Yin i Yang

Źle się dzieje w państwie duńskim, jako że temat aborcyjny, jak królik z kapelusza, zawsze jest wyciągany politycznie, gdy w państwie duńskim źle się dzieje. Musi więc dziać się cholernie źle, ale zamiast o tym rozprawia się teraz o płodach, wolnych cipkach, obronie kościołów, piekle kobiet w spodniach czy mężczyzn w sukienkach. Trolle i szczujnie opcji wszelakich oszalały. Dylemat aborcyjny, nierozstrzygalny jak kwestia kury i jajka, świetnie nadaje się do napędzania plemiennych emocji i karmienia egotycznych zjaw. Cynicznie napiszę, że te tysiąc przeprowadzonych legalnie aborcji jest kroplą niewartą walki żadnej ze stron. Żaden konsensus aborcyjny w tym kraju nie istnieje, ale istnieje turystyka aborcyjna i podziemie, legalną aborcję dawno zablokowano „klauzulą sumienia”, a problemy rozwiązuje się tak jak zawsze – pieniędzmi, choć zawsze wygodniej jest myśleć, że problem rozwiąże Państwo. Że jakiś dziadek posiadający w powszechnym przekonaniu moce nieziemskie da zdrowe dziecko, gdy będzie chciane/nie da żadnego dziecka, gdy będzie niechciane, usunie jednostkowy wewnętrzny i zewnętrzny konflikt, zapewni zdrowemu dziecku ojca, zdrowej matce alimenty i związek pełen dozgonnej miłości. Wiara w nieskończone karmienie przez Matkę-Państwo jest właśnie… nieskończona, zarówno zwolenników opcji pro-choice jak i pro-life.

Zwolennicy opcji pro-choice zresztą dawno batalię przegrali  ignorując wagę języka, obrazów, siły fantazji okołomacierzyńskich i nieświadomego, i dopuszczając do głosu narrację „życie poczęte”, „zabijanie niewinnych istot”, bo z taką narracją, jakże prostą, po prostu dyskutować się nie da.

Obie strony trzymają się w klinczu mocno, jedno bez drugiego żyć nie mogąc. Jedno napędza szaleństwo drugiego. Co ciekawe, obie strony mają rację, obejmując inne aspekty wewnętrznego konfliktu i człowieczeństwa. Są w wiecznym dialogu, jak symbol yin i yang, z kropeczką przeciwnego waloru w środku, którym to kropeczkom próbują zaprzeczyć i je wymazać marnując na to mnóstwo energii. Poczucie świętości życia, intymność, wyrok losu, cierpienie, napędza ucieczkę w stronę  świadomego wyboru, praw człowieka i medycznego zwycięstwa nad rozpaczą. I na odwrót.

I tak na przykład, wśród płaczów o „piekle kobiet” po ogłoszeniu wyroku TK,  w  natemat.pl, na tej samej stronie i w tym samym momencie opublikowano  inne piekiełko, wywiad z panem Rudzińskim, ginekologiem pracującym w Niemczech. Fragmenty wypowiedzi:

Do macicy wprowadza się specjalny podciśnieniowy instrument, który usuwa jej zawartość. Ten zabieg trwa niecałe dwie minuty. Nie widzi się płodu, bo jeszcze go najczęściej nie ma. Pacjentka przychodzi o godzinie 8.00, zostaje przygotowana do zabiegu i w sali operacyjnej dostaje dożylnie dwuminutową narkozę. Po godzinie pacjentka wychodzi do domu. To krótki i bardzo bezpieczny zabieg, bez żadnych następstw. […]Ale aborcja sama w sobie nie ma żadnych negatywnych konsekwencji. […]

Polki narzekają, że nie ma dla nich w Polsce żadnego zrozumienia ze strony państwa i że muszą jeździć po całej Europie, aby przerwać ciążę czy uzyskać obiektywną poradę.

Wszyscy lekarze niemieccy, z którymi rozmawiam pytają mnie, co się w tej Polsce dzieje? Czytają co nieco na ten temat i podśmiewają się z naszego kraju.

Nie ma siły. Przeciwwagą do narracji „dwuminutowej narkozy”, „żadnych negatywnych konsekwencji” „płodu, którego nie widać”, „usunięcia zawartości macicy” czy „pompy podciśnieniowej” musi być coś nad-ludzkiego lub jeszcze lepiej boskiego. Jako reakcja na od-człowieczenie pojawia się nadęta narracja „mordowania niewinnych istot boskich”. Technokracja redukuje wewnętrzny ludzki dramat do sprawności pompy. Technologiczna skuteczność nie jest jednak rozwiązaniem tego dylematu a przesłoną. Niestety, taka profesjonalna narracja „usunięcia zawartości macicy”, „płodu, którego nie ma”, pozornie jasna i obiektywna, nie zdaje sobie sprawy z tego, że sama wyzwala szaleństwo szukania człowieczeństwa i kontaktu z czymś duchowym, nawet jeśli to urojenia na temat karzącego Boga. Poniżenie psyche musi wywołać szaleństwo i napięcie, a to – na poziomie nieświadomości grupowej – materializuje się w obrazach zakrwawionych, rozszarpanych płodów, tak jak rozszarpana wewnętrznymi grami bywa psyche niedoszłej/doszłej matki.  Im więcej wizji „dwuminutowych zabiegów pompą podciśnieniową”, tym więcej gromów o „diabelskiej swawoli zabijania niewinnych dzieci”. Im więcej „Niemcy się podśmiewają”, tym więcej „Polki narzekają” . I nie będzie inaczej, bo to nie ciemność bredzi, jak chciałoby to przedstawić natemat.pl, ale jasność nie wie co jej wkłada u usta.

***

Uderza mnie brak poczucia intymności  w tej politycznej sztuce. Aż mam ochotę powiedzieć za Lisem, przyjacielem Małego Księcia: intymność to słowo dawno zapomniane…

Można do usranej powtarzać sobie, że „mam prawo do swojego ciała”, ale fakt jest taki, że gdy to ciało połączy się z innym ciałem lub staje się nośnikiem innego ciała przestaje być ciałem niezależnym, tworzy się wspólnota i wielowątkowość, w której każde ciało ma coś do powiedzenia, z czym żadne „prawa człowieka” nie mają nic wspólnego. Każde ciało protestującej pani po tej stronie barykady czy innej, jest częścią ciała jej matki i ojca, częścią ciała jej dzieci i wnuków i jest używane przez jej partnera/partnerkę, tracąc tym samym „wolność”. Potencjalnie zapładniający penis nie jest rozłączny od potencjalnie napełnianej spermą waginy. Zaprzeczanie temu jest infantylnym zaprzeczaniem bolesnego, ale faktycznego związku z innymi, czyli pozycji zależności czy bezradności. Ciało jest zależne od innych ciał. Co nie znaczy, że musi być upublicznione i odarte z intymności.

Protestujące głoszą hasła w stylu „ moja cipka jest moja”, żądając paradoksalnie opieki Państwa nad tą tylko własną cipką. W zasadzie żądają by cipka była własna, ale żeby Państwo o nią dbało dostarczając darmowej antykoncepcji, aborcji etc.  Hasło „wolny wybór” odnosi się do młodzieńczej  fantazji o braku powiązań z innymi, kompletnie nierealnej, bo w ten sposób żadna grupa funkcjonować nie będzie. Ja na przykład mogę twierdzić, że życzę sobie mieć wolny wybór i odmawiam finansowania jakichkolwiek aborcji, bo taką mam dziś ochotę.  „Wolny wybór” nie zbuduje niczego. I o paradoksie, obecne rządy PiS są wynikiem właśnie wolnych, demokratycznych wyborów…

Do obecnej ironii dawnego hasła opozycji „konstytucja, głupcze”, się nie odniosę.

Co więcej, panie opcji obu zamieniają swoją intymność na tekst. Utekstowiona „cipka”  już przestaje być ich a zostaje upubliczniona, zautonomizowana  jak każdy tekst i każdy może ową „cipkę” skomentować, użyć w fantazjach (np. anty czy pro-aborcyjnych). Symbolicznie zawłaszczyć ją słowem, wyrwać właścicielce, potem słowo przekuć w ciało, co znów obudzi reakcję obronną „moja cipka jest moja”. Ad infinitum.

Net zawrzał od intymnych wyznań  ginekologicznych, bo na kapitale aborcyjnym lansują się i celebrytki i żony polityków. Granice dobrego smaku dawno już tutaj zostały przekroczone i publiczne historie macic, które powinny pozostać tajemnicą lekarską (historie nie macice) czy dotyczyć jedynie rozmów rodziców stają się publiczną własnością. Schemat netowych ruchawek jest powtarzalny i nudny do wyrzygu. O-cipiałe, nomen omen, ego rozkoszuje się „byciem po właściwej stronie” i grupowym napędem szaleństwa aż się nie wypali. Na tych wyznaniach ma się budować wirtualna społeczność. Problem w tym, że niczego nie zbuduje, bo wirtual rządzi się prawami jednodniowej sensacji, którą zaraz przykryje kolejna jednodniowa sensacja. Pani Koroniewska podzieli się emocjonalnym wpisem o zakupie torebki a pani Trzaskowska – kolejnym rodzinnym zdjęciem, by zapewnić jakikolwiek ruch w nowym mężowskim politycznym (bez) ruchu.

Owszem, mój niesmak można zignorować, ale innej rzeczy nie. Matka upubliczniając – przecież również przed swoimi dzieckiem – swoje życie intymne, fakt aborcji, planowania aborcji czy utraty ciąży, niszczy osadzenie swojego dziecka w świece. Budzi nieświadomą dziecięcą fantazję, że matka może zabić dziecko, zniszczyć je, wydalić, pozbyć się go. Że były jakieś inne dzieci, których nie chciała i wydaliła. Że inne dziecko w pewien sposób zasmuciło, uszkodziło czy zniszczyło matkę.  Budzi wewnętrzną dziecięcą obawę, że żyjące dziecko ma zastąpić to martwe, zwrócić je matce, zastąpić je. Lęk, że ono przetrwało a brat czy siostra nie. Budzą się pytania, czemu tak się stało i czy żyjące dziecko nie przyczyniło się do tego. Obawy, że matka jest słaba lub niezdolna do miłości i przyjęcia dziecka.  Niektóre dzieci przecież chciała a innych nie. Takie fantazje wokół „matka może mnie zabić/potrzebuję matki/matka zabija dzieci/mogę matkę zabić” są traumą, nieświadomą raną, wracającą na powierzchnię  jako depresja czy akty autoagresji. Co znów zwycięska medycyna skoncentrowana na dwuminutowych osiągnięciach pomp podciśnieniowych  i niezdolna do pojęcia subtelności głębokiej pracy psyche  leczy nieskutecznie antydepresantami. Życie intymne matki powinno być dla dziecka tabu – bo dziecko tego nie uniesie.

***

Wizja wokół „pracy instrumentu podciśnieniowego” kompletnie pomija kwestie pracy psyche, wewnętrznej ambiwalencji i nieuświadomionej często rozpaczy. Szybkość, technologia, łatwość rozwiązania – to tylko pozory mające na celu ukrycie męki wewnętrznego konfliktu, trudu wyparcia i utrzymania wypartego w czeluściach psyche. Więc też – dla przeciwwagi dla ślepej, spójnej techniki- po stronie pro-life wybucha  nieświadomość szaleńcza, psychotyczna, pełna urojeń o istotach nadprzyrodzonych i demonach. Urodzenie martwego dziecka to paradoks, oksymoron, ale także dające rozkosz „niesienie krzyża”. Donoszenie „martwej ciąży” z punktu widzenia kultury produktywności i szybkości jest aberracją. Martwa ciąża to policzek dla apollińskiej, jasnej, zwycięskiej medycyny. To nie do pojęcia, że dziecko może być fizycznie martwe a w fantazjach żywe. Ta strata: czasu, emocji, inwestycji… Uderzenie w iluzję homo oeconomicus, który zawsze świadomie wybiera co dla niego korzystne, kontroluje i sam wykuwa swój los. Medycyna nie znosi porażki, mówi więc: nie marnuj czasu, postaraj się o kolejne. Tak teraz o sobie myślą kobiety.  „Za każdym razem czułam się gorsza” pisze Koroniewska  o obumarłych płodach, choć nie wyjaśnia, dlaczego sześć razy wizja egotycznego posiadania była dla niej silniejsza od bólu bycia gorszą. Nie jest tak, że „kobiety mają być inkubatorami”, one już tak o sobie myślą, budując swoją wartość na wizji produktywnego posiadania zdrowego dziecka.

Na tym tle wyróżnia się pozornie Kaja Godek, która zdaje się rozkoszować swoim ułomnym posiadaniem. Przychodzi mi na myśl, że wizja faktycznej niezdolności do samodzielnego życia jej dziecka ją silnie nęka, więc z całą mocą chce ją wyprzeć. Miłością na pokaz maskuje swoje wątpliwości co do sensu swojej decyzji. I nie tyle chce skazać inne kobiety na swoje cierpienie matki wybrakowanego z punktu narracji społecznej dziecka, ale ciągle odgrywa na zewnątrz swój wewnętrzny ucisk, wysiłek wypierania. Swoją działalnością pokazuje swój konflikt, swoje wewnętrzne spętanie. Pokazuje, jak bardzo jest spętana duszną ideologią, którą wykluczyła w sobie opcję aborcji. Jest zaduszona i proces duszenia  umieszcza i przeżywa w innych. Ciągle trzyma się mocno białego pola, ignorując istnienie czarnej kropki. Im bardziej ja ignoruje, tym bardziej ją widzi. Zadusza w sobie/innych inne opcje, bo te opcje są silne i mogłyby zniszczyć jej kruche poczucie Ja. W tym tańcu to postać tragiczna.

***

Obok technologii, ukryć macierzyński konflikt czy ambiwalencję ma również wizja „wolnego wyboru”.  Pro-choice mówi: no, dobra, coś ci nie wyszło, ale sam wybór jest już twoim sukcesem, jesteś wolnym człowiekiem, więc przejmij kontrolę nad Losem. I owija lęk i bezradność w sprawne działanie „pompy podciśnieniowej” i kolejny wysiłek produkcyjny. Pro-life, podobnie skonfrontowane z bezradnością, proponuje coś innego: zrzeka się wolności na rzecz Siły Wyższej, Natury, a bunt przeciw Losowi zabija karami boskimi, potępieniem wiecznym i innymi fantazjami o byciu karanym czy zbawionym. Pro-choice używa medycyny, by zaprzeczyć ambiwalencji i bólowi utraty; pro-life dezawuuje wiedzę medyczną jako omyłkową, nieludzką, wiodącą na manowce. W sytuacji, gdy wewnętrzne tendencje są wzajemnie sprzeczne i nie wiadomo, co wybrać (bo na białym bruździ czarne), opcja pro-life proponuje bierność a opcja pro-choice rzucenie się głową naprzód w działanie, w rzekomy „świadomy wybór”. Pro-life odmawia udawania tego, że człowiek jest wolny a wyrwę po wolności maskuje „boskim prawem”. Pro-choice odmawia przyjęcia do wiadomości tego, że żaden świadomy wolny wybór istnieć nie może, bo nikt nie jest – na poziomie matrixa – świadomy ani wolny.

Wielkim kłamstwem naszej cywilizacji jest to, że człowiek ma wolny wybór, tak samo jak i to, że całkowicie podlega jakiemuś Panu na Chmurce czy żoliborskiemu dziadkowi. Człowiek jest – a raczej – ma potencjał istoty rozumnej, wielowątkowej, prowadzącej wieczny dialog wewnętrzny ze swoją nieświadomością. Ani Państwo, ani pan medyk, ani celebryci nie zmienią tego. Nie sprawią, że człowiek ucieknie od konfliktu, od myślenia i od czucia, jakby tego nie nazywał i jakby tego nie wypierał. Nie ucieknie od swojego wewnętrznego teatru ani od Konieczności, bez względu na to czy to sobie uświadamia czy nie. Od przeczucia, że życie – tak czy inaczej – wiąże się z ambiwalencją i utratą. Opiera się na braku. Zawsze jest jakaś strata, tej czy innej iluzji ego, tej czy innej fantazji o posiadaniu czy wolności od posiadania. Że zawsze w kolorze białym,  pojawi się kropka niepewności o kolorze czarnym. Że w „umarło” pojawi się błysk „mogło żyć” a w „żyje” – „mogłoby nie żyć”. Że zawsze czegoś nie będzie. W tej refleksji nie pomoże żadna technologia.

***

Oto dziś jedna strona próbuje powiedzieć coś drugiej o człowieczeństwie, choć obie nie rozumieją mowy. Na ulice wychodzi właśnie powszechny, wspólny lęk przed Losem-Koniecznością, lęk przed bolesnym wewnętrznym konfliktem w kulturze obowiązkowego sukcesu i lęk przed byciem nieproduktywnym w kulturze produktywności. Jedni radzą sobie z tymi lękami próbując im zaprzeczyć medyczną technologią i przejąć kontrolę iluzją „wolnego wyboru”, inni chcą oddać się pewnej upupiającej i uspokajającej  fantazji o Bogu, który mimo wszystko wie co robi.

Obie strony łączy zdziecinnienie, czyli nieumiejętność trzeźwego spojrzenia na rzeczywistość i fakty, bezmyślność i lęk. Niestety, tłum ma to do siebie, że jest wyprany z rozumu i skanduje podane przez liderów hasła, ale nie myśli i nie poddaje krytycznej refleksji tego, co się w nim  dzieje. Tłum przeżywa grupowe uniesienia i buduje barykady wobec wypartego, ale nie jest zdolny do żadnej innej budowy. Posługuje się sloganami, co uniemożliwia właściwe nazwanie rzeczywistości i wyrażenie wprost potrzeb czy ogarnięcie wewnętrznych konfliktów. „Wypierd..ć’ jest hasłem bezmyślnych i agresywnych, bez względu na opcję. To ciągle język ludzi, którzy nie dorośli do demokracji, którzy – bezmyślnie jak dzieci na cukierki pedofila – łapią się na hasła „obrony wolności” czy „obrony kościoła”. „Wypier.ć” uniemożliwia wyjście drugiej strony z twarzą. Doprowadza do eskalacji problemu a nie przepracowania głębokich konfliktów.

Czy to wrzask pani Godek czy uczestniczek „Strajku Kobiet”, krzyk uniemożliwia kontakt z własną przestrzenią, z własnymi wątpliwościami. Jest za-krzyczeniem owych wątpliwości i wypartego. Nieumiejętnością dostrzeżenia czarnej kropki na białym tle, by łatwiej było zrozumieć czerń projektowaną na Innego. Warto zapytać (tych co odłączą od stada, bo inni są niezdolni do refleksji póki idą z tłumem), co jest tą nieakceptowaną kropką, co się dobija z wewnątrz rozemocjonowanych kobiet i im tak zagraża, że aż krzyczą temu „wypier.ć”.

Rany tkanki społecznej i duszy narodu, jak te po aborcji czy utracie ciąży, będą boleć i długo się paprać. Dopóki nie zostaną przepracowane, a temu nie sprzyjają zamieszki ani ślepy fanatyzm stron, będziemy wszyscy marnować czas, wahając się od jednej strony wojny polsko-polskiej do drugiej.

A jaki facet, politykier, nażre się energią tych babskich krzyków i na tym zarobi, jeszcze nie wiadomo.

6 myśli w temacie “Yin i Yang”

  1. Jakoś tak, w takich sytuacjach nasuwa mi się na myśl „Efekt motyla” Choćbyśmy nie wiadomo jak chcieli zagłuszyć trzepotu skrzydeł się nie da. Nie da się też przewidzieć efektu jaki wywoła. Jesteśmy od siebie zależni. Nasze decyzje, choć tak naprawdę ciężko określić w jakim stopniu są one nasze, zawsze niosą za sobą konsekwencje czy tego chcemy czy nie. Postęp i przemiany bezrefleksynie przeniesione na zbiorową świadomość odbijają się na jednostkach. Co można zaobserwować przy slepym dostosowaniu się do systemu, który każdego z trawi od środka. Wraz z rozwojem cywilozacji daliśmy sobie pole do wyboru w kwestiach, których de facto natura wyboru nie dawała. Myślę, że są to tematy do rozważania w atmosferze naukowej oraz filozoficznej debaty oraz wewnętrznego dialogu każdego z nas. Można by użyć analogii, że dopiero wchodzimy w wiek dojrzewania, gdzie buntujemy z zasady bez świadomości o słuszności i konsekwencjach swoich racji. Przy czym jest to raczej rorzina dysfunkcujna, gdzie gowniarski i ślepy bunt jest wykorzystywany przez skonfliktowanych rodziców, które każde z osobna chce ugrać coś dla siebie, bez troski o konsekwencje.

    1. Bardzo Panu dziękuję za celny i mądry komentarz. Tak chyba jest, że pewne rzeczy nas przerosły jako zbiorowość i jak dzieci z dysfunkcyjnych domów próbujemy zaklinać że czegoś nie ma lub jest, zgodnie ze swoimi fantazjami i filtrami a nie rzeczywistością. Oby bunt gówniarski był wstępem do dojrzałości, do refleksji.

        1. Jak na razie nikt oprócz jednostek (w opozycji do tłumu) nie jest w stanie przepracować czegoś co Tolle nazywa „kobiecym ciałem bolesnym”, pewnym nieświadomym grupowym wątkiem, który każe patrzeć na wszystko co się dzieje w perspektywie męskiej opresji. Wdepnięcie w to budzi pokłady nieświadomej, zadawnionej energii, dziś przekuwanej na agresję tłumu i bezmyślność. Wszyscy jesteśmy uwięzieni w płci, ale łatwiej pokrzyczeć na ulicy niż poddać to refleksji. Musi sie tutaj pojawić metakomunikator, jakiś mediator, grupowy terapeuta z kotem (koterapeutą -bez skojarzeń ten kot…), który przeprowadzi proces grupowy tłumacząc grupie co naprawdę grupa myśli i robi. Musi zając pozycje analityka, nieświadomego, ale ku temu trzeba mieć chęć by analityka słuchać, bo mówi rzeczy wyoarte przez świadomość, obce, zagrażające. Jak na razie o analizę procesu grupowego kuszą się tylko słabe głosy, zakrzykiwane i nikt nie zajął jeszcze pozycji mediatora.
          Ale tak jak Pan pisze : oby :). Energia rewolucji ulicznej ma to do siebie, że kiedyś wygasa.

          1. Wygasa bo krzyk, bunt przynosi ulgę. Jak każda energia musi mieć ujście. Ale po krzyku, jak po każdej burzy jest casz na odrodzenie, odbudowę, zastanowienie się skąd takie a nie inne emocje i ukierunkowanie tejże energii. Inaczej to tylko bezmyślny krzyk. Takie moje przemyślenie. Z tym ciałem bolesnym to bardzo ciekawe. Przyznaję, że mało czytam pozycji psychologicznych, filozoficznych czy o duchowości. Stąd wiedza u mnie jest ograniczona. Niemniej jednak w kulturze, społeczeństwie jest wiele wątków z przeszłości, które są źródłem zbiorowych emocji. Czy to na punkcie etnicznym, płci, klasowym. Schemat wszędzie jest podobny wydaje mi się. Natomiast jeżeli historia jest wykorzystywana do osiągnięcia swoich celów, a nie do nauki, refleksji, wyciągania wniosków, będziemy się w niej taplać w nieskończoność. To się odnosi tak samo do jednostki jak i do zbiorowości. Różnice między kobietami i mężczyznami były są i będą. I dzięki tym różnicom możemy się dopełniać. Nie powinny być one powodem do przedmiotowego traktowania jednych czy drugich oraz wzajemnego przeciągania liny.

  2. Zamiast myslec samodzielnie woleli sluchac ksiedza i wierzyc w duszki.To wam pokazali,ze potrafia trzymac was za mo.rdy i decydowac.Nastepnym pomyslem bedzie np. ochrona plemnikow,babki mocherowe zrzuca sie na zamrazarki,ksiadz zrobi rury,beczki na zachrystii i pod grozba wiezienia trzeba bedzie im zanosic ladunek.To samo z pederastami,po nich przyjda fetyszysci i inni odmiency sexualni chcacy akceptacji ,tacy co lubia np. zabawiac sie z sztuczna lalka i beda chcieli z nia slub i dzieci adoptowac.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *