Mapa nie jest terytorium

Kolejny tydzień celebrujemy wybuch grupowego nieświadomego, czyli tzw. „pandemię koronawirusa”. Piszę „celebrujemy”, bo okres pandemii niewątpliwie wiąże się z pewnym odczuciem frajdy towarzyszącej rozluźnieniu znanego społecznego gorsetu. Gdyby tego wybuchu nie było, nastąpiłby inny fenomen, bo System, jak pisałam wielokrotnie- dochodzi do ściany. Gdyby nie było pandemii, należałoby ją wymyślić, gdyż wyzysk, odejście od Natury/Realu, miejskie zatłoczenie i nie-normalność życia stają się nie do wytrzymania. Teraz to, co ukryte, wychodzi z całą mocą. Można więc -od czasów ogłoszonej oficjalnie pandemii- nie w myślach, ale w uczynkach i bezkarnie demonstrować obrzydzenie do drugiego. Można swobodnie donosić na sąsiada tylko z powodu jego kaszlu a nie nowego samochodu. Można otwarcie pałać niechęcią do dzieci (bo roznoszą) i do starszych (bo zabierają silniejszym).  Nagle nie trzeba się samoograniczać w zakresie lajfstajlowego żywienia – modne diety wykluczenia rozumiem tu jako nieświadome pragnienie ograniczenia nadmiaru – bo ograniczenie męczącej obfitości grupowa psyche rozegra na zewnątrz, przez problemy z dostawami. W obfitości jest za to „wolny czas”, rzekomy przedmiot marzeń, i oto staje się on ciężarem, zmusza do konfrontacji  z tym, co do tej pory było szumem życia zagłuszane. „Wolny czas” (jak i „częsty kontakt z bliskimi”) był pozornym pragnieniem, pragnieniem, które nigdy miało się nie spełnić, pragnieniem, dzięki któremu można było mówić „gdybym tylko miał czas, to”. I nagle zostajemy złapani w pułapkę własnych samo-oszustw. W „wolnym czasie” biegnie się więc po uspokajacz, do Wielkiej Matki Karmiącej, czyli do Internetu, bo tak zostaliśmy wytresowani, że tam cyc. I z cyca ma lecieć dotychczasowa obfitość, uspokajacze, szumek dla zagłuszeń pustki i symulacrum życia.

Czas „koronawirusa” podobny jest do karnawału, bo nic tak nie wzmaga siły odczuwania życia jak bliskość śmierci czy perspektywa ograniczenia. Przecież najuważniej, z najwyższą intensywnością, widzi trawę żołnierz umierający na polu bitwy… W Karnawale, w czasie na opak, królowie stają się żebrakami, żebracy królami; normy społeczne luzują się na chwilę by ujawnić to rozkosznie szaleńcze czy brzydkie. Po to był karnawał- by dać upust wariactwu. Mamy teraz świat a rebours: depresanci pocieszają innych, dotknięci nerwicą natręctw myją ręce tylko kilka razy dziennie, chromi tańcują, zdrowi padają w tańcu. Zewnętrzność zastępuje nam to, co w głowach. A raczej głowa wyrzuca na zewnątrz swoje pragnienia i lęki by można ich wreszcie dotknąć, je urealnić i tak się ukoić.

 

***

A propos wymyślania pandemii w społeczeństwie informacyjnym.

Kilka newsów:

…służba zdrowia znajduje się w stanie podwyższonej gotowości i apeluje do mieszkańców Wysp o zachowanie szczególnej ostrożności. Ostrzega także, aby nie ignorować objawów choroby. Objawami  są bóle głowy, gorączka, ból mięśni, podrażnione gardło, kaszel, nieżyt nosa, kichanie, a w niektórych przypadkach może nawet dochodzić do wymiotów i biegunki.

Najbardziej zagrożone zachorowaniem są zazwyczaj osoby starsze, przemęczone, z osłabionym systemem odpornościowym, a także dzieci i kobiety w ciąży. Najlepszym sposobem na zapobieganie infekcji jest regularne mycie rąk, unikanie zatłoczonych miejsc oraz poczekalni u lekarza. Nie zaleca się także wizyt u lekarza, jeśli wydaje nam się, że mamy wirusa, gdyż możemy wtedy zarazić inne osoby. Dopiero gdy jesteśmy pewni objawów, zaleca się wizytę u lekarza. …może także prowadzić w niektórych przypadkach do zapalenia płuc, co jest już bardzo niebezpieczne.

oraz

Choroba przenosi się teraz do Europy, gdzie zanotowano już pierwsze zachorowania. Wiele osób obawia się, że z powodu nowej odmiany wirusa … może nam grozić prawdziwa epidemia. Nowy rodzaj [wirusa] wywołuje charakterystyczne objawy tej choroby, takie jak gorączka, kaszel, katar, ból głowy czy ból gardła. Wykrycie konkretnej odmiany choroby nie jest łatwe, więc podczas wizyty należy koniecznie poinformować lekarza o odbytych w ostatnim czasie podróżach albo o kontakcie z osobą, która na przykład wróciła z Australii.

Koronawirus? Gdzie tam. To na chybił trafił wybrane artykuły o grypie australijskiej sprzed dwóch lat. Miałam (prawdopodobnie) nieprzyjemność tę grypę przechodzić. Po grypie i powikłaniach doszłam ledwo do siebie po trzech miesiącach. Wtedy nikt tego nie diagnozował (wpisano mi w karcie „infekcja”), nie zawracał sobie kaszlem głowy, tylko zapisywał kolejne antybiotyki i sterydy. Gdy potem poprosiłam o wprowadzenie zwyczaju firmowego nie podawania rąk w okresie grypowym patrzano na mnie jak na aspołeczną istotę, która „nie szanuje ludzi”.

Jeszcze dwa lata temu udanie się na SOR z kaszlem uznane by było za głupi żart a żądanie testów na jakiegoś wirusa za bezczelność.

Dwa lata temu panika nie chwyciła, bo słowa „grypa” czy „infekcja” niosą inne konotacje niż całkiem nowiutki „koronawirus”, którego obraz można kształtować dowolnie.

Ale kto dziś pamięta australijską grypę? Za dwa lata od pandemii koronawirusa pojawią się refleksje, że obecne reakcje są przesadzone a zagrożenie nie takie straszne jak je odmalowywano.

Nie twierdzę, że to jest ten przypadek, ale w dzisiejszym układzie kulturowym możliwe jest wypromowanie zjawiska marginalnego lub nieistniejącego a zmuszającego ludzi -niczym atak Marsjan w słuchowisku Wellesa- do panicznych reakcji. Kultura współczesna jest wszak rzeczywistością wirtualną, a świat obywatelski jest kreowany (a nie przekazywany) przez media. Koronawirus został medialnie wypromowany, bo od czasu rzekomego ataku Marsjan dysponujemy  już i inną wrażliwością (czułki nastawione na wirtual) i innymi środkami promocji niż radio. Pod pretekstem „wirusa” bada się obywatelskie granice: zmusza się ludzi do samo-aresztu domowego, ogranicza wolność osobistą i wolność handlu.  Oprócz wybranych nikt wirusa nie widział i nie zobaczy, a ludzie umierają codziennie i to jest naturalne. Rząd i media umiejętnie zarządzają ludzkimi wyobrażeniami (te maski i białe kombinezony na internetowych zdjęciach robią wrażenie, prawda?) i podsycają panikę (wszelkie proszę nie kupować! dają efekt dokładnie odwrotny: ludzie wykupią określony towar, zwłaszcza gdy media dodadzą zdjęcia pustych półek). Uwaga idzie za światłem medialnych fleszy wydobywającym z mroku określone zjawiska. Podświetlone fenomeny czy klatki filmu nie są jednak rzeczywistością. To umysł układa historię z podsuwanych mu (cynicznie?) fragmentów i reaguje na wykreowaną historię.

Ludzie trzymani są w domach medialnym przekazem lęku nie dlatego, że za progiem snują się śmiercionośne miazmaty, ale dlatego, że zagrożony jest obraz rządu/państwa. Załamanie służby zdrowia (w społecznym odbiorze bo nie realne, które teraz ma miejsce)  spowodowałby wybuch takiego społecznego niezadowolenia, że ludzie odsunęliby władzę od władzy. Rząd – we własnym interesie -usiłuje utrzymać iluzję status quo, iluzję siebie jako lidera i udaje, że prowadzi w tańcu kolejnymi aktami prawnymi, które wzbudzają panikę i powiększają bańkę iluzji. Najpierw jest przygotowanie („rozważamy…”, „może”), wywołanie reakcji (obywatele dostosowują się jakoś do „może”) a potem rząd mówi „przewidzieliśmy to, mamy rękę na pulsie”, co słabszym na umyśle daje iluzję, że jeszcze ktoś nad chaosem panuje, przewiduje i rozumie, co się dzieje.

Nie dziwi mnie, że świat wirtualny, świat fake newsów, walczy z wirusem właśnie propagandą sukcesu, wirtualnie i przez fejki.

 

***

Po czternastowiecznej Czarnej Śmierci została ludności Europy obawa otwarcia porów skóry dla zaraźliwego „powietrza”. Czyli coś, co dziś nazwalibyśmy ohydnym upodobaniem do warstwy brudu, która miała rzekomo chronić przed zarazą. Oczywiście, owa obawa po kilku wiekach wypaliła się i zastąpiono ją nie tyle rozsądną czystością i dbałością o zdrowie, co próbą zanegowania funkcjonowania, zapachu i wydzielin ciała pod dyktat przemysłu drogeryjnego. Zanegowania Dzikiego, czegoś co wyrasta poza wolę i image. Żyjemy nie tylko w czasach obsesyjnej czystości (bakterie w reklamach noszą wręcz atrybuty diabła), ale i kariery pojęcia „toksyczność”. Toksyczne powietrze, toksyczna gleba, toksyczni ludzie, toksyczne relacje… Toksyczność nie jest otwartym czy oczywistym zagrożeniem. Toksyczność  jest ukryta, trudna  do uchwycenia, pełna pozorów. Jest demokratyczna- dotyczy po równo wszystkich, nie sposób się przed nią ukryć. Dopiero nazwanie toksyczności wprost i neutralizacja toksyn sprawiają, że można żyć. Toksyczne jest też Dzikie – w sensie, że nie poddane kontroli ani woli. Świat stał się w ludzkiej opowieści miejscem  „toksycznym”, o utajonych niebezpieczeństwach, rozmytej odpowiedzialności i brudzie przenikającym, trudnym o wykrycia. Więc i do obrony.

Nasza kultura próbuje Dzikie przekreślić, wymazać (wycinka lasów, trująca żywność, nienaturalny tryb życia, pseudorolnictwo,  betonoza, Zabija bakterie. Na śmierć), stając się w ten sposób bezbronna. Rzeczywistość jest jednak taka, że ciała wiążą nas z Dzikim. Jesteśmy częścią Dzikiego przez ciało. I biada temu, kto uwierzył, że jest inaczej.

Cywilizacja -jak w „Niezwyciężonym” Stanisława Lema- została zaatakowana przez Dzikie. Koronawirusy są z nami od dziesięciu tysięcy lat. I robią to, co robi każde Dzikie od tysięcy lat-jedzą, wydalają, rozmnażają się i umierają. Beznamiętnie, korzystając z gościnności komórek gospodarza. I inteligentnie, bo Dzikie (jak diabeł, jak Życie) jest wolne i inteligentne.

Koronawirus, tak jak go wypromowano w mediach, jest materializacją kulturowego wyobrażenia o Dzikim i Toksycznym.

Jednak nie wirus jest problemem, wirus jest posłańcem. Problemem jest ogrom systemowych iluzji, w jakich żyjemy i tu- w tę słabość naszych bajek- uderza pandemia. Koronawirus sam w sobie nie jest zagrożeniem, powoduje jednak naszą nad-reakcję. Co ciekawe, dzieje się tak na poziomie jednostkowego organizmu, gdy „najeźdźca” zostaje potraktowany jak kolejna środowiskowa toksyna, stresor czy alergen, i organizm broni się przed nim ostrym zapaleniem płuc; jak i na poziomie ciała społecznego, gdy także wywołuje nad-reakcję, bo uderza dokładnie w słabość współczesnego myślenia o ciele i świecie. Jednym słowem, pandemia uwypukla słaby układ odpornościowy zarówno jednostki jak i organizmu społecznego. Stąd nad-reakcja i lęk – w sumie nie przed chorobą a własną słabością.

Mam wrażenie, że to System-a nie koronawirusy- generuje słabości organizmu społecznego i ludzkiego, i próbuje je ciągle tymi samymi metodami rozwiązać, generując kolejne problemy. Całe społeczeństwa przechodzą na OCD; zaburzenia kompulsyjno-obsesyjne stają się normą, wszyscy szorują ręce spirytusem, nie bacząc na podrażnioną skórę. O potęgo gestów magicznych w obliczu bezradności.

 

***

Niektórzy piszą „Świat nie będzie już taki sam”, żegnając się tym samym z własnymi klatkami umysłu. Inni piszą o szoku, traumie. Kruchość, wydanie na Los, zmiana schematów myślowych i „oczywistości” – tak, ale jeszcze nie trauma. Trauma jest poza językiem, poza warstwą symboliczną i środkami wyrazu. Nie da jej się nazwać, gdy się dzieje, to wymaga czasu, przepracowania. To rodzaj dziury w psyche, skażonej emocjami zony. W czasie uderzenia nie snuje się refleksji pt. „czy teraz następuje poważny uraz i jak będzie wyglądał świat po traumie?”. Jeśli stać kogoś na taką refleksję, to raczej buduje sobie egotyczny dramat a nie przeżywa traumę czy styka z Realnym.

 

***

Rajcuje karnawałowy świat a rebours, ale też i świat według starych baśni. Przecież odgrywamy to, co opowiedziano nam o wojnach, kryzysach, zarazach, o stanie wojennym, odtwarzamy jak na taśmie zakodowane w umyśle narracje. Niektórzy wyjeżdżają z sepetami na wieś, jak to czynili dawni bogaci mieszczanie uciekający przed „powietrzem”. Inni oddają się rozkoszy uniesień a la wojennych („wojna jest podniosła”, pisał słusznie James Hillman) czy czerpią frajdę z  poświęceń na rzecz Ludzkości, nawet jeśli to tylko spacer z psem sąsiada czy szycie maseczek. Inni martwią się o „brak pracy” czy „puste półki z octem”, bo tak o „kryzysie”  opowiadali (zresztą niesłusznie) im dziadowie i ojcowie. To nie nasz świat przecież, nie to się dzieje, ale nazywamy to według wgranych wzorców zagrożenia.

Tymczasem w sumie nic się nie zmieniło. Władza nadal usiłuje utrzymać się na stołkach, produkuje się obficie smog, nadal żyjemy w obliczu katastrofy klimatycznej i potężnej suszy, nadal każdego dnia ludzie umierają na raka i zawały…  jednak gros opowieści dotknięta jest „koronawirusem”.

 

***

We Włoszech nie podłączają ponoć do respiratorów osób powyżej 60 roku życia.  O ironio, właśnie te osoby przez cale życie utrzymywały system zdrowia, by mieć gwarancję, że dostaną pomoc za pomoc jaką dawali Systemowi przez całe życie. To z pracy tych osób są respiratory. Teraz System – w paroksyzmie właściwego mu zidiocenia- postanowił owe osoby tego prawa pozbawić i jednostronnie, bezprawnie wycofać się z umowy. Oto faktyczny Karnawał- stosunki oparte na układzie ekonomicznym czy handlowej umowie okazują się ciągle słabsze niż lęk przed śmiercią. System mutuje, broniąc sam siebie (nie obywateli). Ciekawe jaki kształt przybierze kultura bazująca na faktycznym zabójstwie matek i ojców? Jak mocne będzie wyparcie? Czym potomkowie odkupią winę? Freud z tamtej strony z lekka się uśmiecha.

Być może odchodzimy od świata miękkiego „zarządzania duszą”; od wewnętrznego auto-sterowania  i auto-kreacji Ja w stronę zarządzania przez zewnętrzny (uzewnętrzniony) przymus/przemoc. Ten zewnętrzny przymus pojawi się jako rezultat dotychczasowego „miękkiego auto-zarządzania Ja”,  pozornie sensownego wykrawania z siebie kolejnych kawałków pod dyktatem mody, mediów, rynkowych wzorców przeżywania. Gdzieś musi być granica płynności i grupowa nieświadomość wytworzy taką granicę w reakcji na nieznośną płynność i dowolność. Wielki Powrót Ojca: czy tu znów Lacan z lekka się uśmiecha?

 

***

W ciężkich czasach trzeba pamiętać: piksele i słowa na ekranie to nie rzeczywistość tak jak mapa nie jest terytorium;  statystyka ani testy nie odzwierciedlają rzeczywistości a są tylko nawykowo powtarzaną, niezdarną próbą jej uchwycenia (zachachmęcenia, utworzenia);  tysiące ludzi umiera codziennie w Europie,  a umiera, bo choruje na życie a nie na COVID-19.

A „rzeczywistość” to sen Brahmana, nasz sen.

 

 

3 myśli w temacie “Mapa nie jest terytorium”

  1. To tylko maly prztyczek w nos od natury.Non stop cos sie dzieje trzesienia ziemi,pozary,cyklony,nawalnice,susze.No i usatysfakcjonowani sa ci co to przepowiadaja i ci co w to wierza. Najlepiej radza sobie wiezienia, tam chwasom nigdy dachu nie porwie,pradu i paszy nie brak.

  2. Nie wiadomo jak ta epidemia sie potoczy. Co będzie po niej. Jeżeli w bogatym kraju po miesiącu zastoju ludzie nie maja dostępu do pożywienia, jeżeli juz słychać głosy o kryzysie jakiego świat nie widział, a ludzie w to wierzą i powtarzają jak mantrę to faktycznie nie ma dla nas ratunku. Jesteśmy jak ćmy lecące do ognia. Do tego zamiast gasić pożar dywagujemy jak bardzo sie rozprzestrzeni i ile strat trzeba będzie odrobić. Nie ludzkich, nie nawet materialnych, a finansowych. Pieniądz, ktory służy jako narzędzie do sprawowania władzy, a wartosci nie ma żadnej, niezmiennie pozostaje celem sam w sobie. I tak dochodzimy do absurdalnych sytuacji, ze przed Wloskimi obywatelami staje widmo głodu, kiedy na świecie jedzenia nie brakuje, pomijajac juz jakosc tego jedzenia. Co będzie gdy zabraknie nam wody? A moze sie to stać szybciej niz myślimy. Cynizm rządów oraz finansowych potentatów objawia się nieustannie i tak samo będzie, gdy epidemia zacznie wygasać, a nieliczni zarazeni z grupy ryzyka zaczną jak dawniej lądować w kiepsko wyposażonych szpitalach umierajac na „zapalenie pluc” albo „pogrypowe powikłania”. Wtedy juz nie będzie gloryfikowane ratowanie życia i kreowane na modne, a narzucone siłą#zostan w domu. Nie będzie obsesyjnego odkazania i mierzenia temperatury, a przed kaszlacymi i prychajacymi beda po cichu drzeli jedynie Ci co mają w domu osobe w trakcie chemii lub czekająca na przeszczep.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *