Dlaczego katolicy milczą?

War is peace. Freedom is slavery. Ignorance is strength.

Orwell, Rok 1984

„Dlaczego polscy katolicy milczą?” pyta Eliza Michalik. Pyta retorycznie. Czyżby bała się odpowiedzieć, że źródłem milczenia polskich katolików wobec faszystowskich i innych wybryków Kościoła jest sama chrześcijańska narracja i obrazy, jakimi kultura karmi dusze wierzących? Ja odpowiem: żadnego buntu katolików nie będzie, pani Elizo, bo to, co się dzieje -milczenie, hipokryzja i przemoc- mieści się jak najbardziej w chrześcijańskim imaginarium. Niezłomne hejterki Emilki, arcybiskupi ględzący o zarazie, walka z tęczami  czy odwieczny syndrom oblężonej twierdzy – to samo gęste z kościelnej zupy i to nie od dziś. I proszę mi nie pisać, że jest gdzieś jakiś inny lepszy Kościół. Nie ma.

Polski katolicyzm, chrześcijaństwo w ogóle, czerpie ze swojego zapasu obrazów, narracji, metafor. Nie chodzi mi o oficjalne doktryny ani deklaracje. Chodzi o opowieści, sugestie, presupozycje, podszepty, wizje, słowa. Systemy oczywistości, obrazów. Tak, chrześcijaństwo zakłada realność istnienia przedmiotu wiary (o paradoksie!), nie jest mitem, ale to obrazy i podszepty mają wpływ na odbiorców, na ich nieuświadomione postrzeganie i oceny. Nawet na tych, którzy „nie praktykują”, ale ciągle się boją.

Poniżej odpowiedź na pytanie pani Michalik i krótki, dość niezgrabny, w przypadkowej kolejności i nie wyczerpujący tematu przegląd refleksji, które mogłabym zatytułować „chrześcijaństwo jako narracja i obraz”. Katolikom odradzam lekturę: czytacie na własną odpowiedzialność, ego będzie bolało i nie ponoszę za to odpowiedzialności.

Nie nawołuję tutaj do krucjaty a do refleksji nad tym, co łykamy z kulturo-sfery jak młode pelikany. Do refleksji nad sobą. Pomysł burzenia kościołów (i że to burzenie zakończy ludzkie szaleństwo) wydaje mi się tak samo absurdalny jak pomysł stawiania kościołów na każdej piędzi ziemi.

*

Spadek. Religia chrześcijańska jest spadkiem po uciśnionym ludzie, rozproszonym i niepewnym swojej tożsamości, żyjącym wśród obcych. Memy tego ludu rozproszyły się wśród rzymskiej społeczności, podważając jej zasady (zemsta za Masadę? pytają historycy). Jakim zgrzytem musiało być w rzymskim społeczeństwie podważanie statusu religii państwowej, naruszenie zasad tolerancji religijnej, pochwała brudu, ascezy i ignorancji, odsunięcie racjonalizmu, porzucenie wartości rodziny i zaangażowania obywatelskiego na rzecz  modnej „pustyni”. Pogarda dla życia i piękna, pragnienie męczeństwa – to się Rzymianom nie mieściło w głowach. Moim zdaniem, spadek pokoleń: konflikt, poczucie osaczenia, inność wśród swoich, pogarda dla innych wynikająca z lęku- nadal w chrześcijańskich duszach rezonują. Postawa uciskanego/uciskającego, zaklęty krąg ofiary-kata-ofiary, wydają się w narracji współczesnych chrześcijan nadal obecne. Pamięć pokoleń. Jak bliska jest narracja polska i żydowska! I tak, niczym w Rzymie, polscy katolicy podważają dziś racjonalność, zasady demokracji  i uzurpują sobie specjalne miejsce w społecznych „bożych igrzyskach”. Co mnie nie dziwi: nieświadomość nie zna bowiem czasu, odtwarza wciąż te same post-traumatyczne melodie.

Religia miłości, mówią chrześcijanie o swojej wierze. Czy na pewno?  Mamy przecież do czynienia z narracją, w której główną rolę gra oceniający i karzący bóg wojny, żydowski bóg Jahwe, bóg „zazdrosny”. Istnienie, byt (Jestem, który Jestem) jest wg chrześcijaństwa wojną, gwałtem, konfliktem. Trwa to do dziś: mamy „ideologiczne starcia”, jak raczył wypowiedzieć się sam prezes, naczelny katolik przecież. Życie chrześcijanina to niezłomna, wieczna walka- z ciałem i jego pokusami, z grzechem, ze Złym, z podszeptami diabelskimi,  z niewiernymi, z heretykami, z ideologiami kolorów przeróżnych… I bój ostatni w dolinie Armageddon. I Golgota, „miejsce czaszek”.  Żołnierze Chrystusa. Wojownicy Maryi.  Posłuszeństwo najwyższemu dowództwu- jak w stanie wojennym. Tym „religia miłości” karmi, pudrując wojenne tematy z lekka i po wierzchu. War is peace. Pisze Hillman:

Jeśli biblijny bóg, który uważa się za fundament wszelkiego istnienia, jest bogiem wojny, wówczas wojna przedstawia sobą ostateczną prawdę kosmosu. Trzy największe religie monoteistyczne, których wiara opiera się właśnie na tym bogu, będą więc stale próbowały zaprzeczać owej  pierwotnej przesłance, wypierać ja i zasłaniać, poprzez wypracowywanie i formułowanie różnego rodzaju pokojowych doktryn oraz skomplikowanych i drobiazgowych systemów i reguł służących utrzymaniu pokoju. Ich język pokoju nie jest jednak tylko językiem hipokryzji; uznaje się raczej, że wojna stanowi fundament religii i żyje w religii […]. Dla tych trzech monoteizmów religia jest wojną, jako że ich wiara w byt kosmosu odpowiada dokładnie temu, co stwierdził Levinas „Byt objawia się jako wojna”.

Etyka. Głoszą katoliccy myśliciele: oto religia stała się podstawą etyki, jaki to postęp wobec pogaństwa! Wreszcie: wartości oparte na „prawdziwym” Bogu, na Słowie, a nie na wydumanych procesach społecznych.  Moim zdaniem, był to świetny zabieg socjotechniczny rozdzielający wierzących (czytaj: refleksyjnych, głębokich, stojących po stronie wartości) od obojętnych religijnie, pogan, ateistów i heretyków (czytaj: nieetycznych, złych, bezmyślnych, płytkich). Taki obraz ciągnie się przez stulecia a na stulecia nieprawdy nie pomogą billboardy „Nie zabijam. Nie kłamię. Nie wierzę”. Nie uda się przekonać polskiego katolika, że duchowość jest wszechludzka i niezależna od Kościoła a niewierzący nie są bezmyślni, nastawieni konsumpcyjnie ani z gruntu źli. Skoro etyka jest tylko w Kościele, Bóg z naszymi racjami i wartościami,  któż przeciw nam?  Genialnym posunięciem była też koncepcja wiecznego potępienia  czy „grzechu pierworodnego” i „zbawienia”. Ludzie poza Kościołem są w tej koncepcji na wieki obarczeni „grzechem” i nie mają go jak zmyć. Nigdy nie są w porządku. Proszę zauważyć, że „grzech” obarczony jest innym ładunkiem znaczenia niż „błąd”- grzech narusza porządek kosmiczny, jest potwarzą wobec Sił Wyższych, narusza „przymierze”. Chrześcijanie nie żyją w ramach naprawialnych, przebaczalnych, ludzkich błędów, ale w ramach kosmicznego wymiaru „grzechu”.

Monoteizm podsuwa rozumienie świata jako monolitu, wyklucza wartość innych dróg i religii. To znów przekłada się na wartość jedno-ści/jedno-myślności i wykluczenie tego, co jest Nie-Wiarą: herezją, zaprzeczeniem, obojętnością. Chrześcijanin by nim być musi odróżniać co boskie a co diabelskie. Wszystko musi się zmieścić w dwu rozłącznych zbiorach: Dobro i Zło. Nie ma żadnego układu yin/yang z kropeczką. Żadnego poganina Jogajły, co po pogańsku myślał i świeczkę Bogu zapalał a Diabłu ogarek. Żadnej pax romana, gdzie zwycięskie rzymskie legiony prosiły o opiekę bożków pokonanych ludów. „Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi”. Tak nie może mieszać się z nie, nie ma „Tak, ale”, „nie, jednak”. Obok siebie nie mogą- jak i u politeistów- istnieć zjawiska wykluczające się pozornie a dopełniające się faktycznie. Tym samym, chrześcijaństwu (katolikom kulturowym) umyka istota spraw, przenikanie się, głębia, dopełnianie, złożoność, wzajemne zależności. Nie pojawia się na ich umysłowej mapie ambiwalencja (jako diabelska), więc i zdolność do kompromisu (w chrześcijańskim imaginarium oznaczająca „poddanie się Złemu”).

Ego to chrześcijańska obietnica, Dobra Nowina zmartwychwstania. Chrześcijanie odnieśli w Imperium Rzymskim propagandowy sukces, bo pogaństwo starało się sprostać uczciwie faktowi śmierci. A tu, w chrześcijańskiej sekcie, mocą i autorytetem wschodniej, tajemniczej religii, lękające się unicestwienia ego napełnia się nadzieją, że będzie żyło wiecznie, że odrodzi się w kwiecie wieku jako osoba, persona, ciało – do idealnego rajskiego życia. Doskonały plaster na lęk ego, które -jako iluzja-boi się demaskacji. Chrześcijaństwo zdobyło też zwolenników obietnicą rychłej wojny, rewolucji.  Hillman pisze o wojnie jako o sytuacji, która zbliża do obszaru leżącego poza Ja, poza Toż-samym. Do wyznania: zabijałem, normalnie bym tego nie robił, coś mnie porwało, uwzniośliło, przekreśliło – to nie byłem ja. Może wieczna wojna chrześcijańska to właśnie nieświadoma próba uwolnienia się od ego, wyjścia poza Ja, poza samo-określenie (samo-ograniczenie, samo-oszustwo) i tęskne zbliżenie się do nie-Ja?

Przyszłość jest celem. Tu i teraz zastąpione zostało przez bliżej nieokreśloną nagrodę, w bliżej nieokreślonym miejscu i czasie, ale z pewnością po śmierci wierzącego. Prawdziwe życie będzie w przyszłości, mówi chrześcijański przekaz, tu to tylko mizeria, cierpienie i próba. A w tej mizerii pewne wartości jak : „niesienie krzyża”, odcięcie od potrzeb ciała i intuicji, uwięzienie w umysłowej dychotomii  dobry/zły. Represja pragnień na rzecz  wyobrażonej nagrody. Skłonność do odmawiania sobie przyjemności i realizacji pragnień jako niewłaściwych, grzesznych, brudnych, wywołujących gniew ważnej i kochającej figury. Paranoiczne poczucie, że bóg patrzy i widzi- do głębi i bez przerwy. Ale jest i frajda: czerpanie satysfakcji z poprawności, czystości, porządku; poczucie mocy wypływające z samokontroli czy niszczenia przyrody. Megalomania „naśladowania” boga i utajona rozkosz „przybijania go grzechami do krzyża”. Napięcie „grzeszności” i przez to ciągłe rajcowanie się Zakazanym. Silne napięcie (poczucie winy) rozładowywane ulgą: upokorzeniem (spowiedź, wyznajmy wszyscy, że jesteśmy grzeszni). Pragnienie miłości realizowane na poziomie fantazji, czyli miłość idealna. Pogarda dla niewierzących, samozadowolenie z posiadania rzekomo jedynej prawdy i niedostępnej innym wiedzy. Poczucie braterstwa, wspólnoty – jak na wojnie. Raj dla chrześcijan jest tutaj- i to jest całkiem fajny haj.

Akcent pada także na „zewnątrz”. Chrześcijaństwo przesuwa akcent z Istoty, poczucia własnego sacrum w stronę postaci (pozornie) zewnętrznych, które to sacrum ucieleśniają (np. Bóg, Matka Boska, ksiądz). Figury można naśladować, ale samemu nie można się nimi stać. Bogiem jest Joszua ale już nie Jan Kowalski. Człowiek w chrześcijańskiej koncepcji podatny jest na działanie sił zewnętrznych- boskich, diabelskich- sam będąc wadliwym, upadłym, wygnanym z raju, skażonym „grzechem pierworodnym” już w swej niemowlęcej niewinności. „Dziecko”, „owca”- takimi obrazami opisany jest wierzący, nie dziwi więc, że potrzebuje Rodzica lub Pasterza. Gdy chrześcijanin dorośnie do samodzielnych pytań i odpowiedzi, do dorosłego kwestionowania, staje się „buntownikiem”, „pysznym” i zostaje wygnany z Raju. By uzyskać boską wyobrażoną miłość godzi się więc zostać niedorostkiem; potulnym, stadnym zwierzątkiem, teatrem działań wojennych między Złem a Dobrem. Nie wie, jak być zdolnym do samodzielnego działania- jak więc może zbuntować się przeciw Pasterzom? Dziecko czy owca nie mogą zostać aktywnie tworzącym swój świat, dojrzałym i popełniającym błędy człowiekiem. Co warte zauważenia, chrześcijaństwo nie stworzyło żadnej sensownej koncepcji pracy umysłu, jakiejś mapy życia wewnętrznego, wizji wewnątrzsterowności, niezależności,  głębi psyche„Nie pożądaj”, „nie zazdrość”, „kochaj”, „nie kochaj” – jakby ludzką psyche i nieświadome emocje dało się spętać przykazaniami. Upiera się  za to- bezsensownie przecież – przy wolnej woli zderzając się ze złożonością rzeczywistości i nieświadomego jak ze ścianą. Podstawa „czystości” to de facto energia wyparcia i projekcji. I zaprawdę powiadam wam: powrót chrześcijańskiego wypartego to potężna rzecz.

Zawłaszczenie memów i języka. Na pytanie „Czemu chodzisz do kościoła?” ludzie odpowiadają często: „Bo to tradycja”. Pogaństwo, dawny wzór łączący ludzi z żywiołami, ziemią i siłami psyche został zawłaszczony.  Ludzie więc praktykują dla „tradycji”, mimowolnie szukając w kościołach siły dawnych wierzeń. Chrześcijaństwo niesie ze sobą dawne pogańskie treści, przejęło kalendarz pogański, język  Rzymu, kulturę Tronów, idee herezji czy nauki. Kościół zawłaszczył rytuały przejścia, społeczne ramy narodzin i żałoby oraz język duchowości – innych w polskiej przestrzeni nie ma.  Katolikos znaczy powszechny- tym samym każde zjawisko, nie mające nic wspólnego z Kościołem może być określone jako katolickie, chrześcijańskie – czyli zawłaszczone.

Konkordat to w zasadzie układ o świętym spokoju, pakt o nieagresji. My nie czepiamy się hierarchów, hierarchowie nie czepiają się nas. Potulnie milczysz i płacisz, to księżulo ci nie zrobi obciachu przy pogrzebie.  Konkordatem jest niepisana umowa, że za „duchowość” się płaci, idzie się do Kościoła raz na rok, i będzie się nazwanym katolikiem i dobrym człowiekiem. Milczenie jest podstawą konkordatu a każde głębsze pytanie „atakiem na Kościół”- jakby Kościół był korporacją, której nie można krytykować. I w sumie: owce atakujące pasterza? Niesłychane. Oczywiście, instytucja nie znosi „letnich” a potrzebuje żołnierzy, zwłaszcza przy utracie wpływów – stąd obecne  wezwania do zaangażowania w wojnę. Ludzie lubią walczyć, ego karmi się konfliktem.

Rodzina to współczesna kościelna obsesja, co w sumie zabawne, bo Kościół u zarania był zdecydowanie anty-rodzinny i anty-społeczny, (na marginesie, tak samo jak nie uznawał za „grzech sodomii”aktywnego stosunku homoseksualnego). Gdyby potraktować realnie i analitycznie ewangeliczną sytuację edypalną, wyszłaby trudna dla dziecka patologia.   Osią ewangelicznej opowieści jest oś Syn-Matka przy wyobrażonym Ojcu, zamiast diady Ojciec-Matka. Józef „Stary”, „opiekun” a nie ojciec, w historii ewangelicznej jest bladą postacią. Taki safanduła, na którego syn się oburza, bo prawdziwego Ojca ma wyobrażonego… i lepszego. Ziemski ojciec wypada blado, bo prawdziwy jest „w Niebie”, w fantazjach: idealny, wszechmocny, mający przywilej oceny, kochający przez wymagania. Skojarzenia mam tutaj z fantazjami nastolatków niezdolnych do pogodzenia się z własną przeciętnością i pojęcia, że ten ziemski ojciec, taki wadliwy, to ojciec biologiczny. Lub z sytuacją syna samotnej matki, który z ojca (nieobecnego) robi opozycję do matki, wyobrażając sobie go jako ideał a matkę jako przeszkodę i w ten sposób ustanawiając sobie Prawo Ojca (które mówi: tej kobiety, twojej matki, mieć nie możesz, możesz mieć wszystkie inne. Pożądanie matki zamień na pożądanie Świata, sukcesu).  Syn tak bardzo pragnie oderwać się od Matki  i zostać zaakceptowanym przez Ojca, że skreśla się dla niego, dla wyobrażonego Ojca, oddając mu życie. Taka sytuacja edypalna: brak prawa ojca, niebezpieczeństwo pochłonięcia przez matkę, skończyć się może szaleństwem, matkobójstwem jak u Nerona lub jak u Jezusa-samounicestwieniem, oddaniem życia na żądanie Ojca, by zyskać jego miłość. Dziecko nie buduje swojego Ja (bunt, odejście od matki) i nie zostaje zwrócone ku Życiu. Ojciec jest ponadto w tym obrazie niewyobrażalnym sadystą oddającym na cierpienie swojego syna i żądającym od innego ojca, by zabił swojego pierworodnego. Kochać bardziej obcego niż własne dziecko – to, owszem, nieludzkie. Ale nie boskie. Słodki czar Bożego Narodzenia czarem, ale nie naśladujmy Świętej Rodziny.

Właściwa ocena jest w chrześcijaństwie niemożliwa, wręcz absurdalna. Ktoś, kto nie jest w porządku nie może prosić o porządek, pisze mi zadeklarowana katoliczka. Jakie to chrześcijańskie… Któż jest bez grzechu i może rzucić kamieniem?  Nie rzucaj kamieniem, bo nie jesteś święty. Czymże jest twój umysł owcy przy Boskim Rozumie? Nie oceniaj, bo sam zostaniesz oceniony a  ocenę sprawiedliwą przeprowadzi tylko Bóg; wybierz przy tym między dobrem a złem. Takie podejście trzyma jednostkę w ogromnym dysonansie, jak w kleszczach, i sprawia, że traci zdolność rozumowania a co za tym idzie: stanowienia i egzekwowania wspólnotowego prawa.

Człowieczeństwo. Pogarda dla innych, lęk, język nienawiści, postawa konfrontacji, hipokryzja są obecne także w innych religiach- bo są ludzkie, z warstwy ego. Jednak jest to dowód, że chrześcijaństwo nie różni się od innych systemów. Kościół jako instytucja i wyobrażeniowa wspólnota- jest po prostu patologiczną, ludzką, egotyczną korporacją. Funkcjonuje nie dzięki swoim wybitnym, jedynie prawdziwym zasadom z Nieba, ale dzięki temu, że nieustannie je łamie.  Tworzenie sobie z Kościoła wroga leży jednak w interesie Kościoła i mieści się jak najbardziej w jego wojennym imaginarium i poczuciu ważności, jakie w ten sposób sobie buduje. Żeby zapał nie opadł i przerażająca rzeczywistość nie wyjrzała zza zasłony bitewnego kurzu, wróg musi być zawsze: a zdolność Kościoła do kreowania wrogów wydaje się nieskończona.

Absurd. Piszę i wiem, że to co piszę jest niespójne, bo i też niespójna jest sama materia. To nie moja wina. Chrześcijaństwo jest wewnętrznie sprzeczne, absurdalne, wywołujące dysonans poznawczy. Jak lawina porwało różne treści na swojej drodze i inkorporowało je do zestawu swoich memów by przetrwać. W zasadzie jest ogromny kłopot z określeniem, co to jest chrześcijaństwo i katolicyzm, i kto jest chrześcijaninem czy katolikiem. Mamy animozje między Kościołami, walkę na doktryny, zmienność tych doktryn, animozje z tym, co poza Kościołem; obsesje seksualności, przemocy i pieniędzy przy jednoczesnym głoszeniu miłości i ubóstwa. Kłamstwa, fobie i wyobrażenia podawane „do wierzenia” jako „prawda”. Narracja chrześcijańska przywodzi mi na myśl przemocową psychomanipulację opartą na absurdzie, podkopywaniu poczucia wartości, obietnicach miłości, komunikacji pozornej, zaprzeczeniach oczywistości, które sprawiają, że ofiara traci kompletnie grunt pod nogami, nie wie, gdzie dół a gdzie góra  i nie potrafi odnieść się do swoich odczuć. Jest oczywiste, że pogodzenie wizji jednego, wszechmogącego, wszechwiedzącego i miłosiernego boga z istnieniem cierpienia, bólu, podłości i boskiej kary jest niemożliwe, jest głębokim dysonansem i wymaga intelektualnych fikołków, mentalnego samogwałtu, wyparcia i… milczenia. Wymaga dwójmyślenia i wyparcia dwójmyślenia: bóg jest miłosierny ale potępia. Kocha zabijając. Nie bez kozery okrasiłam ten tekścik cytatem z Orwella: „War is peace, freedom is slavery, ignorance is strength”, hasła Partii z Roku 1984 bo idealnie pasuje do współczesnego Kościoła. Oto religia miłości prowadzi nieustanną wojnę, by utrzymać spokój i jednomyślność w Kościele; ludzie wolni od wiary są przedstawiani jako niewolnicy Diabła, seksualnego rozpasania i konsumpcjonizmu; niewiedza i bezrefleksyjność wierzących tworzą wygodny dla egotycznej instytucji mur braku zrozumienia i lękliwej bezkompromisowości.

*

Dostrzegam silną analogię między zachowaniem polskich katolików a zachowaniem ofiar przemocy psychicznej. Na przykład:

Nieumiejętność nazwania sytuacji z obawy o zniszczenie iluzji Ja (Przemoc? w moim domu nie ma przemocy. Zdenerwował się bo ma ciężką pracę, to wszystko vs Kościół  to podstawa polskiej tożsamości),

zatopienie się w absurdach i kłamstwach (pewnie to ja się mylę, on jest mądry vs niespójności przekazu ewangelicznego i kościelnego),

system zaprzeczeń (nic się nie stało vs Kościół nie stanowi problemu, Bóg jest miłością)

stały lęk i pobudzenie (ferment np. kościelna koncepcja „wojny ideologicznej”, strach przed „potępieniem wiecznym”, zewnątrzsterowność)

zawieszenie umysłu po manipulacji dobry i zły policjant (bije ale mówi że mnie kocha vs.Bóg kocha i niszczy),

budowanie Ja jako dobrego, opiekuńczego (nikt mu nie pomoże tak jak ja vs niosę innym dobra nowinę, zbawiam innych, nawracam)

milczenie po traumie lub w dysonansie (nikomu nie mogę powiedzieć vs niewierzący mnie nie rozumieją),

obrona kata lub wręcz utożsamianie się z nim (on nie jest zły, inni tego nie widzą jak o mnie dba vs. Bóg mnie kocha jak jestem grzeczny/a), przyznawanie mu racji lub wręcz  satysfakcja z kary jaką wymierza (należy mi się, jestem zła, nie stosowałam się do zasad vs Bóg mnie skarze, Bóg ich skarze).

Analogii jest multum, to tylko przykłady.  Ofiara psychomanipulacji nie jest zdolna do krytyki, nazwania sytuacji, buntu czy dialogu.

Więc „polscy katolicy” milczą, w takiej sytuacji nie mogą inaczej.

W kolejnej odsłonie wątku: o obrazie uczuć religijnych.

 

James Hillman Miłość do wojny, Laurum Warszawa 2017

3 myśli na temat “Dlaczego katolicy milczą?”

  1. Ogladalem wczoraj dokument o radykalnym islamie ISIS: Geneza przemocy .Pokazuje ludzka nature (na poziomie goryla) podporzadkowana popedom,chcaca zdominowac wszystko,zeby te popedy realizowac.Zastanawiam sie czy sa humanitarne sposoby,dajace mozliwosc zmiany takiej mentalnosci,ile pokolen jeszcze bedzie musialo ewoluowac do wzglednego poziomu humanitarnego traktowania siebie, innych,natury.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *