O kochaniu siebie

Przebojem na liście pop-psychologicznej jest „kochanie siebie”. Celebryci przekonują (ostatnio pani Pawlikowska a stale pani Miller), że żeby stworzyć z kimś związek trzeba najpierw „pokochać siebie” i w ogóle „pokochanie siebie” ma być drogą do odczuwania satysfakcji z życia. „Kochanie siebie” jest ozdobione przy tym określeniami „bezwarunkowo”, „w pełni”, „jak dobry rodzic”. Przekaz terapeutyczno-medialny brzmi:

nie żyjesz jak trzeba, jeśli siebie nie kochasz,

niekochanie siebie to główna przyczyna braku życiowej satysfakcji.

Przy czym „kochanie siebie” nie jest bynajmniej dojrzałą refleksją na temat podmiotowości, wagi wewnętrznych obrazów, przyczyn egzystencjalnego bólu, tego kim jestem, kto mówi i co mówi przeze mnie.  Bazą tego kulturowego motywu, jak się wydaje, jest dziecięce żądanie miłości i samych słonecznych doznań, bo kochanie jest jednak czymś więcej niż godność, szacunek, oparcie w sobie.  „Kochanie” ma być bezwarunkowe, czyli niezależne od faktów, opinii innych czy okoliczności. Więc zamiast niepewnej i czasem niepochlebnej oceny z zewnątrz „kochający siebie” robią myk! i umieszczają sobie w środku Stałego Oceniającego i Miłego Rodzica Jak Go Sobie Wyobrażają.  Oczywistym jest, że w realu rodzice nie kochają bezwarunkowo (stawiając w procesie wychowawczym wyżej kulturę niż własnego potomka) a ta bezwarunkowość – z powodu amnezji wczesnodziecięcej- jest czystą fantazją wynikającą z pragnienia dorosłego i stworzonego przez niego a posteriori obrazu niemowlęctwa. Spragnionego miłości ma karmić na żądanie  wypracowany, wewnętrzny, wyobrażony idealny super-rodzic. Zwolennicy wizji „kochania siebie” minimalizują swój pierwotny lęk nie-bycia-chcianym przez fantazję o kochającej wewnętrznej instancji Ja (Rodzica, Matki, Boga etc). Niczego to jednak nie zmienia w całym układzie: nadal jest mechanizm zależności od oceny, spojrzenia, rodzica . „Kochający siebie”nadal karmi się pragnieniem, fantazją; ciągle woła o wewnętrznego cyca, bo brak cyca oznacza nieistnienie.

„Kochać siebie” oznacza, że trzeba mieć kogoś, za kim można wodzić-  z becika- oczami.

*

Fora są pełne wątków o „kochaniu siebie”.  I ogromnego niepokoju. Bo jak pokochać siebie, gdy dwadzieścia lat temu rodzice nie ukochali „bezwarunkowo”? A tu pani psycholog głosi, że trzeba, bo inaczej nie ma życia. Więc udawać? Afirmować do lustra? Odnosić nieustanne pasma sukcesów? Chwalić się? Przepracowywać problemy dzieciństwa, by znów jak dziecko smakować świat po raz pierwszy? Jak kochać siebie „na głębokim poziomie”?  Ktoś się kocha a ja jeszcze nie!  Jest to proces liczony w latach, niektórzy piszą, że są „bliżej” lub „dalej” pokochania siebie. Ba! Niektórzy spędzają na „pokochiwaniu siebie” samotne i puste dorosłe życie, które spokojnie przecieka im przez palce w  nie zauważanym i ocenianym przez pryzmat „nie-kochania” tu-i teraz.

Czytając takie wątki odnoszę wrażenie, że  jest to obsesja ludzi samokrytycznych, w pozycji ofiary, biernych, nieasertywnych, określających siebie jako „słabych”. Tak jak żadna zołza nie czytuje poradników pt. „jak być zołzą?”, tak dorosłe osoby mające szacunek do siebie jako do istoty ludzkiej nie zajmują się nijak problemem „kochania siebie”. Jednak  poszukującym to „kochanie siebie” wydaje się odległym rajem, Shangri-La, jasnym celem niedościgłym. Ci, którzy nie czają problemu „kochania siebie” mają być innym,  bezproblemowym rodzajem człowieka, ukochanym przez Rodziców i Los. Nadczłowiekiem.

Dążenie do „kochania siebie” jest doskonałym sposobem na porównanie z innymi i na samobiczowanie – a samobiczowanie z powodu głęboko utajonego poczucia winy to właśnie modus vivendi takich osób. Ta słodka samo-udręka, samo-nękanie, karanie przez superego prowadzą  do paradoksu: im bardziej się spinasz, by świadomie „pokochać siebie”, tym bardziej się nienawidzisz za to, że się nie kochasz (jeszcze, wcale, niebezwarunkowo, nieidealnie  etc). I o to chodzi, by – zgodnie w wewnętrznym schematem neurotycznego samoniszczenia-  bolało i by króliczka nie dogonić.

Przekaz „pokochaj siebie a potem żyj” oscyluje więc wokół zależności, dziecięcego pragnienia bycia chcianym, uznanym i kochanym; lęku; wartościowania i oceny opartej o kulturowe wartości; winy i kary; masochizmu i wymagań idealnego Ja.

*

Na poziomie kultury motyw „kochania siebie” sugeruje masom, jaka jest przyczyna ich bólu – tu i teraz.  Nie jest to bynajmniej rozwiązanie indywidualne, jednostkowe: w tej koncepcji każdy cierpi z niedostatku „prawdziwego kochania siebie”, tak czy inaczej wszystkie problemy mają mieć swe źródło w „niekochaniu”.  Współcześnie życie polega na skutecznym i świadomym kolekcjonowaniu (jedynie) pozytywnych wrażeń i doświadczeń. Trzeba więc mechanizm przerabiający świat na „pozytywne doświadczenie” utrzymywać w należytym porządku. Utrzymywać umysł i duszę, serce i ciało w stanie dziecięcej ufności, tak jakby nie było bólu, nudy, nieświadomego, niespójności, porażek, wahania, Cienia, rozpaczy, zniechęcenia czy niezadowolenia z siebie.

Moda ta doskonale wpisuje się w neurotyczną polską kulturę.  Ludzie kręcą się wokół spojrzeń Innych. Jaki/jaka jestem, co inni widzą we mnie (z odmianą „co widzi mój wewnętrzny rodzic”), czego chcą oni:  Bóg, partia, grupa, pracodawca etc, etc to ciągle pytania neurotyka, pytania dziecka. I dziecko nie chce wcale wyjść o własnych nogach z beta, dorosnąć, czyli uznać wprost, że nie istnieje żaden rodzic ani nikt, kto bezwarunkowo kocha(ł), że „osiągnięcia” są jedynie narracją i żeby „pokochać siebie” trzeba przestać uznawać siebie za (aż tak) istotnego/ą w tym teatrze.  Wyjścia z teatru przecież nikt nie chce, ego trzyma się mocno, i stąd pragnienie, żeby był ktoś (wewnątrz i na zewnątrz), kto pokocha, powie kim mam być i umocuje na scenie.

2 myśli w temacie “O kochaniu siebie”

  1. Cześć autor dziecko!
    Jak chcesz to moge Ci opowiedzieć jak mój rodzic mnie kocha.
    Może twój sie nauczy od mojego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *