiorze i wciąga więc kwestia dostosowania pdpada. Raczej warto zapytać jak się od tego odciąć by nie zwariować? 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *