Myśli przy przerzucaniu kompostu

Wyznam tytułem wprowadzenia: jestem zapaloną ogrodniczką. Rośliny w moim ogrodzie nie podzielają mojego zapalenia i czasem stają się dziwnie Markotne. Są jednak i takie, które po Szarpaniu za Liście, Podrywaniu Korzeni, Jedzeniu Niesmacznych Nawozów czy Gwałtownym Zalewaniu Zimną Wodą (co w moim ludzkim mniemaniu ma być dowodem mojej miłości do nich) gwałtownie pragną ostatnie chwile poświęcić na bujnienie i histeryczne wydawanie dzieci na świat (bo koniec już blisko…). Wielkim procesem w ogrodowym życiu jest Dbałość o Życie Gleby (permakulturowi ekstremiści uważają wręcz, że uprawia się glebę a nie rośliny, które są tylko produktem ubocznym) w tym nastawianie i przerzucanie kompostu.

Pominę już przepisy na kompost, te tajemnicze proporcje między węglem a azotem, to utrzymywanie właściwej temperatury w pryzmie i wabienie dżdżownic dźwiękami fletu i obornikiem. W skrócie i z punktu widzenia laika proces wygląda tak: na stos wrzuca się coś, co ludzie traktują jako odpadki (pocięte, cuchnące, bezużyteczne, zbędne, kolące oczy, gówniane, wstydliwe, wykluczone), by po pewnym czasie otrzymać stos nieco mniejszy, ale za to pięknie pachnącej  i użytecznej czarnej ziemi. Czyż to nie cudowne i tak różne od ludzkich opowieści? Kompost jest zaprzeczeniem ludzkich narracji, które mają pokonać Czas, a jednak mądrze gada, zwłaszcza jak się przy nim widłami macha. Warto posłuchać.

Proces kompostowania  spaja wszystko w czarną, nieco tłustawą, wilgotną masę; giną poszczególne włókna, niknie odrębność każdej substancji. Z rozkładu powstaje nowa jakość. Ze śmierdzącego pachnące. Z wykluczonego wkluczone. Z wielu jedność. Wszystko zmienia formę i jest zmienną formą, przejawem wielo-foremnego Życia.

Nic z kompostem nie trzeba robić- da się przyspieszyć proces przemiany tworząc uczestnikom jak najlepsze warunki, ale tylko tyle i tylko do pewnego stopnia. Kompost jest wolny – w sensie czasochłonności, ludzkiej interwencji i swobody. Kompost opowiada o życiu wolnym-po-wolnym. Jaka tu równowaga między pierwiastkiem męskim i kobiecym! Można szarpać się, niecierpliwie przerzucać stos odpadków by je „napowietrzyć”, choćby dla formy, po męsku. Wszystko też w środku wrze, bakterie i spółka pracują mocno. Proces jednak płynie w miękkim, kobiecym tempie, niezależnym od  wymagań i woli, rozmemłanym jak rozwalona na krześle kobieta w zaawansowanej ciąży. Kompost zaprasza do ufności, kontaktu: do rozpostarcia się w Życiu i na ziemi niczym słynna ze swoich obfitych spódnic Anna Koljaczkowa z Biesewa, kaszubska babka niejakiego Oskara z trylogii Grassa.

Energia Życia płynie jednak dalej, spaja się w jedną rzekę by znów rozszczepić się w nowe kanały. Z siły kompostu powstaną znów odrębne jakości, od ogórka do trawy, od rozległej dyni do maciupkiej, dzielnej gwiazdnicy. Kompost zawiera nadzieję. Ufność do procesów życia, do sensu utraty i zatracenia, które są w sumie przemianą i narodzinami nowego, które znów obumrze i da życie.

W okresie, gdy nie da się przeżyć żadnego dnia bez medialnego ataku portretów zmarłej pani Jackowskiej i plotek o jej konaniu, bo tak, żałośnie, przez sensację i plotkę, publika stara się oswoić śmierć, przychodzi mi do głowy niesmaczna dla salonów myśl, że szept kompostu mądrzej śmierć oswaja. Nie można „przegrać z chorobą”, bo nie ma gry: niczego przegrać nie można, bo wszystko Jest. Źródło zostaje zawsze celem, w nas i poza nami. Nie ma sensu się szarpać. Chyba że dla formy i wzmocnienia mięśni jak przy kompoście.

Tylko przez zbliżenie do faktu zmienności form, zatracenia ego, do śmierci da się dotknąć i docenić Życie. Podziwiać formy i zaklętą w nich energię – póki jest zamrożona, póki nie ucieknie w inną formę. Godność w  każdej zmarszczce, pogiętej łodydze, zasuszonym kwiecie. Oczywiste, że zmiana formy jest bolesna, pełna wysiłku, wręcz nieludzka, bo nie zważająca na ludzkie narracje i osłonki przed cierpieniem; pełna szarego i rozdzierającego smutku tych, którzy jeszcze przed przemianą i doświadczają straty. Kompost uczy, że trzeba żyć tu i teraz we własnym polu świadomości, nawet w smutku, nawet w szaleństwie, nawet w rozkładzie, bo to też zmienna forma Życia i jest w tym Jego godność. Nie ma się czego bać. Życie nie jest niczyim wrogiem. Wbrew temu, co ludzie sobie bajają, Życie nie kończy się wraz z „utratą bliskich”, „utratą demokracji”, „utratą sił”, „Wielkim Wymieraniem”, „wojną”, „chorobą”, „upadkiem zachodniej cywilizacji”. Tak czy inaczej skończy się dla nas bezsilnością formy i ego,  gdy przed tylko i wyłącznie naszymi oczyma, w tylko i wyłącznie w naszym umyśle przestanie się odtwarzać film. Koniec, ale przez strzelisty akt jednostkowości, indywidualizmu. Innego końca świata nie ma i nie będzie.

Pstryk.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *