Co potem?

Świat przed katastrofą zawsze wygląda tak cicho i spokojnie.

Filifionka

Mam serię ulubionych zdjęć rodzinnych.  Zapis sylwetek i twarzy ludzi, którzy coś w moim umyśle znaczą, ale których osobiście nie znałam.  Zapis to na twardym, odpornym, pożółkłym fotograficznym papierze. Do tego piękne odręczne pismo, fantazyjnie wykrojone brzeżki. „Ukochanej”, „miłej koleżance”, „nie zapomnę”. Czasem i bez podpisów, co mnie złości, czuję się pominięta jako Potomek.

Oto toruńskie nabrzeże Wisły, poważna pani skarbnikowa z przychówkiem. W innej krainie, w kraju  Kraka, ławeczka przed domem, i fikus, nieco rachityczny, ale będący ewidentnie dumą pani domu, która pozuje z panem domu w otoczeniu sporej gromadki dzieciaków. Pozy jak z żurnala (kto powiedział że selfie to wynalazek naszych czasów?), modne fale i marynarskie kołnierze.  Na innych zdjęciach uliczki Skarżyska, stary Chevrolet, warszawskie Śródmieście, dawna Saska Kępa, nowonarodzona Gdynia. Matki i ojcowie, wesela i śluby,  obozy i namioty, poważne biura. Niektóre osoby – w miarę upływu Lat i zdjęć – przysuwają się do siebie, by wreszcie zapozować razem w odważnym narzeczeńskim zestawie a deux, jeszcze bez dodatku beta. Zalotnie rozwiana górskim wiatrem chusteczka. Poważne zdjęcie rodzinne, gdzie już lekko zaokrąglone podbródki i dwie dziewczynki z wielkim kokardami – te kokardy Uroczyste, specjalnie do Pana Fotografa.

Gdy oglądam te zdjęcia mój umysł dokonuje ogromnej pracy – dopowiedzeń, narracji. Lata dwudzieste i ławeczka przed domem -to jejmościanka po oplotkowanym szeroko mezaliansie. Moja Babcia w wielu lat szesnastu, już dojrzale uczesana w fale- bez warkoczy: czy wiedziała, że w jej macierzyństwo wkradnie się wojna? Ja to wiem. Rok 1933, a oni nie wiedzieli, co ich czeka i babka cioteczna chichocze (urocze dołeczki) na toruńskiej ulicy. Rok 1938, jak można było wtedy brać ślub, z czego oni się tak cieszyli na tym weselu, przecież zaraz wojna? Zaręczyny w 1942 roku, tu Auschwitz, krew, wywózki, rozstrzeliwania i łapanki, a  oni patrzą z nadzieją w przyszłość, tacy ładni: ona od niechcenia opiera się na ramieniu narzeczonego. Nadal czas wojenny, jeno wyjmij mi z tych oczu…, a dzieciaki krzywią twarze pod słońce i wyciągają ręce do matek a matki rozpływają się w uśmiechach – jak to do dzieci. Zabawy nad wodą, bezczelne spojrzenia w stronę roznegliżowanych pań, które  przeistoczyły się już z narzeczonych w żony i matki, ale figury mają jeszcze świetne. To rok 1946. Zalotna wiatrem chusteczka to 1950, terror stalinowski, i  wiem że właścicielka owej umrze wkrótce na raka, choć ze zdjęcia uśmiecha się pięknie…Tu jeszcze wargi pociągnięte mocno szminką, bo trzeba porządnie wyglądać na wycieczce w Iwoniczu Zdroju. „Kochani, pozdrawiam, pogodę mamy dobrą…”. Rok 1956 rok, odwilż gomułkowska i karteczka z widokiem ogródka.  „Kochane wnuczki, ciocia Basia miała anginę, ale już wstała i wróciła do biura” a ja wiem, że pani skarbnikowej po ciosach (po)wojennych został ogródek, wnuczki i jedna córka

Umysł nakłada mi na obraz własną narrację, własną wiedzę, ale oni na tych zdjęciach tej narracji nie znali. Byli w środku wydarzeń, nieświadomi przyszłości i niezdolni do właściwego ujęcia teraźniejszości. Nie nadawali znaczenia  „odwilży”, nie widzieli Konsekwencji ani Całokształtu – uznali za stosowne donieść o anginie ciotki.

Nie chodzi tutaj w sumie o tych Przodków, bo przecież w kolejnym życiu będę mieć innych. Ale Ci, czy inni Przodkowie uczą. Dziś, jak i oni wtedy, jesteśmy w środku pewnych zmian. Oni, Przodkowie, też czekali na powrót normalności, na Niepodległość, potem na tę drugą wspaniałą Rzecz Pospolitą, która dokonała salta mortale w Prześnionej Rewolucji i nic już nie było takie samo. Potem Polski już nie było, choć była, i dla mentalności inteligencji pracującej lat dwudziestych XX wieku działy się rzeczy niewyobrażalne. Oni nie doczekali się „powrotu normalności”, stanu społecznego jaki znali. Być może i my nie doczekamy.

Ci ludzie ze zdjęć jednak nie nazywali tego, nie mieli pełnego obrazu i nie znali swojej przyszłości. Adresatem ich uśmiechu było ich ego, kolega z aparatem, czy jakaś tam „Potomność” („to pamiątka, dziecko”). Dzieci rodziły się, patriarchowie umierali, panowie uśmiechali się do pań.

Życie toczy się na wielu poziomach i cokolwiek o nim nie powiedzieć- jest.

Człowiek tworzy Historię, ale jej nie nazywa, nie pisze. Piszą potomni a nie ci, co w środku wydarzeń. Ci co piszą, rozkładają swoje akcenty, zabijając Życie.

Trauma dokonuje się na wielu poziomach. Moment nazwania traumy, próba ogarnięcia słowami ogromu dewastacji boli, jest też momentem traumatycznym. Oglądając stare zdjęcia, choć przecież martwe, kontaktuję się z traumą sfotografowanych, nazywam ją, piszę ją.  Inni będą pisać nasze wydarzenia/życia, i oni będą krzyczeć, że uwaga, że przecież, że wy nie wiecie, tacy nieświadomi Losu. Ale my jesteśmy teraz w środku, i żyjemy.

***

„Zubażamy nasze życie poprzez to, w jaki sposób je postrzegamy”, pisze James Hillman w „Kodzie Duszy”. Czytać to niszczyć, mijać się z prawdą tekstu (czy zdjęcia), ale też stawać w swojej prawdzie, bo sposób odczytania – jeśli staje się uświadomiony – daje dostęp do wewnętrznych schematów. Mamy więc szczęśliwie  teraz- w czasie zawieszenia dotychczasowych oczywistości – ogromny pusty ekran, który umożliwia projekcję naszych wewnętrznych stanów. Wielki Test Rorschacha. Możemy zastanawiać się do woli czy ta plama to motyl czy czyhający zabójca i obserwować, co wyprawiają nasze głowy. Czy kryzys to szansa czy kres. Otacza nas bełkot, pod który umysł będzie nerwowo podstawiał znane mu już słowa. Mamy także Wielką Rozrywającą Umysł Ambiwalencję, bo stan to wakacji, karnawału, ale przecież w każdym dorosłym budzi się myśl, że każde wakacje kończyć się muszą i może Ktoś wystawi rachunek za all inclusive. Mamy sytuację Nieokreśloności, gdy nie ma się czego złapać. Nie ma pewności, nie ma sensu. Dotychczasowy lajfstajl (kredyt, praca, dzieci, emerytura) ulega zakwestionowaniu. Eksperci, podstawa naszej kultury, stają się jeszcze jednym przyczynkiem do chaosu. Szczyt zachorowań był w lutym, będzie w maju, będzie jesienią – skreśl dowolne. Psycholodzy, naczelni guru, podają chusteczki i próbują znaleźć jakiś wzór zachowań, żeby Życie przyszpilić słowem, odzyskać nad nim przewagę i zabić.

Nomen omen, sytuacja analizy się nam tu kłania: przestrzeń niepewności, wieszania się na każdym geście analityka, którego ustawiliśmy w miejscu Boga i który – jak się wydaje analizantowi – może (ba, nawet delikwent chce) żeby potępił, ukarał, ale i zbawił. Przestrzeń Pustki, ciszy w której każde mruknięcie, chrząknięcie, grymas czy artykułowane zdanie, nawet nieofensywne czy neutralne, staje się pożywką dla nadziei (lubi mnie trochę?), nienawiści (no, nie, nienawidzi mnie), poczucia winy (nie chce ze mną rozmawiać, moja wina) czy bezradnego lęku (może zrobić ze mną wszystko, poranić, zniszczyć, nic nie poradzę). A analityk ucieka, frustruje, nie daje się zabić.

Co będzie, co będzie? Umysł pyta niecierpliwie: kiedy TO się skończy?, bo koniec, jakaś data, choć zarys,  to już coś, czego można się złapać. „Co z nami będzie, co to będzie, o Boże??”, pisała nerwowo w notatkach pasażerka lotu LO 5055, zdefiniowanego potem jako „Katastrofa w Lesie Kabackim”. Jutro będzie futro, a my wszyscy jesteśmy skazani na śmierć, nie ogarniamy tego, co się dzieje; żyjemy na kredyt i czujemy się  z tego powodu winni. Taka jest de facto nasza egotyczna sytuacja egzystencjalna. W nerwowym opadaniu płonącego samolotu zwanego cywilizacją widać to doskonale.

To czas depresji, powszechnego uświadomienia sobie, że nic nie jest pewne a to na czym się opieramy to iluzja, karton, gra, bezsens. Nie ma już epidemii depresji z jej pozornie bezsensownymi w czasach obfitości pretensjami do bezsensu, ale jest -wydaje się racjonalna- „pandemia COVID-19” i jej „skutki”. Nagle nasze role rozpadają się, przestajemy być menedżerami, specjalistami, nauczycielami, gra społeczna czy gospodarcza rozchodzi się w szwach, nie widać spod maseczek nawet mimiki otaczających nas osób. Może te maski właśnie po to, żeby dostrzec całą „maskowość”, teatralność naszej egzystencji, teatralność naszych ról/ego? Maski sobą mówią i nie bez kozery fizycznie wtargnęły teraz do naszego teatru. Nasze życie to teatr masek, teraz już można to zobaczyć a nie tylko płakać terapeutom w rękaw o tych nieadekwatnych, subiektywnych odczuciach nierealności. Wyziera strach, że ego jest (a przecież tak!) tylko maseczką. I co gorsze, Inny, który trzyma nas w pionie, również jest tylko maską…

Stan niewiedzy, zawieszenia i niepewności jaki przeżywamy teraz, pozwala na zbliżenie do Pustki, braku sensu, pytania „kim jestem” i swojej wewnętrznej ambiwalencji. Doskonały punkt wyjścia do wewnętrznego przemeblowania. Tylko trzeba wyjść poza nadzieję, lęk i poczucie winy. Wyjść z teatru, spaść w to puste, by na Bal potem wrócić – ale świadomie i bez przywiązania.

***

Z obrzydzeniem obserwuję me(n)dialne zarządzanie lękiem na ogromną skalę. Przeszłam już dawno punkt tolerancji na dezinformację i bezwartościowe gdybanie, ale codzienna prasa bije własne rekordy utrzymywania mas w strachu i wymyśla kolejne scenariusze grozy. A to pietruszka będzie droga a to bobu nie będzie latem, a to upadną cale branże i nigdy nie wyjedziemy na wakacje. A to trzeba nam przekodować kulturę w stronę „wartości”, a to czeka nas dziki kapitalizm, upadek demokracji, zamordyzm. A to bogaci staną się bogatsi.  A to otaczać nas będą hordy nie mających nic do stracenia proletariuszy. A to, że nie ma szczepionki, a to że każą nas wszystkich przymusowo zaszczepić. A to znów, że mimo kultury, która wyrzuciła na margines śmierć, śmierć istnieje i że dziś, gdy czytasz tę medialną papkę, umierają kolejne tysiące.

Według Freuda lęk wiąże się z nieokreślonością i brakiem obiektu. Lęk trzeba więc oswoić i zmienić w strach przez ględzenię o pietruszce i bezrobociu. Trwoży Pustka, wewnętrzne nic, więc próbuje się złapać to Nic i coś na nie nałożyć, choć majtki: jakąś „drogą pietruszkę”, ”prognozowany gwałtowny wzrost bezrobocia” czy „ brak normalnych wakacji”. Lęk wskazuje Wielkie Nic, stąd nerwowe szukanie konkretu, faktycznej katastrofy, by się jej złapać. Stąd lękiem, wydaje mi się, „zarządza się” a nie go „wzbudza”. Lęk jest egotyczny, jednostkowy.

Te pełne parki, lasy, ulice, grupowanie się, imprezy, zdejmowanie maseczek, kwestionowanie zagrożenia, „odmrażanie” to nie tylko bunt wobec władzy, ale i „ucieczka do przodu”, by uciec od niosącej trwogę Pustki i czegoś się złapać, choćby sensu buntu przez spacer bez „szmaty” na twarzy.

Zarządza się także poczuciem winy. „Odwiedzasz matkę- zabijasz ją!”. „Nie nosisz maseczki, niesiesz śmierć!”. Pięknie rozkłada się na wszystkich odpowiedzialność za brak działań ludzi opłacanych za to, by działali. Wszyscy zostaliśmy w ten sposób obarczeni odpowiedzialnością  za szereg bezmyślnych gestów magicznych zaklinających chorobę, od zakazu wstępu do miejskich skwerów po brak testów na koronawirusa. Co gorzej, ten dyskurs współwiny, mam wrażenie, przyjęto. Wszyscy mamy poczucie winy (wobec Umarłych), że żyjemy i bawimy się na tym Balu, więc na to równie łatwo -jak „drogą pietruszkę” na lęk – nałożyć karę za brak maseczki.

Nie bez kozery haczy właśnie lęk i poczucie winy/oskarżenie, bo to wypełnia puste przestrzenie ego i pierwsze wyświetla się na Pustym Ekranie. To sznurki, za które najłatwiej pociągać i czym najłatwiej zarządzać.  W przypadku zarządzania lękiem czy winą zarządzającym jest Inny- wyobrażanie boga, państwo, społeczeństwo, media, sąsiad, rodzic – i tam jednostka zwraca się, jakby pytając się, co ma zrobić ze swoimi afektami. Pozycja Innego jest ciągle mocna, niezagrożona, nieuświadomiona, bez względu na to czy Inny jest obiektem miłości czy nienawiści.

***

Żeby to zmienić trzeba rewolucji. Rewolucja może dokonać się tylko w jednostce. Doświadczenie jest takie, że masowe rewolucje napędzają kolejne reżimy i służą kolejnym szaleństwom ego. Żaden koronawirus nie dokona powszechnej, cudownej, masowej zmiany świadomości, jak marzą o tym optymiści. Można kręcić się tylko wokół tych samych znaczeń i tego samego Innego- choć w innej masce. Układ zalęknionego ego wieszającego się na Innym zostanie ten sam, dopóki jednostka nie dojrzy swoich sznurków i nie zerwie ich. Zmiana nastąpi gdy przestanie pytać (analityka, Boga, rodzica): czego ode mnie chcesz? Co mam zrobić? Powiedz kim mam być? Ukarz mnie, bo nie zniosę winy. Zabierz mój lęk i ambiwalencję, podsuń strach i katastrofę, bym mógł się czegoś złapać. Jedynie jednostka może ujrzeć się/przejrzeć się w Pustce, skonfrontować z egotycznym lękiem (bez ucieczki w strach), odrzucić swoją winę (bez ucieczki w samo-karanie) i porzucić schemat zależności.

Kto odrobił swojego czasu choć lekcję depresji i przebudowy jest teraz spokojny. Oddaję się uważności i obserwuję, jak  mój umysł -jak i inne- nadaje etykietki i dysponuje znaczenia. TO się dzieje teraz, jestem w środku i nie ma czego się lękać. Jak zalękniona Filifionka, której domek porwał szczęśliwie wiatr, możemy tylko po dziecięcemu cieszyć się z ulatujących filiżanek Tu-i-Teraz zamiast w napięciu przewidywać, zabijać słowem i czekać na najgorsze. Życie jest teraz, takie jakie jest -taką lekcję niosą mi Przodkowie i zalotnie poruszona wiatrem chusteczka.

Jedna myśl w temacie “Co potem?”

  1. Ogladalem film z Jungiem jak jeszcze zyl.Jego zwolenniczka Jacobi, mowila ze nieswiadomosc dochodzi do glosu po 2-tygodniowym przebywaniu w odosobnieniu.Jung zbudowal sobie wieze w ktorej tak robil.Ponoc taka konfrontacja jest przezyciem wstrzasajacym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *