Co jest dziś tabu

„Mały bachorek ma określone inne granice niż starsze dziecko”

„Dorastające dziecko może być arcygłupie”

„Jeśli robisz partnera ze swojego dziecka, to prawie tak jakbyś robiła z niego homoseksualistę”.

„Zazwyczaj kobiety, które mają tak rozpuszczone dzieci mają też kłopot z utrzymaniem granic z innymi dorosłymi, na przykład w pracy czy kontaktach codziennych”

„Dziecko powinno czuć strach przed karą (…) Niezależnie od tego czy dziecko płacze, przeprasza, błaga”. „Ostatnio komuś powiedziałam, że moim zdaniem pierwszym uczuciem, którego dziecko powinno doznawać wobec rodziców jest respekt. Pewnie cię to oburzy, ale mówię oczywiście o lekkim strachu wobec matki i ojca.” (Suzan Giżyńska) „W ogóle mnie to nie oburza (…) Dziecko musi wiedzieć, że matka wie lepiej”.

To cytaty z książki „Instrukcja obsługi dzieci” Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej. Cytaty komentowane szeroko, które wkurzyły opinię publiczną do tego stopnia, że wydawnictwo Zwierciadło poczuło się zmuszone wstrzymać wysyłkę tej książki. „Instrukcja” naruszyła tabu i w sumie dobrze wiedzieć, że w „rozpuszczonej”, nomen omen, kulturze jest jakieś tabu, bo wydaje się, że owo wymięka nam jak śnieg na Antarktydzie.  O tabu mówią- nie bezpośrednio- komentarze oburzonych. Dziś o tym, co mówi oburzenie klasy średniej (bo do tej warstwy skierowana jest książka i komentarze) .

Bardzo pouczający – jeśli chodzi o treści zakazane wśród klasy średniej- jest artykuł Ewy Bukowieckiej-Janik. Poniżej jego fragmenty z moim komentarzem, który nie jest tłumaczeniem intencji autorek „Instrukcji”.

***

Autorytetu nie zdobywa się poprzez strach, lęk. Tak się zdobywa władzę, która – jak wiadomo – stoi niebezpiecznie blisko przemocy.

Tutaj boli, i to ogromnie. Wychodzi na to, że tabu jest władza. Władza utożsamiona jest z przemocą. A przemoc jest już z zasady brzydka, więc i władzy być nie może. Lub nie można o niej mówić wprost.

Rodzice wypełniają swoją rolę. Nudzą, zrzędzą, zawracają głowę, wtrącają się, każą coś robić, wytyczają ramy, krytykują, mówią nieprzyjemne rzeczy wprost w oczy. To ich taniec. Tworzą w ten sposób punkt odniesienia, wprowadzają pojęcie prawa, pojęcie zasad. Dziecko się opiera temu, ale i na tym. Współcześni nowocześni rodzice jednak okraszają swój taniec poczuciem winy, poczuciem, że dziecka czegoś pozbawiają, i że – pokazując władzę-są źli jako ludzie i jako rodzice- bo przecież władza jest ble, w ich pojęciu to przecież czysta przemoc a wychowanie powinno być łagodnym dialogiem i przewodnictwem.  Trudno jednak prowadzić dialog na równym poziomie z dwulatkiem ani podejrzewać go o głębszą refleksję, zwłaszcza podczas ataku wściekłości. Nie ma partnerstwa w sytuacji nierównowagi sił, w wychowaniu, w gabinecie terapeutycznym, w administracji państwowej, u układzie obywatel i państwo. „Król Maciuś Pierwszy” to książka dla dorosłych, nie dla dzieci: dzieci nie mogą rządzić, zajmują inną pozycję, pozycję niewiedzy i bezradności.

Rodzice próbują swoją władzę (faktyczną, psychiczną, fizyczną, prawną) storpedować, przekuć na eufemizm „partnerstwo”, „przewodnictwo”. To znów zmusza ich do nieustannego i nieskończonego uzasadniania swoich decyzji zamiast mówienia z pozycji roli. „Mówię to, bo jestem ojcem i tak ma być, bo to mówi ojciec”, „Mówię to, bo jestem matką, i nie dyskutujemy dalej”- to się nie mieści już w głowach i kojarzy się z szakalowym językiem przemocy. Jest jednak pułapka: de facto wychodzenie z roli Rodzica jest przyznaniem, że porządek symboliczny równa się porządkowi uzgodnionemu a uzgodnione granice można przesuwać w nieskończoność, bo nie opierają się o nic. Rodzic przestaje być skałą; ojciec staje się „tatusiem” nawet dla swojej partnerki, matka staje się powierniczką dziesięciolatki.  I tak, mamy dzieciaki, które przenoszą takie stosunki do szkoły a potem dziwimy się, że nauczyciele noszą na głowach kubły na śmieci. Granice nie poparte widmem realnej siły czy niewzruszoną rolą są niczym.

Tabu objęty jest także lęk dziecka przez rodzicem i jego władzą. Dziecko -na poziomie głębokim- nie tylko kocha/jest zależne, ale też nienawidzi i boi się rodziców.  Wobec swojej kruchości boi się pożarcia, zawłaszczenia, zniszczenia przez postacie pół-boskie, Rodziców, które -realnie i obiektywnie- nie muszą robić nic „przemocowego”. Złości się na dominującą pozycję Rodziców. Dziwi mnie, że to dziwi komentatorów. Na bogów, sięgnijcie państwo do swoich zamierzchłych wspomnień.

Sytuację komplikuje jeszcze bardziej fakt, że dziecko wytwarza nieświadome fantazje i presupozycje na temat funkcjonowania świata i swojej w nim roli. Są one niezależne od deklaracji czy woli rodziców. Powstają samoistnie („po co tu jestem?” „czego ode mnie oczekują?”, „jak to działa?”), w interakcji, w relacji, świadomej czy nieświadomej. Dziecko jest zdolne (jak każdy umysł) do produkcji fantazji, założeń, wyobrażeń, zaprzeczeń, które są znów funkcją jego życia wewnętrznego, części jego psyche. Nikt nie jest tabula rasa, homo sapiens ma wgrane genetycznie określone struktury, wyobrażenia więc i oczekiwania. Nawet najlepszy rodzic tam nie dotrze, więc w sumie -nawet mając dobrą opiekę i kontakt- życie zaczyna nam się od nieporozumienia, zgrzytu, zagubienia.

Należy też wspomnieć jedno- kultura, wychowanie opierają się na wyparciu pewnych treści, na zewnętrznym i uwewnętrznionym zakazie, więc i lęku. Nie ma innej kultury. Mrzonką jest kultura bez przemocy. Współczesne społeczeństwo nie spiera się już z zewnętrznymi ośrodkami władzy: dziś zarządza się duszą.  Łagodnie, w białych rękawiczkach, zarządza się masami przez wstyd, poczucie winy, medialne narracje, ekspertyzę, modę, pop-psychologię. W zasadzie trudno się zbuntować, bo nie ma odpowiedzialnego na zewnątrz, trudno atakować „niewidzialną rękę rynku” czy „demokrację”. Władza jest ukryta, uwewnętrzniona, rozmyta (stąd narracja „toksyczności”?), ale nie oznacza nijak, że nie stoi za nią siła (np. sterowane medialne oburzenie) i nie posługuje się przemocą (psychomanipulacją). Socjalizacja w każdym razie wiąże się z przemocą, z ograniczeniem, więc i z lękiem – bez względu na to czy socjalizowany się buntuje czy przyjmuje biernie owe oddziaływania władzy. Moim zdaniem, należy nauczyć się nazywać i znosić gryzącą świadomość swojego kulturowego okaleczenia.

Przykrywanie istnienia władzy/siły listkiem figowym i tworzenie eufemizmów uniemożliwia dialog na ten temat i dorosłe zbliżenie się do własnej ambiwalencji, do własnego konfliktu sadyzmu/podległości. I to właśnie, władza zredukowana bezmyślnie do czystej przemocy Pana wobec Chama (z uczestnictwem Plebana), wypływa w naszej krajowej polityce. Co nieuświadomione, nienazwane, wypłynie z mocą.

***

Serio, nie trzeba być pedagogiem, żeby zauważyć, że dziecko, które dostaje nagrody będzie w swoich działaniach motywowane… nagrodą! (WOW!) Będzie posłuszne, dla nagrody. Będzie interesowne.

Oburzenie idzie w stronę rzekomo zalecanego przez autorki tresowania potomka przez kary i nagrody. Chciwość i przekupność są tabu. Problem w tym, że jednostka pójdzie zawsze za swoją (nieświadomą, świadomą, wgraną) satysfakcją.  I także na poziomie świadomym,  homo oeconomicus pragnie obliczyć swój zysk (co jest zresztą niemożliwe) a państwo zarządza ludnością przez kary i nagrody.  Nie dzieci przecież wynosiły stosami darmowe kubły z marketu we Włocławku, nie dzieci tratują się przy otwarciu sklepów pełnych jakiegoś chłamu. „Chciwa baba” z ludu budzi obrzydzenie, bo klasa średnia kubły wynosi po cichu. Używa innego języka. Może tylko pochwalić się, że zrobiła super interes, opłaciło się, wynegocjowała kontrakt, korzystnie sprzedała czy dobrze zainwestowała. To tylko pisowski lud jest interesowny, bo bierze pińcet za potulne głosowanie, warstwy wyższe mają „głębokie przekonania”, „demokratyczne zasady”, same „wykuwają swój los”, „dobrze, świadomie inwestują swój czas i pieniądze” czy „zarządzają ryzykiem”. Dziecko, które ślini się jak pies Pawłowa, pokazuje nasz, dorosły, „brzydki” kawałek. Czemu jednak dziecko ma być aniołem i nie kalkulować zysku- nie rozumiem.

***

Nie ma trudnych dzieci. Są trudni rodzice. Trudne dzieci to te, które mają ognisty temperament, własne zdanie, są uparte i nieprzejednane. Są nieposłuszne. A rozpuszczone dzieci? No cóż. Same się nie „rozpuściły”, więc może odpuśćmy szkodliwe etykietowanie dzieci.

W tych eufemizmach „ognisty temperament”, „własne zdanie”, „nieposłuszne” dostrzegam jakąś fascynację. Nutkę podziwu. Niezależność, indywidualizm są przecież uznanymi wartościami w kulturze. Dziecięcą agresję i (samo)destrukcję można więc przykryć „pozytywem”, i tak zaprzeczyć istnieniu dzieci zaburzonych biologicznie i społecznie, psychopatycznych, których osobowość nie współbrzmi z oddziaływaniami, świadomymi i nieświadomymi, opiekuna. Dzieci zachowujące się destrukcyjnie czy aspołecznie nie mogą być we współczesnej narracji „rozpuszczonymi bachorami” (bo to język agresji, jak stwierdza komentatorka)  a neutralnym tworzywem, przy którego obróbce popełniono błąd. Dzieje się tak, bo kultura uznaje, że dziecko jest z natury dobrą czy neutralną tabula rasa poddaną (a jednak, o ironio) kształtowaniu przez obezwładniającą siłę rodzicielską.  Jednak ani dziecko nie jest tabula rasa, ani człowiek w swojej istocie nie jest „dobry” ani też rodzice nie mają takiej siły kształtowania jaką sobie przypisują. Jednak zakłada się, że uzgodniona rzeczywistość opiera się (rzekomo!) na przyczynie-skutku. Ktoś więc musi być winny, i pada na rodzica. Rodzic jest winny złej obróbce. Efektem jest niepewność rodzicielskiej roli, poczucie rodzica, że „psuje”, jego poczucie winy  i nieświadome wspieranie dziecięcych zachowań egoistycznych czy nieposłuszeństwa (tak częsta niekonsekwencja, ambiwalencja), bo te zachowania są upragnione przez dorosłego.

Spod eufemistycznego „ognistego temperamentu” wystaje coraz bardziej nurt mówiący wprost o „rozpuszczonych bachorach”, wyśmiewający madki z bombelkami  i paragon „dodatek za bachora”. Współczesny kult dziecka (kult wewnętrznego dziecka, kult młodości etc) ma w swoim przeciw-nurcie coraz większe kręgi antynatalistów i szyderców. Jasne jest, że ludzie nie znoszą cudzych dzieci, jednak powiedzenie tego głośno brzmi jak pierdnięcie w towarzystwie. Słowo „bachor” niekoniecznie musi być wyrazem agresji a próbą zdjęcia Dziecka z kulturowego piedestału i ustawienia go na właściwej dla niego, niższej niż Doroslość  pozycji.

Gdy przesłaniamy woalkami „trudne dzieci” wypieramy ambiwalencję ludzkich relacji, głęboką ambiwalencję życia rodzinnego i rodzicielstwa, które w zasadzie, na głębokim poziomie, polega (także) na sporze, próbie sił czy „złych emocjach” jak niechęć, lęk, nienawiść, złość, żal czy wstyd.

***

Tak, „robienie z syna partnera” nie jest dobrym pomysłem. Z pewnością toksycznym. Jednak to nie ma nic wspólnego z orientacją seksualną.

Oczywiście, że nie, i we fragmencie „to prawie tak jakbyś robiła z niego homoseksualistę” nie ma mowy o zmianie biologicznej orientacji.

Jest mowa o czymś innym . O konflikcie edypalnym, specyficznym i ambiwalentnym miejscu dziecka w układzie między rodzicami. Dziecko choć kochane, powinno być z tego dwójkowego układu przez matkę i ojca wypchnięte. Dla jego własnego dobra. Niestety model Matki Polki i lansowany przez chrześcijaństwo układ syn-matka żadnego „wypchnięcia” spod wpływu matki nie zakładają. Mamy więc „matczyną” narodową obsesję bezpieczeństwa, dostępne całodobowo babcie żyjące życiem swoich dzieci i dzieci mieszkające z rodzicami po trzydziestce rzekomo z powodów ekonomicznych.

***

Nietrudno sobie wyobrazić, że tak uproszczone „treści psychologiczne” rodzice kupią bez mrugnięcia okiem. Bo tak jest prościej: wzbudzać lęk i dać karę. To kosztuje mniej wysiłku niż jakieś tam bycie „przyjaznym przewodnikiem”…

Krytycy boją się tej książki, bo może mieć „działanie”. Zakłada się, że rodziców należy karmić treściami „fajnymi” i niebezpiecznie jest podawać im treści „niefajne”, bo wierzą bezkrytycznie „autorytetowi”. Nie ma lepszego podsumowania kultury eksperckiej i pozycji dziecka, w jakiej znajdują się dziś dorośli, było nie było, ludzie.

***

Krytycy płyną z nurtem kulturowego zdziecinnienia. Zdziecinnienia, utatusiowienia, ufajnienia, ugrzecznienia i upupienia sterowanego przez System, bo ludźmi młodymi da się łatwiej zarządzać. Tymczasem, życie i straszniejsze i piękniejsze jeszcze jest. Dorosłość wiąże się z gorzką świadomością ambiwalencji, niespełnienia i nieustannego, tragicznego wewnętrznego konfliktu.

Osoby, które się oburzają niech przestaną zakłamywać sobie rzeczywistość. Autorytety promujące bliskość i wychowanie przez głaskanie oczywiście tak, to przecież jedna strona medalu, ale  przestańcie sobie kłamać, że dzieci was tylko kochają,  że jesteście przewodnikami a nie rodzicami, że trzylatek rozumie obiektywne, złożone okoliczności i że socjalizacja nie wiąże się z manipulacją, lękiem, wyparciem i przemocą.

Książkę pani Miller przejrzałam. Plasuje się całkowicie w poradnikowym nurcie pop-psychologicznym. Jednak w oburzonych komentarzach przypisuje jej się poglądy, których nie wyraża, a to już podłość (konkurencji?). Taka promocyjna gównoburza wydawnicza. Książka jest – być może głupią, niezdarną,  płytką – próbą wprowadzenia pewnego porządku, hierarchii, ról, zasad, ujawnienia paradoksów i tych niefajnych rzeczy w relacjach jak lęk, nienawiść, żal czy zawłaszczenie. Wprowadzeniem symbolicznego Ojca, który bezczelnie, w swojej wolności nazywa i w swojej roli robi rzeczy niepopularne (co nie znaczy, że leje i wrzeszczy), ale bez którego rzeczy rozpadają się w szwach. A co się rozpadnie poza językiem i refleksją- grozi nieświadomym wybuchem.

Klasa średnia, po komentarzach oburzonych patrząc, ma problemy z pojęciami władzy, roli czy zysku. Więc i nie jest dobrze w państwie duńskim.

Jest wiele odcieni między bielą lansowanego „fajnego przewodnictwa”  a czernią domowej przemocy. Pod oficjalnym ubóstwieniem Madonny czai się ambiwalencja rodzicielstwa i wychowania, wewnętrzne konflikty. Warto przyjrzeć się -w sobie a nie w pani Miller- powodom poruszenia, zamiast wzywać do palenia książek w imię ideologii.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *