Zdradziła nas tradycja

Pamiętam takie zdarzenie. Tramwaj. W tłumie pan rozmawia (głośno) z panią. „Widziałem świetny program. Wypowiadała się tam bardzo mądra kobieta. O tym, że dzieci takie rozbisurmanione są dlatego, że nikogo w domu nie ma! I mówiła, że w domu musi matka być. Kiedyś były i trzeba do tego wrócić”. Pomyślałam ze smutkiem, że jeśli mamy w telewizorni takie mundre kobity, to po co ja bloga piszę i głowy używam? W każdym domu zainstalować łańcuch, do niego matkę przykuć i po sprawie. Najlepiej, żeby była młoda, cycata i gotować umiała. Pluszowe kajdanki dla chętnych…

A piszę ten tekst w kontekście kilku artykułów (panicznych jakichś) po wejściu Roberta Biedronia do ogólnopolskiej polityki. I ogłoszeń gusowskich, że do 2050 roku „będziemy coraz starsi i będzie nas coraz mniej” oraz ciekawej pretensji, że „rodzenie jest naturalne, ciało kobiet jest przystosowane do rodzenia, więc czemu kobiety nie chcą mieć więcej dzieci…”.

W 2050 roku wg prognoz (o ile nie nastąpi  nic nieprzewidywanego  a przewidywać należy, że nastąpi) Matkę Ziemię ma niszczyć 10 mld ludzi.

Komentatorzy martwią się czy  Biedroń przywróci blask zardzewiałym ideałom wolności i zachodniej demokracji? Inni obawiają się co się stanie  z „polską rodziną tradycją silną” rzekomo niszczoną przez „lewaków”, tak samo w rzeczywistości pro-dzietnych jak i prawica? Czy szaleństwo Dobrej Zmiany to reakcja na puste obietnice nowoczesności? I -wobec antropocenu niosącego wszystkim zagładę- pojawia się ciekawe pytanie: czy to nowoczesność (wolność, emancypacja) ludzi zdradziła czy przywiązanie do patriarchalnej tradycji?

Co oferuje „tradycja”- jak ją pamiętam.

Zmęczone do granic możliwości matki, użerające się z dziećmi, biegające do słabo płatnej pracy, której nie ogarniają. Lub też pracujące w domu (nie z domu) i usuwające się do kuchni po podaniu obiadku i wódeczki, gdy przychodzą koledzy męża. Pustka rozwojowa, Matka Polka z siatami („mężowie i dzieci czekają…”) i wieczne poczucie winy za niedostateczne poświęcenie… Kobieca słabość ekonomiczna. Ostracyzm wobec tych co inną ścieżką idą, agresja wobec nieochrzczonych dzieci lub dzieci samotnych matek. Utajona nienawiść i napięcie niewypowiedzianych pretensji w domach wielopokoleniowych. Przemoc wobec dzieci łącznie z wymierzaniem na zimno kar cielesnych. Dziewczynki i kobiety z ich utajoną nienawiścią do mężczyzn, bo zostały zmolestowane lub zgwałcone, właśnie w tych tradycyjnych rodzinach, na tradycyjnych polskich podwórkach, plebaniach i ulicach. I nie mogły o tym mówić, bo wzięły na siebie męski wstyd. Słabi a twardzi mężczyźni, którzy jednak mieli społeczne i ekonomiczne przywileje tylko dlatego, że są mężczyznami. Ich poczucie bezsilności odgrywane na słabszych. Przemoc wobec indywidualnych aspiracji w imię wspólnych, nie dających żadnych szans na indywidualny rozwój, narracji. Stłamszenie przez instytucje: szkołę, Kościół, urząd, partyjne memy. Fascynacja siłą. Siła, ciągle za mało siły, żeby to wszystko za mordę trzymać.

Nie-do-rozwój indywidualności.

Uwiąd duszy.

Polska rodzinna tradycja to „Boża Podszewka” a nie „Rodzina Połanieckich”.

I jej nie da się obronić. Wszyscy jesteśmy poranieni „tradycyjnymi rodzinami”. I to z tej przyczyny a nie z braku żłobków, ci co wyszli z „polskich rodzin tradycją silnych”, czasem żadnych dzieci mieć nie chcą ku przerażeniu ZUSowskich demografów. Reakcją na „patriarchalną tradycję” jest ucieczka.  Czasem na oślep jak w przypadku „rodzin patchworkowych” mających być zastępstwem dla „rodziny wielopokoleniowej”.

Kilka grup społecznych będzie szczególnie forsować „tradycję silnej, płodnej polskiej rodziny”. Dzietność to w ich mniemaniu najwyższa wartość: iluzja przetrwania patriotycznych, matrixowych memów, ich własnych genów i zapewnienie kasy tym co u żłoba steru. Te bajki oczywiście bledną wobec realnej możliwości kompletnego wymarcia homo sapiens na planecie Ziemia w czasie jednego pokolenia (przed czym stoimy) – a ta straszna perspektywa w naiwnych główkach nie zaświtała. Kto majaczy? Oj, spotkamy takich wiejskich filozofów na każdej polskiej ulicy… Na przykład starsze kobiety- bo wobec nowoczesnych zmian mentalności i życia wirtualnego- nie mają już nic nikomu do przekazania, ich doświadczenie życiowe jest psom na buty, nawet zeszyty z przepisami. Używane doraźnie jako opiekunki do dziecka, jeśli nie potrafią sobie ułożyć kontaktu ze sobą (czemu znów nie sprzyja „tradycja”) stają się łatwym kęsem dla politycznych i kościelnych naganiaczy. Także starsi mężczyźni, zwłaszcza ci związani z młodymi kobietami- tylko dzieckiem mogą je ze sobą związać, bo inne zasoby, w tym seks i pieniądze, są już w zasięgu młodych kobiet. Na przykład ludzie zalęknieni, słabo wykształceni, nie mający doświadczeń kontaktu z innymi kulturami, potrzebujący iluzji „rodziny”, której nie potrafią z lęku przed obcym rozszerzyć na „sąsiada” czy „współpracownika”.  Czy też słabe państwo, które nie buduje wspólnoty innej niż „rodzinna” i pomija kwestie jakości życia. Najwyższy, samobójczy przyrost naturalny mają te państwa, które nie dają możliwości przeżycia biologicznego, nie mają sprawnej ekonomii ani instytucji wspierającej ludzi poza wiekiem produkcyjnym: dzieci się produkuje tam masowo jako zabezpieczenie na starość, bynajmniej nie z „miłości”.

Najszczęśliwsi są ci, którzy mają sieć dobrowolnie wybranych czy zaakceptowanych społecznych powiązań, głęboki kontakt z dzieckiem (a nie gromadką), wysoki wskaźnik społecznego zaufania, dobrobyt oznaczający bezpieczeństwo, i kulturę, w której czas wolny, tu-i-teraz, wykorzystywany jest dla poczucia szczęścia, wdzięczności, przyjemności i samo-rozwoju.

Czy nie lepiej iść w stronę Skandynawii a nie Somalii czy Indii.

Lepsze plemię niż naród.

Lepsze „dobro wspólne” niż „państwo”.

Lepsze hygge, lagom niż „zastaw się a postaw się” czy „szarża pod Somosierrą”.

Niektórzy twierdzą za Freudem- kultura  jest źródłem cierpienia, więc czemu nie ma to być „tradycja”, czemu nie „polska”. Tak, kultura będzie zawsze źródłem cierpień, bo tworzy bezpieczną iluzję Oddzielenia do realności, poddaje jedynie narrację, słowa, zamiast poznania wprost. Odgradza od rozkoszy Bycia. Budzi egzystencjalne cierpienie, tak. Ale czy do tego naturalnego cierpienia trzeba dołożyć od razu (tradycyjny, patriarchalny) gwałt?

Wielkie Wymieranie nie wzięło się z ludzkiej woli/wol-ności, ale właśnie z nie-woli, przywiązania do dotychczasowych narracji (rodzina jako jedyna trwała więź, rozpłód pod karą ostracyzmu, konkurencja, nad-ród, przemoc). Antropocen nie powstał w czasie tej złej „nowoczesnej, bezpłodnej, gejowskiej i słabej Europy Zachodniej” ale wyrósł z Europy tradycyjnej, patriarchalnej, bezmyślnie płodnej i kolonialnej. Z tego, że od pierwszych symptomów Upadku wiek temu nie wypracowano żadnych wspólnych sensownych narracji, które mogłyby zmienić kurs zniszczenia – bo pojęcie wspólnoty obejmowało (obejmuje) jedynie „naród” czy „rodzinę”. Urządziliśmy sobie świat tak, że oprócz rodziny (o ile będzie przyzwoita) nikt nikomu nie pomoże. Im więcej niepewności w przestrzeni wspólnej, tym większa potrzeba oparcia w rodzinie i tym znów mniejsza dbałość o wspólną przestrzeń. Koło się zamyka.  I tego błędnego koła- głupio, samobójczo przerażony lud się trzyma. I bezmyślni przewodnicy jego.

To nie nowoczesność nas zdradziła tylko stare bezużyteczne narracje, nasz małpi, bezwładny umysł.

Na podobny temat: Mapa

12 myśli na temat “Zdradziła nas tradycja”

  1. Duża część społeczeństwa powinna wrócić do podręczników od geografii na poziomie szkoły podstawowej. Gdzie są opisane przemiany demograficzne społeczeństw, skutki, przyczyny oraz zagrożenia i problemy wynikające z przeludnienia jak i ujemnego przyrostu naturalnego. Niestety z człowiekiem o charakterystyce wiejskiego filozofa trudno o jakąkolwiek dyskusję i wymianę spostrzeżeń, bo jego racja jest jedyna i słuszna. Więc powszechne będzie w dalszym ciągu podejście, że dzieci lekiem na cale zło. O egoizmie i infantylności takiej narreacji to nawet nie chce mi się mówić. Czyste samooszukiwanie się. Dojrzały człowiek według mnie pierwszą rzeczą jaka kojarzyć mu się powinna z posiadaniem dziecka to, że jest odpowiedzialność za drugą istotę i szereg wyrzeczeń egoistycznej jednostki na rzecz tego właśnie dziecka. Ale nasza cywilizacja do dojrzałości ma jeszcze daleko, jak dla mnie jesteśmy na poziomie wczesnego gimnazjum, więc zmian szybki nie przewiduję.
    Zagrożenia wynikające z przeludnienia są oczywiste(przynajmniej dla niektórych), ale ja chciałbym skupić się na argumentach, które rzekomo właśnie uzasadniają potrzebę wielodzietności. Bo jak dla mnie są tylko pozorne, a wiem, że padają z ust nie tylko szarych zjadaczy chleba, ale różnie pojętych autorytetów. Jeśli chodzi o starzejące się społeczeństwo i brak rąk do pracy. To problem ten nie wynika tylko z niskiego wskaźnika urodzeń. I struktury wieku. Bo w krajach wysokorozwiniętych, które to dotyka, technologia stoi na niewyobrażalnie wysokim poziomie. I w wielu dziedzinach może zminimalizować potrzebę pracy fizycznej. Zmiana struktury zatrudnienia w gałęziach gospodarki może wyjść na korzyść osobom w wieku średnim i starszym, które miały by większą szansę na znalezienie zajęcia odpowiadające ich możliwościom psychofizycznym. Poza tym problemem nie jest brak ludzi do pracy, tylko niechęć ludzi do wykonywania określonych zajęć. Co jest spowodowane, warunkami pracy jakie oferują pracodawcy i traktowanie człowieka jako taniej i bezmyślnej siły roboczej. Ekonomiczne niewolnictwo w dużej mierze przyczynia się do tego, że ludzie z krwiożerczą determinacją rzucają się w wyścig szczurów, żeby przesunąć się w tej piramidzie choć o jeden szczebelek. Na czym bogacą się Ci na samej górze, też Ci zamiast szukać prawdziwych rozwiązań, próbują otumanić sloganami motłoch na swoją korzyć. Żeby miał kto na nich robić, jak z resztą było wyżej napisane.
    Co do tych wspaniałych tradycyjnych rodzin, to funkcjonowały one tak wspaniale, że większość ludzi jakich znam miała większe lub mniejsze problemy, a tu alkohol, a to przemoc, tu brak kontaktu z rodzicami, ciągłe wyrzuty, wzbudzanie poczucia wdzięczności ogólnie jeden wielki kłębek wzajemnych żalów. No i fakt na rodzinę można liczyć, ale ileż to gestów i czynów wynika ze społecznego przymusu”bo to rodzina”, a nie z uczuć wynikających z głębi serca. Kiedyś była wódeczka na stole, zniewolenie kobiet. Teraz jest wirtualna rzeczywistość w social mediach i szukanie ucieczki i odreagowania począwszy od seksu(niekoniecznie z życiowym partnerem), a na kreowaniu i coachingu lepszego ja kończąc. Jak dla mnie idealnie tutaj sprawdza się powiedzenie”nie ilość, a jakość”

    1. Dziękuję. W punkt. Narracja bezmyślnej prodzietności nie zadaje pytań „po co?”. Bo dobrze by było zapytać co, po co i dla kogo owe młode rączki miałyby produkować i jaki to miałoby wpływ na (obrazowo ujmowany) antropocen, środowisko biologiczne. Większość dostępnych prac jest bzdurna, polega na przelewaniu z próżnego w próżne i niczemu ani nikomu nie służy. A już tego eksperckiego „dzieci będą pracować na wasz ZUS” nie chce mi się komentować. Wystarczy pomyśleć, żeby zrozumieć, że nie zdążą i że taki system sensu nie ma. Chyba że dla rządu, bo ZUS jest rezerwowym źródełkiem, parapodatkiem, który się nijak nie zwróci.

      1. Myślę, że rodzina patriarchalna nie jest kwetią „narracji prodzietności” tylko raczej biologicznych uwarunkowań. Po pierwsze skuteczna antykoncepcja jest tak naprawdę od niedawna, po drugie no ktoś w tym polu musiał orać, bo inaczej na przednówku, głód i zaraza. Najpierw jest biologia, a potem dopiero do tego dopasowana cała nadbudowa czyli kultura, religia, wartości itd. Poza tym pomysł, że dzieci są jakąkolwiek wartością, podmiotem powstał w drugiej połowie XX wieku. Coś tam wcześniej Korczak przebąkiwał, ale do szerszej świadomości się to nie przedarło. To że polska rodzina tradycją stoi to też wynika z tego, że nie było kiedy rozwijać społeczności lokalnej z prawdziwego zdarzenia, bo albo zabory, albo wojna, albo komunizm. Trudno w takich warunkach budować coś szerszego. W sumie z czego wynika, że nam bliżej do Somalii niż Skandynawii, to przecież tylko paręset lub pare tysięcy kilometrów w tę lub tamtą. Ludzie są wszędzie tacy sami, kultura i tradycja to tylko wierzchnia warstwa, którą można zdrapać… Potrzeba czasu.

        1. Jasne, są uwarunkowania biologiczne i historyczne, słusznie Pani pisze, ktoś w tym polu robić musiał i ktoś dziedziczyć i przestrzeń była i powszechna śmierć niemowląt i matek. Problem w tym, że teraz nie musi robić w polu. Zmieniły się warunki a nasza mentalność pozostała -nomen omen – w polu. Zmiany kulturowe, zmiany mentalności, są powolne. Niestety, jako gatunek na Ziemi-tej-Ziemi, nie mamy już czasu. Współczesna propaganda dzietności sprowadza się do nakłaniania do produkcji niewolników i żołnierzy, „naszych”, bo idą „oni”. Decydentom i pożytecznym idiotom chodzi o ilość a nie jakość. Bo nie zabije nas „upadek ZUSu” a głód, przemoc wewnątrzgatunkowa i brak zasobów wynikających ze zmian klimatycznych. Nie musiało tak być- gdyby ludzkość nie leciała od wieku/dwóch na autopilocie. W „Wyspie” Huxleya warunkiem przetrwania wyspy jest stały i niski przyrost naturalny (i wychowanie z możliwością wyjścia poza tradycyjną rodzinę, we wspólnocie). Sprzedanie takiej kultury homo sapiens jest jednak niemożliwe, bo trudno jest -tak wstępnie myślę- pogodzić narrację płodności natury (i śmierci nadmiaru) z ograniczaniem płodności człowieka. Płodność wydaje się dla większości łatwym, dostępnym wyrazem kreatywności. Jest już za późno by podsuwać inne jej wyrazy, polecimy wszyscy razem w przepaść.

          1. Co z tego że warunki się zmieniły, jak my na tym samym etapie co naście tysięcy lat temu? Mózg gadzi dalej działa. Popęd i biologia wciąż silniejsze od ducha. Zgadzam się, że jest taka szansa, że przekroczyliśmy już magiczną granicę i polecimy… A może sami siebie zaskoczymy? W każdym razie nie będzie to już nasz problem, a Ziemia zregeneruje się sama bez nas i to bardzo szybko.

        2. Moja Babcia urodziła czternaścioro dzieci (dwa razy bliźnięta), z czego czworo zmarło. Rodziła w polu przy robocie, z jednym z dzieci biegła niosąc je na rękach do lekarza w czasie mroźnej zimy – nie zdążyła. W domu nie miała nic do gadania, dziadek był rosłym facetem, ona drobną bardzo kobietą. Bywałam u nich, jako podlotek pomagając przy żniwach, zawsze swobodnie mogłyśmy porozmawiać przed domem, gdzie Babcia zapalała połowę Sporta bez filtra, drugą połowę zostawiając na zaś. Dziadek ostentacyjnie palił fajkę rozsiadając się przy stole.
          Gdy miałam jakieś oszczędności, posyłałam je Babci, właśnie na te papierosy.
          Poza tym dziadek hulał po wsi, miał bardzo bogate życie towarzyskie. Babcia: dom, kupę dzieci i gospodarstwo do obrobienia (świnie, konie, kaczki, kury). Dzieci starsze szybko uciekały z domu starając się usamodzielnić, ale zawsze przyjeżdżały na żniwa. Moja Babcia chyba nie zaznała ani miłości, ani szacunku w tym małżeństwie. Nie miała też żadnej gratyfikacji ekonomicznej za swoją pracę. Była własnością dziadka?

          1. Pewnie gdyby Pani zapytała babcię to dostałaby Pani odpowiedź, że była szczęśliwa, że tak powinno być, że teraz młodym się w głowach poprzekręcało, że mężczyźni już tacy są, że taka już dola kobiet, że dzieci trzeba bić żeby dobrze wychować… Zmiany mentalne postępują powoli, a jeśli ktoś wychował się w przemocy będzie jej zaprzeczał i ją zachwalał- bo inaczej musiałby dotknąć czegoś w sobie bolesnego. Tak to niestety działa. Sami sobie nakładamy łańcuchy.

          2. autorka napisał(a):
            Wrzesień 25, 2018 o 8:06 am

            „Pewnie gdyby Pani zapytała babcię to dostałaby Pani odpowiedź, że była szczęśliwa, że tak powinno być, że teraz młodym się w głowach poprzekręcało, że mężczyźni już tacy są, że taka już dola kobiet, że dzieci trzeba bić żeby dobrze wychować… Zmiany mentalne postępują powoli, a jeśli ktoś wychował się w przemocy będzie jej zaprzeczał i ją zachwalał- bo inaczej musiałby dotknąć czegoś w sobie bolesnego. Tak to niestety działa. Sami sobie nakładamy łańcuchy.”
            – Rozmawiałam z Babcią – dlatego napisałam to, co napisałam. Dla człowieka życie często bywa pułapką, gdyby miała więcej sił psychicznych może zrobiłaby to, co zrobiła Maria Konopnicka.
            ” jeśli ktoś wychował się w przemocy będzie jej zaprzeczał i ją zachwalał” – ja nie.

          3. Nie-zaprzeczanie to już dużo, ale obawiam się, że jest Pani wyjątkiem. W komentarzach poza blogiem do tego tekstu nazwano mnie „feministką lewacką” „marksistką”, co mnie bardzo rozbawiło. A ja tylko piszę o koszcie tradycji- cudzym cierpieniu i eksploatacji. Tradycyjny układ funkcjonował, bo ktoś słabszy (kobieta, dziecko, robotnik, niewolnik, otoczenie biologiczne/przyroda) musiał z czegoś ważnego zrezygnować pod przymusem. Dzisiejszy klimat mentalny sprzyja układowi win-win dla wszystkich uczestników życia społecznego. Ale żeby po to sięgnąć trzeba nazwać przemoc i „tradycję” wprost.

  2. Dokładnie. Biologia wpływała na nasze zachowania od samego początku i jest tak po dzień dzisiejszy. Rządzą nami instynkty. Co ciekawe z tych właśnie biologicznych zachowań narodziła się, kultura, tradycja i religia. W czasach neolitu jednostka była skazana na śmierć, więc ludzie tworzyli wspólne osady, powstawały pierwsze społeczności, których zorganizowanie zależało ściśle od czynników biologicznych. Potem zaczęto to wszystko opisywać, starać się zrozumieć i usankcjonować jakimiś normami. Wytworzyła się tradycja, podstawowe wartości itd itp. Być może i przywiązanie do tychże wartości, strach przed zmianami jest również jakimś czynnikiem ewolucyjnym. Mechanizmem, który wykształcił się na przestrzeni milionów lat. Bo owo przywiązanie do przeszłości i przekazywanych z pokolenia na pokolenie, zachowań gwarantowało przetrwanie. A teraz w obliczu tak szalenie szybkich zmian jakie zaszły na przestrzeni stu lat cały ten ewolucyjny dorobek pcha nas ku zagładzie. W obecnym życiu mechanizmy, które kiedyś miały dać nam przetrwanie teraz działają na niekorzyść, na poziomie jednostki jak i społeczeństwa(otyłość, przeludnienie). Paradoks taki.
    Jednak nie zgodzę się do końca, że wszystko da się zdrapać. Niekiedy różnice kulturowe są nie do pokonania, zarówno w obrębie jednego społeczeństwa, jak i pomiędzy różnymi narodowościami czy wyznaniami. To też zależy od człowieka. Owszem kultura to żywy twór jedne tradycję, zanikają, powstają nowe trendy, przyzwyczajenia. Jednak są to przemiany długofalowe bardzo często.
    Jest jeszcze druga strona medalu, a mianowicie podsycanie, manipulacja przez wpływowe grupy, które chcą nadać jakiś kierunek tym zmianom, zahamować je lub też trzymać wszystko za przysłowiową mordę. A wszystko dla swoich korzyści lub w imię szczytnych idei czy wartości, które często tylko przysłaniają fanatyzm tychże osób, a padając na korzystny grunt rozprzestrzeniają się bardzo szybko. To też zaburza przemiany biegnące swoim tempem, na które być może nie mamy czasu, ale też jest niebezpieczne z innego punktu widzenia, najbliższego mi, a mianowicie tego jednostkowego. Bo tradycja i przekaz płynący z ekranów Tv, szkół i kościołów podsyca tylko presję w społeczeństwie czy rodzinie do życia i tkwienia dalej w określonych schematach. A to są osobne ludzkie dramaty czasami tragedie. Nieszczęśliwe związki, życie ze sobą na siłę, na czym cierpią rodzice i dzieci, a z tego wynikają kolejne i kolejne i tak wiele można by tu wymieniać. Natomiast w obliczu problemów, mówię tu oczywiście o prawdziwych problemach tych najbardziej osobistych to często nawet na rodzinę za bardzo nie można liczyć.
    Idealnych rozwiązań nie ma bo ludzie nie są idealni, ale zawsze warto szukać.
    Największym niebezpieczeństwem nie są problemy w obliczu jakich stajemy, tylko ludzka głupota i hipokryzja.

  3. Ludzka głupota, tak. Nieumiejętność dostosowania i mądrego kształtowania rzeczywistości u gatunku, który sam siebie zwie „homo sapiens sapiens”, o ironio :).
    To o czym państwo piszą: kultura uwarunkowana biologicznie, „tradycja”, „kultura” to są podręczne pocieszajki ego, peudo-rzeczywistość, życie w głowach, które ma tylko taką wartość że jest podzielane przez innych.
    Projekt „rozwinięta Europa” może jest nieudany (z pewnością, nie może!), ale jest próbą wyjścia poza ciągnącą w dół, w gnój (używając obrazu Kuczoka) „tradycję”. Jak wygląda powrót do tradycji- widać dziś w polityce.
    Homo sapiens nie ma już umiejętności spojrzenia wprost i czysto praktycznie, poza narracją. Pozostanę pesymistką: wyjść poza narrację można tylko samemu, samemu podważyć kulturę ale samemu nie da się nic zrobić. I jest jak jest. Masa płynie siłą swojej bezwładności ciągnąc za sobą wszystko, nawet tych myślących.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *