O wiosennym antyklerykalizmie

Z Wiosną ponoć Pislandia ma zmieniać czy wręcz wypowiadać konkordat. Niektórym wydaje się, że powiał cieplejszy wiatr. Myślę, że niewiele z tego powiewu będzie, bo konkordat i religijna metafizyka są wżarte w polską umysłowość.

Dopóki ludzie sami do kościoła biegają, wierzą w odkupienia, żądają katolickich pogrzebów i wysyłają dzieci na religię nic nie będzie z tak ważnej politycznej zmiany. Polski antyklerykalizm jest na pokaz, dla mody, a po cichu jest chrzest i poszukiwanie rozgrzeszenia. Odejście od Kościoła w polskim mniemaniu ma być dokonane cudzą ręką (partii politycznej) a nie osobistym wyborem i zaangażowaniem obywatela. Kościelny majestat wydaje się jednostce zbyt wielki, by go obrazić, więc rozkosz buntu – wobec tej wielkości i lęku – musi zostać ukryta, podświadoma. I tak mamy tutaj przypadek transpasywności: bierności i odczuwania ukrytej, zabronionej satysfakcji z tego co robi inny, jakby w zastępstwie. Niech ktoś coś zrobi, bo to złodzieje są, a ja dzieciątko na religię poślę (sukienka do komunii i prezenty) i plebanowi za mszę zapłacę.

Uważam, że warunkiem powodzenia politycznych zmian jest porzucenie Kościoła przez wyznawców.  Musi się zmienić w części społeczeństwa system odniesień, system znaczeń, tak by nie-praktykowanie religii stało się w społecznym pojęciu „normalne” a nie wyjątkowe. Jednak religia i Kościół -przynajmniej w tym i najbliższym pokoleniu -porzucone nie będą,  bo dają laikom coś ważnego na poziomie symboliki i wewnętrznych iluzji (a także pod rytuałami przechowują żywe słowiańskie pogaństwo zwane „polską tradycją”, co doskonale wiedziało SLD). Kościół wyrósł na element stałości w okresie przemian „25 lat wolności”. Ludzie wolą płacić na Kościół jego funkcjonariuszom  a nie państwu, bo jest to rodzaj jednostkowego magicznego aktu, rytuał podtrzymania sacrum – tej magii nie ma i nie będzie w wysyłaniu PITa (jeśli przyjmiemy model niemiecki finansowania związków wyznaniowych). I niech ktokolwiek  spróbuje odebrać daninę  (co w prostym umyśle wykwitnie jako „prześladowanie Kościoła”)- to zobaczy ludzkie szaleństwo. Natychmiast obudzą się polskie figury i narracje „żydostwa”, „germańskiego prześladowania”, „tych komuchów”, „przywiązania do wiary ojców”, „ojca Mateusza” etc, etc i ludzie -ożywiani demonami przeszłości i nadziei na Dobro- powstaną,  by tego co nimi porusza, bronić.

Co porusza? Istnienie Kościoła i religia sama w sobie dają jednostce tożsamość, poczucie bezpieczeństwa, punkt odniesienia i buntu, rytuały, poczucie sacrum, racjonalizacje, na których jednostka może się zawiesić. Bóg jest wygodnym, bo milczącym, adresatem emocji, lęków i pragnień i wewnętrznym interlokutorem. Katolicyzm ładnie rymuje się z polskim poczuciem krzywdy. I co wydaje mi się bardzo ważne: na religii/wierze jednostka rozwiesza swoją nieracjonalność. Potocznie rozumiana wiara religijna jest -obrazowo mówiąc- pojemnikiem na ludzkie szaleństwo. Oto człowiek dostaje przyzwolenie na skok w niewiedzę, na akt wiary, być może (a tam, z pewnością!) tragicznej, głupiej, pustej, ale w której może umieścić wygodnie swoje szaleństwo. Może powiedzieć spokojnie „oto Tajemnica Wiary”, zamiast skonfrontować się z niepokojącym „jest we mnie tajemnica, nie rozumiem, co się we mnie dzieje”. Opowieść religijna poddaje figury, jakimi można rozegrać i na których można zbudować swój wewnętrzny świat, zwłaszcza ten bolesny, zakazany, przykryty ślepą plamką np. poczucie winy, poczucie krzywdy, lęk przed rodzicem (który przecież z samej roli kocha i którego należy czcić), potrzebę cierpienia (cierpienie jako sensowne dobro) i pożądanie kary, radość z zadawania bólu („przybijasz boga do krzyża swoimi grzechami”), postawy wyższościowe (kto nie cierpi jest „zły”) czy kompulsje (rytuały religijne).  Poddaje „wartości” jako racjonalizacje wewnętrznego zagubienia i konfliktów czym zmniejsza wewnętrzne napięcie przekierowując je na „rozważanie etyczne” („mam być miła mężowi czy miła Bogu?”). Ogranicza auto-refleksję do bezpiecznego kręcenia się w kółko po żelaznych torach.

Siłę Kościoła można tylko zobojętnić indywidualną pracą wewnętrzną, odnalezieniem wewnętrznego a nie zewnętrznego oparcia i tożsamości  oraz wewnętrznym przyzwoleniem na nieracjonalność i niewiedzę. Nawet nie ośmieszyć, bo ludzki lęk od śmiechu potężniejszy. I wbrew pozorom to nie Rozum ani racjonalizm niszczą wiarę, ale wewnętrzne szaleństwo, które nie znajduje swojego miejsca w naczyniu religii, przelewa się, szuka innych obrazów i podniet.

Zbijanie politycznego kapitału na antyklerykalizmie -jak widać od dawna – nie działa. Wyrzucenie z narracji ludzkiej nieracjonalności prowadzi donikąd. Im więcej politycznej racjonalności, tym bardziej poszukiwana staje się magia, guru, rytuały ayahuaski, pop-zen, njuejdż i „doktor” Zięba. A Wiosenne hasło „jak zabierzemy panom, to byndzie” jest wręcz dla chamów, nie dla inteligencji. To jak „wystarczy nie kraść”:  mądrego obraża. Mądry wie, że cham nigdzie nie dojdzie,  choć kierunek obierze słuszny, bo jest ochlokratą, chamem niezdolnym do refleksji (bez względu na poziom zarobków)- niestety.

4 myśli na temat “O wiosennym antyklerykalizmie”

  1. O tak.. uwielbiam to gloryfikowanie cierpienia, wpędzanie w poczucie winy, doszukiwania się sacrum w rzeczach przyziemnych.
    Na każde pytanie, argumenty poddające pod wątpliwość narrację religijną kościół na przestrzeni wieków, znalazł sprytne odpowiedzi. W pewnym sensie zapędzając człowieka w kozi róg. Stawiając w pozycji podrzędnej, bo ciemnota przez wieki miała słychać, a nie prowadzić dyskusje czy rozważania.
    Człowiek zadający pytania, wątpiący, myślący racjonalnie, w narracji religijnej jest przedstawiony, jako godny pogardy, politowania, grzeszny, bo niewierzący. Jeżeli wątpisz jesteś słaby. A ja mam prawo wątpić w to, że rzucając się pod pociąg wyjdę z tego cało i tak samo mam prawo wątpić w katolickie opowieści. Nasza religia jest jak zbiór powiedzeń ludowych i mądrych cytatów. Fajnie brzmią, ale ni jak kierować się nimi w życiu, bo każda sytuacja jest inna, ludzie są różni i nie ma idealnej instrukcji jak żyć. Z resztą jakby była to co to było by za życie. Za to jest lęk i poczucie winy. Lęk przed odpowiedzialnością za swoje czyny, bo jak chce się samodzielnie iść przez życie to trzeba się liczyć z błędami, porażkami i brać za nie odpowiedzialność. Takie zachowanie rozwija i wzmacnia. Natomiast latanie z podkulonym ogonem do świętego przybytku w poczuciu winy nie sprawi, że staniemy się lepszymi ludźmi. Najtrudniej jest wybaczyć samemu sobie. Dlatego tak trudno wygrzebać się nam z tego bagna. Trochę jak z dzieckiem alkoholika, które będąc dorosłe boi się powiedzieć ojcu, że postępuje źle.

    1. Tak, dyskurs Kościoła Kat. jest wszechogarniający, totalitarny i upupiajacy. Całe tomy mozna na ten temat pisać. „Dziecko boże” już niesie spory ładunek treści. Podsuwane obrazy nie pozwalają na rozwój. Lęk i nieodpowiedzialność, tak.

  2. „Strasznie trudno będzie Panu Bogu zbawić człowieka, który nie jest wolny i nie jest rozumny. Ten człowiek wciąż jeszcze nie jest sobą. Więc co tu można zbawiać – skórę i kości?”
    Taki kościół jacy ludzie, jacy ludzie taki kościół.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *