Wołanie o niepamięć

Andrzej Leder- i jego kilka wybranych refleksji o poczuciu krzywdy, specialite de la maison polonaise. Refleksji ważnych zwłaszcza w kontekście nadchodzących wyborów i „odwiecznego” sporu POPiS kręcącego się właśnie, między innymi, wokół kwestii poczucia krzywdy.

Chciałabym już zapomnieć o tych rachunkach krzywd, których obca dłoń… oraz o tej krwi co nie odmówi nikt, wysączymy ją z piersi i z pieśni etc, etc. Chcę patrzeć na świat własnymi oczyma a nie oczyma starców. Kontaktować się z własną a nie cudzą rzeczywistością, nie przejmować cudzych narracji, cudzego rozkładu akcentów i cudzych linii demarkacji. Mam dość obowiązującego publicznego podziału na skrzywdzonych i krzywdzicieli. Czas najwyższy na powszechny cud niepamięci i przepracowanie poczucia krzywdy, która, niestety, wżarta, nienazwana wprost lub przejęta przez cynicznych polityków łatwa do usunięcia nie będzie. Najlepiej zacząć od czyszczenia własnej głowy, wyrzucenia własnego programu autodestrukcji  i zrozumienia tego, co się wokół dzieje.

***

…poczucie krzywdy nie pozwala przeżywać radości, rozkoszy, juissance innej niż ta płynąca z zemsty. Albo z fantazjowania o zemście. Albo ze złego losu krzywdzicieli, nawet jeśli przynoszą go inni. Ba, cieszyć się można ze złego losu w ogóle, pławić w nieszczęściu własnym i innych. To też jest zemsta na tych, którzy chcieliby już zapomnieć o krzywdzie. Oni chcieliby cieszyć się sukcesem. A poczucie krzywdy nie pozwala cieszyć się sukcesem. Nawet własnym. Chyba, że jest traktowany jako odwet. Ale radość z tego, że jest dobrze? Że dobrze jest innym? Jak może być dobrze, kiedy boli poczucie krzywdy? Jak może być dobrze, jeśli triumfują krzywdziciele? Sukces innych staje się raczej zadrą, która nasila ból, niż zachętą do wspólnego świętowania. To właśnie forma przeżywania, która pojawia się, gdy nie ma systemu znaczeń wyrażającego poczucie krzywdy. To „geometria” pustki symbolicznej.

***

…Odcięcie się tych, którzy żywią poczucie krzywdy, od głównego pola znaczeń w imaginarium albo wręcz „odwrócenie” go powoduje, że dominującym grupom społecznym tak trudno znaleźć rozumną polityczną odpowiedź na ich postawy. Odpowiedź taka bowiem o tyle mogłaby być „rozumna”, o ile korzystałaby z zasobów dominującego uniwersum. Jednak ci, których spojrzenie określone jest przez optykę resentymentalnego poczucia krzywdy, nie mogą przyjąć żadnego argumentu, żadnego „znaczącego”, który byłby określony przez owo pole.  To zaś powoduje ich wyłączenie z co najmniej trzech ważnych obszarów społecznej wspólnoty, określonych przez najważniejsze wspólne symbole, znaczące suwerenne (maitre signifiant).

Po pierwsze, jeśli nie mogą utożsamić innych ze sobą, nie współodczuwają z ich losem. Trudno im więc słuchać tego, co inni mają do powiedzenia, a to oznacza, że nie mogą wejść w debatę publiczną. Po drugie, nie ufają w powszechną sprawiedliwość i nie wierzą, że instytucje państwa są po ich stronie. Co więcej, nie ufają bliźnim, podejrzewając, że jeśli tamci nie cierpią, to stoją po stronie zła. To powoduje, że instytucje publiczne, a często nawet wspólnota sąsiedzka traktowane są podejrzliwie. Wreszcie po trzecie, jeśli mają do czynienia z sukcesem, zadowoleniem i pracą nastawioną na pozytywny efekt, która jednak abstrahuje od ich bólu, to reagują nieufnie, jeśli nie wrogo. Rozkosz czerpią z porażki, bólu i cierpienia, bo tylko one przynależą do uniwersum krzywdy. […]

***

Problem polega na tym, że poczucie krzywdy w Polsce nie stworzyło języka politycznego [włączającego poczucie krzywdy we wspólnotę za pomocą znaczących, symboli – dop. mój]. Owszem operuje językiem wykluczenia moralnego, wreszcie językiem odwetu „przywracającego ład moralny”, ale żaden a nich nie stwarza płaszczyzny współistnienia. Politycy, którzy chcieliby do „ludu krzywdy” przemawiać językiem polityki  – a jest to język wyrzekający się otwartej konfrontacji w sferze pozasymbolicznej, realnej, a więc wyrzekający się wojny- pozostają nie niego „niemi”. Problem dotyczy zresztą nie tylko polityków. Szeroko rozumiane elity, a więc ci, którzy poprzez komunikację w polu symbolicznym panują nad sposobem nadawania zdarzeniom sensu, nad wzbogacaniem i chronieniem imaginarium, również są zupełnie bezradne.

Ta bezradność zaś zawsze popychała do załatwiania sprawy łatwo – pogardą lub pochlebstwem. Istnieją bowiem dwa proste sposoby poradzenia sobie z istnieniem skrzywdzonych i pełnych gniewu. Pierwszy polega na pogardliwym piętnowaniu takich stanów ducha jak nienawiść czy chęć odwetu.[…] zakazywanie tego typu przeżyć, napominanie, że czuć się ich nie powinno, wreszcie drwienie z tych, którzy ich doświadczają, to fundamentalne grzechy tej postawy. […]  W Polsce zawsze było i wciąż jest wielu ludzi, którzy czują się – słusznie czy nie- skrzywdzeni i traktowani niesprawiedliwie. W związku z tym pragną odwetu. A także języka, który to pragnienie wyraża. To pragnienie zresztą niekoniecznie jest uświadamiane, częściej ujawnia się w codziennej zawiści, nieżyczliwości, przysłowiowym już braku wzajemnego zaufania, rozpaczliwych aktach samoafirmacji – i jeszcze smutniejszej- autodestrukcji.

Tymczasem elity liberalne pouczały i pouczają. Sądzę, że nie jest to przypadek. Nie uzyskując bowiem żadnego realnego, pozytywnego efektu, czerpią jednak z pouczania pewne niebagatelne korzyści. Uzyskują poczucie słuszności moralnej, wyidealizowany obraz siebie. To zaś przekłada się na konkretne korzyści polityczne, a ponadto pozwala poradzić sobie z nieprzyjemnym poczuciem bezradności […]

Wykorzystują to zwolennicy drugiej strategii – pochlebiania nienawiści. Ci stają się rzecznikami odwetu i wściekłości […] Znajdują w imaginarium społecznym takie słowa, obrazy i postacie, które mogą łatwo ucieleśniać znienawidzoną postać krzywdziciela. Budują wokół nich uniwersum, które pozwala wyrażać resentymentalne poczucie krzywdy. A następnie kierują na owe figury gniew tych, którzy czują się skrzywdzeni. Pragnienie odwetu  może wiec zostać wyrażone w  fantazmatycznych scenariuszach zemsty, upokorzenia i pozbawienia dóbr krzywdzicieli. Nie trzeba się długo rozwodzić nad tym, jak mordercza może być ta strategia „zagospodarowywania” gniewu. Jej efektem często jest śmierć, a prawie zawsze poniżenie piętnowanych „kozłów ofiarnych”.

Przedstawiciele „strategii pochlebczej” bronią się, zarzucając często zwolennikom liberalnej poprawności lekceważenie realnych problemów, a nawet dramatu  tych, którzy pałają nienawiścią. Strona przeciwna odpowiada, że instrumentalne rozbudzanie wrogości jest podłą strategią polityczną, co choć samo w sobie prawdziwe, ignoruje fakt, że nienawiść istnieje i nie można o niej zapominać. Tworzy się błędne koło.

Jest ono możliwe, bowiem coś łączy te dwie postawy. Zarówno lekceważenie destrukcyjnych pragnień, jak i przypochlebianie  im cechuje pewien szczególny rodzaj umysłowej gnuśności; obie strony mniej lub bardziej świadomie ignorują podstawową różnicę – po pierwsze, realny dramat tych, którzy czują się pokrzywdzeni, po drugie, głębokie pragnienie odwetu i jego potężną siłą organizującą universum symboliczne, a po trzecie, ekspresję tego dramatu w przestrzeni publicznej. Ci, którzy zajmują postawę „wyższościową”, potępiając polityczną ekspresję nienawiści, nie chcą do niej i towarzyszącego jej poczucia krzywdy odnieść jako do faktu społecznego. […] Natomiast ci, którzy głośno podkreślają realny dramat bardzo wielu ludzi, chwilę później ześlizgują się w ostentacyjne przyzwolenie na wezwania do mordu.

Andrzej Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2014

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *