Kim są Boży Wojownicy?

Po moim tekście „Będzie, bo było” pojawił się Głos krytyczny, że nie należy sięgać do „metafizyki”  a wystarczy zahaczyć o pieniądze i to wyjaśni nam tragizm polskich przemian. Nie chcę się odnieść tu bezpośrednio do owego Głosu (pozdrawiam), ale do dość rozpowszechnionej opinii, że neofaszyzm jest kwestią pieniędzy:  zaniedbania redystrybucji i pogłębiających się nierówności społeczno-ekonomicznych po 1989 roku. Idzie za tym popularny obraz, że zwolennicy narracji PiS-u to ludzie żyjący na krawędzi ubóstwa, ekonomicznie wykluczeni i skuszeni jedynym  argumentem: pieniędzmi w postaci 500+. Inaczej mówiąc: gdyby kraj we właściwym momencie skręcił w lewo, to nie skręcałby teraz gwałtownie w prawo… Kraj nie staczałby się w stronę duginowskich wizji zamordyzmu, gdyby tylko rozdawano w takiej czy innej formie pieniądze biednym (nota bene, w imaginarium lewicowym- dobrym, którym się należy, w odróżnieniu od tych złych, którzy zarabiają, inwestują i im się nie należy).  Osią tej narracji jest „pieniądz” i jakieś złe zewnętrzne siły, które go (nie) dają:  „wadliwa redystrybucja”, „zły kapitał”, złe korporacje”, „rozwarstwienie ekonomiczne”. Pewnie tkwi w tym ziarno prawdy, ale nie jest to sedno, jak myślę.

***

Czy chcemy tego czy nie, cały kraj zyskał po 1989 roku.  Nie ma już trzygodzinnych kolejek po śmietanę ze złotym kapslem. Rodzice mogą być w nocy w domu z dziećmi, bo nie stoją w „społecznej” kolejce po polędwicę.  Pranie nie zajmuje już całej soboty i kawałka niedzieli. Drogi nie składają się wyłącznie z dziur a wieś jest zelektryfikowana i nie pokryta strzechą. Poirytowane sprzedawczynie nie wycinają już mozolnie okienek z  kartek żywnościowych. Nie ma „wyrobów czekoladopodobnych”. Prasa zagraniczna nie jest wystawiana jedynie w Empiku w formie łowickich wycinanek, bo cenzura nie chroni już socjalistycznych zdrowych umysłów przed moralną zgnilizną Zachodu.  Nikt po szafach nie chowa papierosów „Popularnych” i wódki- na gratisy, na wymianę , za nieoficjalne usługi i przysługi.

To, że bajki „każdemu według potrzeb”, „czy się stoi czy się leży, pięć tysięcy się należy”, „partia z narodem, naród z partią” , tropienie aferzystów, spekulantów, kombinatorów, brakorobów, badylarzy, cinkciarzy, kułaków i szpiegów zrzucających stonkę wszystkim wyszło bokiem świadczą przemiany po 1989 roku. Nie było przecież tak (jak sugerował Głos), że pojawiła się znienacka Nowa Siła i narzuciła Polakom neoliberalne opowieści. To Polacy sami te neoliberalne opowieści- wolności, indywidualizmu, samostanowienia, skuteczności i sensowności ekonomicznej- większością wybrali.

Po 1989 roku zmieniło się wiele, między innymi:

postrzeganie ubóstwa (przez cudze oczy, porównanie do Innego- Zachodu),

postrzeganie równości (ludzie są różni),

postrzeganie horyzontu czasowego działań (cechy prekariatu w polityce).

I nie zrobiły tego pieniądze.

W PRL-u  nikt nie wiedział, że jest ubogi, bo Inny był daleko. Dla przeciętnego Polaka wtedy kilka dolarów było majątkiem nieziemskim. Ale wcale a wcale nie było ekonomicznie bezpiecznie, jak się marzy dziś – bo panowała gospodarka barterowa a nie pieniężna. Dziś śmieszą panie z naszyjnikami z szarego papieru toaletowego (w filmie „Nie lubię poniedziałku” na przykład), ale taki papier toaletowy był lepszą kartą przetargową niż pieniądz. Potem wszyscy polecieliśmy windą do nieba, ci „ekonomicznie wykluczeni” – choć nikt tego głośno nie powie – też.

W 1989 roku Polacy odkryli, że są biedni, ale nie to, że świat jest zmęczeniem czy niepewnością – bo przez PRL także był, choćby z powodu przymusu pracy na kilku etatach, by związać koniec z końcem przy nikłej wartości pieniądza, z powodu przymusu czasochłonnego i codziennego „kombinowania”,  z powodu prześladowań politycznych czy zmian kierunków wiejącego politycznego wiatru. Z upadkiem komunizmu obywatele wyszli z bańki iluzji  „sprawiedliwości społecznej”,  wykuwania „nowego socjalistycznego człowieka” i idei „byt określa świadomość”. Dotychczasowy układ wspólnie dzielonej biedy „sojuszu robotniczo-chłopskiego” i „inteligencji” rozleciał się jak domek z kart. Jedni odnaleźli się w nowej rzeczywistości szybciej niż inni. Jedni znaleźli w sobie pokłady siły, inni odpłynęli w marazm- z wewnętrznych uwarunkowań a nie z powodu wad redystrybucji.  Nagle zobaczyli, że sąsiad spod trójki, cham z chama, firmę założył i dom buduje; ten nauczyciel spod piątki ubezpieczenia sprzedaje a teraz innych do roboty ma a ten co umysłowym w gazowni był – z roboty go zwolnili i rozpił się. Koniec świata blisko, tak.

Równość jest raczej pobożnym życzeniem niż rzeczywistością, bo przecież nie każdy jest w stanie nauczyć się francuskiego, nawet jeśli dostanie dofinansowanie, nie każdy ma ochotę zasuwać 12 godzin w korpo, nawet jeśli dostanie darmowe mieszkanie w stolicy, i nie każdy zaryzykuje oszczędności życia, by produkować krem oliwkowy w starej „frani” w garażu. Różnimy się od siebie – właśnie wewnętrznymi uwarunkowaniami, zdolnościami czy motywacją. W tym zróżnicowaniu pojawił się w obiegu nowy obraz: narracja o grupie „ekonomicznie wykluczonych”, którym kapitalizm „odebrał godność”. Ale cóż to „godność”? Dla jednego godność to torebka Vuitton, sushi i sukienka od Violi Piekut, dla kogoś innego- dostępna cena setki w pobliskim spożywczym. Sprawa tu skomplikowana, bo ludzie w odróżnieniu od zwierząt nie mają jedynie potrzeb a pragnienia. A rzeczy nie zaspokajają potrzeb, ale niosą całą chmurę obietnic i symbolicznych przekazów. Pożądanie rzeczy bliźniego swego wynika z poczucia niższości, braku kontaktu ze sobą czy z potrzeby przynależności a nie z faktycznej, fizycznej potrzeby czy prostego faktu tego, że bliźni coś ma. To ludzki umysł nadaje wartość rzeczy i to ludzki umysł rozpływa się w zawiści. Dyskusje o tym co jest „ekonomicznie godne” mogą ciągnąć się w nieskończoność, bo „ekonomiczna godność” jest więcej niż relatywna i kulturowa.

Co do ekonomicznego wykluczenia. Nie czuję się ofiarą, ale może powinnam? Powinnam czuć się wykluczona rozmawiając z tapicerem czy hydraulikiem, który na miesiąc wyciąga więcej niż ja i w domu mieszka ogromnym, jasnym i ciepłym, a nie jak ja na 30 m. Powinnam czuć się wykluczona płacąc ZUS,  który przecież nie zamieni się nigdy w emeryturę, i płacąc ubezpieczenie zdrowotne, choć nie mam żadnych szans na prozdrowotną usługę NFZ. Jasne, trudno żyć za minimum socjalne, problem w tym, że państwo po 1989 w zasadzie wykluczyło wszystkich podatników.  Wykluczyło także samo siebie: utraciło honor kontrahenta, strony uczciwej umowy (OFE).

Po 1989 roku oprócz  rozbudzenia pragnień i rozprawienia się z iluzją równości zmienił się także typ uprawianej polityki.  Skończyły się „plany pięcioletnie” i „wieczna przyjaźń polsko-radziecka”. Polityka nabrała cech prekariatu: stała się krótkowzrocznymi podaniami bez bramek,  jakby nie było jutra. Politycy także przypominają prekariat- dziś z neoliberałami, jutro z faszystami a może i z antysystemowcami- zależy,  kto więcej zapłaci i gdzie będzie fucha.  Na takim- prekarnym poziomie żyją też obywatele, którzy mają patologicznie krótki zakres koncentracji i horyzont myślowy.  I nie jest to także kwestią pieniędzy a umysłu (Czyżby to przeczucie końca cywilizacji? Tąpnięcia antropocenu? Łap, ile możesz, bo nie starczy-jako spadek po okresie komunizmu? Uraz: brać, brać, bo niemce przyjdą a po nich ruskie?). Prekariat to drugie imię rzeczywistości- nawet tych, co na umowach o pracę, bo nie ma dziś nic łatwiejszego niż wywalenie prostego człowieka na pysk.

Państwo wykluczyło obywateli. Wszystkich a nie tylko „ekonomicznie słabych”. Jednak większość społeczeństwa nie kupuje narracji faszystowskiej. Więc czy aby na pewno PiS kupił „wykluczonych”? Czemu więc nie porwał wszystkich?

Często czytam w netowych komentarzach „chamy za 500+ sprzedają naszą wolność”, ale  to obraz wysoce nieadekwatny. PiS doszedł do władzy zanim ludzie otrzymali 500+. Co więcej, wyborcy mieli pełne prawo do obaw, że rząd pisowski, jak i poprzednie, nie zrealizuje swoich obietnic. PiS doszedł do władzy nie dzięki poparciu swojego stałego elektoratu („sekta smoleńska”), ale głosami klasy średniej czy pracowników umysłowych, którzy porzucili narrację neoliberalną, na rzecz innej bajki, w której suweren odpoczywa a państwo „w pokorze i nie kradnąc” coś dla suwerena robi i za suwerena myśli. Ludzie głosujący po raz pierwszy na PiS w 2015 roku nie umierali bynajmniej z głodu, nie byli życiowymi nieudacznikami, nie mieszkali pod mostami ani też nie pochodzili z dziada pradziada z zachlanego PGRu. Na PiS nie głosuje tylko „lud smoleński”, ale klasa średnia urzeczona (właśnie neoliberalną!) skutecznością, jednością, pobrzękiwaniem totalitarnym. Ci ludzie przecież mają pieniądze.

Wydaje mi się ogromnie ważne to, na co w swoim raporcie o Dobrej Zmianie w „Miastku” zwrócił uwagę Maciej Gdula: wyborcy PiS podpinają swoje doświadczenia pod polityczny projekt, ale nie stanowią jednej grupy, której doświadczenie odzwierciedla polityczna narracja. To nie politycy idą za określoną grupą (np wykluczeni) a różnorodna grupa idzie za pisowską polityczną opowieścią. PiS przyciągnął nie obietnicą pieniędzy  a obietnicą „stabilizacji”, co jest starym dobrym sowieckim chwytem. Mitem jednoznaczności, jednomyślności i jedności, które są taką mrzonką, że nie da się ich utrzymać bez siły. A obietnica to taka:

kopiemy bezkarnie dupę „elitom”, czyli tym co mają więcej i wiedzą więcej

używamy przemocy jako narzędzia skutecznego zarządzania. Otaczamy kultem siłę i pogardzamy słabszymi i innymi (figury innego: kobiety, LGTB, imigranci, ateiści, „drugi sort”, „opcja niemiecka”, cykliści, ekolodzy)

za jednostkę podstawiamy obraz „jednego narodu”, za multipartyjność- jednego nieomylnego wodza

uznajemy – w zemście na „elitach”-  kulturę wernakularną, amatorską i pseudonaukową dotychczas będącą naśladownictwem i marginesem kultury eksperckiej.

Nie chodzi także o głaskanie, „słuchanie ludzi” ani o wsparcie – bo miła partia Biedronia, która głaszcze, słucha i obiecuje kolejne 500+, nie odbierze głosów PiS-owi a neoliberałom. PiS de facto nie słucha ani nie głaszcze, rozdaje tylko tym, co głośno strajkują, a jednak popularność partii nie maleje. Dlaczego?

Pisowski zestaw leitmotivów jest przecież dziś szalenie atrakcyjny. Nikt nie ogrania złożoności współczesnego  świata,  ale część nie jest w stanie pogodzić się z lękiem niezrozumienia. Pod niezrozumienie wchodzą więc teorie spiskowe, prostactwo myślenia i kultura wernakularna. Nagle – zamiast nieznośnego skomplikowania lansowanego przez „elity od ośmiorniczek” i „zdradzieckich wykształciuchów” świat okazuje się przystępny: na ASF wystarczy wybić wszystkie dziki a nie zmienić gumowce we własnej oborze, wystarczy łykać witaminę C by wyleczyć raka, zredukować dyplomację do „Zły Zachód, Dobry Amerykanin” (sprawdzić czy nie imigrant, Żyd lub czarny…). Wystarczy zadźgać włodarza miasta nożem, by przywrócić sobie spokój. Lub też ograniczyć przepływ informacji do jednego słusznego katolickiego głosu, bo wreszcie -ufff – komuś trzeba zaufać a komu jak nie Polakowi katolikowi? By były pieniądze „wystarczy nie kraść” i „uszczelnić VAT”, choć nikt nie wie o co chodzi. Mnie osobiście urzeka spokojny ton „Gazety Polskiej”, która rzeczywistość alternatywną podaje łagodnie, jak wariatowi.

Oto Bóg się objawił, który rozdaje i mówi: „Błogosławieni ubodzy w duchu, nie lękajcie się, zaprawdę zaprawdę powiadam wam, Szatan nie zwycięży „.

Na PiS nie głosują ludzie umierający z głodu na ulicach, ale pragnący niematerialnego symbolicznego dobra (Polska, Bóg, My), by zapełnić nim swoją wewnętrzną pustkę a swój cichy, wewnętrzny, nieuświadomiony dramat zastąpić wielkim dramatem społecznym (wojna, konflikt, opór wobec zdrady, walka z mafią etc). Wyborcy PiS-u widzą się jako Boży Wojownicy. Podpinają się pod projekt Dobra walczącego ze Złem, stają po właściwej, słusznej stronie. Jeśli Bóg z nami, kto przeciw nam? Widzą się jako mądrzy i dobrze poinformowani, bo wiedzą skąd wiatr wieje – w odróżnieniu od „lemingów”. Są czyści moralnie. Właśnie Czystość – w kontraście do „drugiego sortu”, „elit’  „zdradzieckich mord”, „elementu zdemoralizowanego, podłego, animalnego” – to karta przetargowa pisobolszewii. Przy czym jej wyborcy CHCĄ zobaczyć kogoś czystego moralnie a nie go faktycznie WIDZIEĆ. PiS może dopuścić się ogromu korupcji i głupoty, co trzeźwi ludzie widzą od 3 lat, ale nie zmniejszy to poparcia- bo ludzie mają potrzebę moralnej czystości (być może z nieuświadomionego poczucia winy wdrukowywanej przez katolicyzm) i ktoś ten fragment psyche odegrać na zewnątrz musi, nawet jeśli nie jest czysty. Kto z nas jest czysty? Przecież nikt i fajnie pomyśleć, że jednak gdzieś daleko, na Nowogrodzkiej jest Mąż Stanu. Znani mi Pisowcy nie opowiadają o własnym cierpieniu, nie mówią w sumie o sobie, a prawią o swojej misji, swej wiedzy tajemnej i misji owych „czystych”, po których prawicy stoją.

Największym ludzkim nieszczęściem i grzechem jest idealizm.

***

Nie jestem zwolenniczką tezy, że coś zewnętrznego nad jednostką panuje, naciska, steruje. To człowiek sam sobie obrazy kroi, gada swoim szaleństwem, sam nie stawia światu barier.  To człowiek drugiemu człowiekowi oferuje przemoc, mobbing, złe warunki pracy, pośpiech, podłość, paranoje, bylejakość i chciwość. Nie robi tego rynek, ani kapitalizm, ani politykierzy, ale ludzka (nie)świadomość.  Ludzie pogodzeni ze swoją niewiedzą, w kontakcie ze swoimi obszarami lęku, nienawiści, Cienia, nie projektujący tego na zewnątrz i mający oparcie w sobie nie pójdą za faszystowskimi hasłami. Faszyści nie mają nic atrakcyjnego dla ich wewnętrznego pejzażu. Nie „haczą”. Triumf faszystowskich haseł wypływa z porażki poziomu kształcenia i porażki jednostkowego rozwoju w tym wewnątrzsterowności. Z ubóstwa wewnętrznego, duchowego a nie ekonomicznego. Polska opowieść opiera się ciągle na „co oni nam zrobili” i jak na razie porażką kończy się próba zmiany narracji na „sami stanowimy o sobie i wspólnocie”. Triumf faszyzmu wyrasta na porażce procesu, w którym jednostka miałaby się stać wewnątrzsterowna i mogłaby uświadomić sobie swoją wewnętrzną  wolność. Nauczyć się mówić swoim a nie kupionym od polityków językiem. [To co mnie uderzyło w krzyku nożownika, który zamordował Pawła Adamowicza to zdanie „Platforma Obywatelska mnie torturowała…”. Gdybym chciała się poskarżyć na tortury powiedziałabym, „oni mnie torturowali”. Mała zmiana a jakże wielka – „Platforma” jest sztucznym, zapożyczonym obrazem, jak z politycznego wiecu, z cudzego języka].

Oczywiście, tak ujęcie lewicowe, jak i narracja neoliberalna żywią się iluzjami co do natury ludzkiej. Oba te podejścia, o paradoksie!, koncentrują się na przepływie pieniędzy, redukując człowieka do wytresowanego psa Pawłowa. Jednak ludzie żyją w  wyobrażeniach, narracjach, bajkach, kompletnie bez odniesienia do realu. Nie żyją w kontakcie ze sobą, z Naturą, ze swoją głęboką Istotą. Narracja jest kwestią postrzegania, postrzeganie jest kwestią nieprzepracowanych nieświadomych treści. Mówi się, że tam gdzie nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Ja powiedziałabym: że tam, gdzie mówi się, że chodzi o pieniądze, chodzi o nieuchwytne bajania, przestrzenie symboliki i wyobrażeń.

W czasie „25lat Wolności” politycy  zignorowali właśnie te nieświadome przestrzenie, siłę zakorzenionych kulturowych obrazów,  redukując państwo do niestabilnej, nieefektywnej, tabelkowej i głęboko nieludzkiej administracji. Projekty lewicowe robią to samo, koncentrując się na wadze „rozdawnictwa godnościowego”.  A PiS tymczasem sięgnął po proste obrazy z szopki: po Diabła, po zastępy Aniołów, po Heroda, po  Boga Wcielonego, po Matkę Dziewicę, co w męską politykę się nie miesza a siankiem okrywa, po prostego Józefa Robotnika, są i Magowie-figury Wernakultury, jest Pan i Pleban (ojciec jedyny),  i nawet Osioł – bo i ten być musi, by nadać odpowiednią oprawę cudzemu poczuciu mądrości. Doprawdy, człowiek to coś więcej niż kałdun i deklaracja jego świadomości. I nie pieniędzmi się nim steruje a szopką.

A na koniec pieśń husycka „Kim są boży wojownicy?” w wykonaniu czeskiego neofaszysty Daniela Landy – bo lęk i głupota są zaraźliwe i międzynarodowe.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *