O śmieciowym myśleniu

Tzw. ustawa śmieciowa wydaje się -społeczną i ekologiczną- porażką. Podział na nielogiczne frakcje, odpowiedzialność złożona na finalnego użytkownika zamiast na producenta, zapowiedzi odpowiedzialności zbiorowej za błędy, ogromne podwyżki, bałagan, bezcelowość. To wszystko wobec bezczelnego rozpasania i głuchoty korporacji na problemy ekologiczne, mody na obłudne eko-działania i faktu, że Polska stała się dla innych krajów wysypiskiem śmieci i to regularnie podpalanym. Inaczej więc być nie mogło: nowe regulacje budzą złość, więc i wkrótce obudzą złośliwość  (lasy polskie rozkwitną śmieciami, głosi prorok Lebioda).  Wydaje się jednak, że z pewnego punktu widzenia ustawa śmieciowa jest doskonała- doskonale zniechęca ludność do tematu ekologii. Tresuje suwerena w tym, że eko oznacza drogo, bezmyślnie, niesprawiedliwie i uciążliwie. A że ustawa jest karykaturą koncepcji Unii Europejskiej, sugeruje także, że za wszelką niedogodność odpowiada Zachód. Może też obudzić nadzieje, że po polexicie, gdy ostatecznie wstaniemy z kolan, odzyskamy niepodległość i wreszcie będziemy u siebie, będzie można wywalać niesegregowane śmieci za płot sąsiada i to bez żadnych konsekwencji.

Niektórzy się nabierają na takie prymitywne socjotechniki, cóż zrobić.

Widzę tu pewną analogię do upowszechnianego wzorca ogrodu. Medialny wzorzec ogrodnictwa zniechęca do założenia ogrodu (już samo „założenie ogrodu” brzmi groźnie i każe łapać się za kieszeń).  Na przykład, taki głupi trawnik-na podstawie tego, co lansują kolorowe pisma- jest przedmiotem ustawicznej chemicznej i mechanicznej walki: z mchem, z mniszkiem, z grzybami… Poddawany jest trudnym zabiegom Wertykulacji, Aeracji, Nawożenia i regularnego Przycinania (z użyciem specjalistycznego sprzętu, reklama we wkładce), o Nawadnianiu nie wspominając, najlepiej zautomatyzowanym systemem, bo kto by tam w XXI wieku z konewką latał. Oczywiście, należy z trawnika usuwać spadłe jesienią liście (dmuchawa reklamowana pod artykułem, a w ogóle nie dajcie bogowie mieć w ogrodzie drzew liściastych, bo niszczą trawnik, najlepiej drzewa wyciąć). I nie wolno stąpać po gazonie, gdy leży śnieg, bo źdźbła zgniją, trzeba ścieżkę utwardzoną zbudować niczym Via Appia (reklama na kolejnej stronie). Skoszona trawa też jest sproblematyzowana- wyrzucić ją można po segregacji (oddzielne, limitowane worki, szukać w gminie), bo dodanie jej do kompostu grozi jego zgniciem i uciążliwym smrodem (żeby kompost nie zgnił należy zakupić przyspieszacz, reklama na okładce).  Uff… To wszystko tylko o trawniku. Nie mówiąc już o coraz to bardziej wydelikaconych i nieodpornych roślinach ogrodowych, które próbują się odnaleźć w polskim ogrodzie z daleka od swojego azjatyckiego, śródziemnomorskiego czy południowoamerykańskiego domu, tylko dlatego, że niemieccy czy holenderscy producenci „zdobywają polski rynek”. Takie medialne aberracje, jak zalecane zimą mycie pni brzóz pominę wstydliwym milczeniem.

Ogród w mass medialnym lansie to kosztowny front walki, planowanego eliminowania, przycinania, wycinania, kontroli pozbawiony całkowicie frajdy- oprócz satysfakcji stawiania na swoim (ego). Nie dziwię się, że osoby, które nawet mają fajną ziemię przy domu, nie cieszą się nią ani nie dzielą się nią z nie-ludźmi (tzw. „szkodnikami”) i uciekają od tematu ogrodnictwa, oddając go „ekspertom od podchodów wojennych” lub wysilając się na tuję i trawnik z rolki a potem regularnie klnąc.

Problematyzacja i ekspertyzy tam, gdzie przyroda doskonale sobie radzi sama. Jakie to współczesne, jakie nasze.

I tak właśnie: przez pryzmat sproblematyzowania, przemocy i pieniędzy widzimy biotopy, w których żyjemy. Jakże zabawną (gorzką) iluzją jest „ratowanie koali” pieniędzmi i akcjami charytatywnymi mającymi jako skutek uboczny wzrost konsumpcji. Zabawna jest wiara, że ludzi należy ewakuować, koale można nakarmić pieniędzmi a zbawić dżdżownice czy skoczogonka już nie warto, tak samo jak umieścić na liście strat. Wiara, że jakiekolwiek pieniądze przyspieszą czas i przywrócą życie glebowe wypalone na metr, które odrodzi się- w idealnych warunkach, jakich już nie będzie- może za 100 lat. Wiara, że ogrodowy domek dla owadów cokolwiek zmieni w sytuacji permanentnego zanieczyszczenia światłem i powszechnego użycia toksycznych materiałów budowlanych. Wiara, że z wielkim wysiłkiem trzeba klecić i zawieszać „budki dla ptaków”, choć od milionów lat ptaki składały lęg bez ludzkiej pomocy w koronach drzew, w dziuplach i zagłębieniach skalnych. Zabawna jest wiara, że jak posegregujemy i poddamy recyklingowi plastik to ten przestanie istnieć, i szkodzić i nam i środowisku. Zabawna wiara, że rośliny się „produkuje” a Tesla uratuje świat używając „czystej energii”.

Bawią prognozy, że „bogate kraje” poradzą sobie ze zmianami klimatu (bo mają pieniądze), a biedne nie-jakby uległa wyparciu myśl, że na Ziemi, więc i na Rynku są granice wzrostu, pieniądze nie są wodą  i rewolucje nie są robione przez „bogatych” a przez biedną nie mającą nic do stracenia tłuszczę, tak wielką i tak zdesperowaną, że nie da się jej wystrzelać, gdy wyjdzie poza symboliczne struktury.

Jeśli tej tłuszczy nie uwiedzie się, nie ma się po swojej stronie, żaden globalny projekt nie ma szans na realizację. Zakłamaniem, problematyzacją, przemocą i pieniądzem – tak myślenie kapitalistyczne próbuje poradzić sobie (międląc do wyrzygu te same rynkowe chwyty) z katastrofą klimatyczną. Skończy się -obrazowo mówiąc-śmieciami w lesie i rewolucją, pogrzebaniem samej idei. I nas.

Jako gatunek jesteśmy bezczelnie pewni siebie, choć głupi. Nie tylko wobec Ziemi Matki, ale i wobec nas samych i bliźnich. Dzikie ginie a dziczeją obyczaje.

Nie tyle mamy śmieciowy problem, co śmieciowe myślenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *