Psychoterapia w masce (2)

Odsłona druga: „niepowodzenie” i historie pacjentów

Odsłona pierwsza: tutaj

NIEPOWODZENIE

Książka Tomasza Witkowskiego nosi podtytuł „Rozmowy o terapeutycznych niepowodzeniach”. Nie znalazłam w niej jednak prostej definicji „niepowodzenia terapeutycznego”, „nieudanej terapii” czy „terapeutycznego nadużycia”. Raczej zaklinanie: „psychoterapia przysparza cierpienia”, „psychoterapia niszczy życie”. Lub też racjonalizacje pacjentów, którzy przypisują swoją obecną sytuację życiową złemu wpływowi terapii.

 

Obok zaklinania – szereg ambiwalencji. Na przykład: cierpienie. Cierpienie wydaje się w porządku, jeśli mija po terapii. Jeśli nie mija, to nie jest w porządku i jest to wina terapii. Podobnie pacjent. Z jednej strony, gdy zgłasza się do gabinetu, to „świat mu się wali”, nie ogarnia, nie ma pojęcia o modalnościach, nie odróżnia psychologa od psychiatry i wiesza się na psycho jak dziecko. Z drugiej strony, gdy tylko wyjdzie z gabinetu, i to niezadowolony, to jego relacja z tego, co działo się w gabinecie ma  być adekwatna, racjonalna, umotywowana, słuszna.

Zastanowiła mnie moc, jaką w fantazjach przyznają terapeutom cytowani pacjenci. Moc uśmiercania. Moc wpędzania w alkoholizm. Moc Buddy. Moc budzenia do miłości. Moc narzucania norm. Moc bezbłędnej diagnostyki medycznej. Pewnie stąd rozczarowanie rozmówców. Terapeuta nie jest bowiem bogiem ani wieczną miłością ani wiedzą głęboką. Nikt takiej roli nie uniesie. Przy lekturze miałam często wrażenie, że Autor i jego rozmówcy  wnoszą pretensje, że terapeuci nie są nadludźmi i nie chodzą po wodzie.

 

Jak jednoznacznie zdefiniować niepowodzenie terapeutyczne? Nie da się, tak jak cierpienia czy osoby pacjenta. Świat nie działa na prostej dźwigni skutku i przyczyny. Czy próba samobójcza w trakcie terapii/analizy to wina terapeuty czy tego, co pacjent nosi w głowie? Czy może jednego i drugiego? Jeśli tak, to jak to rozdzielić? Da się w procentach? W jaki sposób oddzielić przeniesienie od nieprzeniesienia? Nie da się tego określić. Jeśli pisze się o niepowodzeniach to myślę, że trzeba je jakoś zdefiniować, bo tak naprawdę odbiorca czyta o pretensji, żalu, złości, rozgoryczeniu pacjentów, którzy wyszli z terapii.

Z drugiej strony wyczuwamy oczywistość, że terapeuci czasem zakłócają wewnętrzny proces klienta. W spowiedziach u Witkowskiego przykładów zakłóceń mamy mnóstwo: interwencje nie w porę, milczenie, które klient latami odbiera jako wrogość; kulejące relacje; brak granic i zaproszenie do relacji intymnych, niezrozumienie sytuacji, zadufanie i sztywność, wyjście z roli Tego-Który-Słucha etc. Zauważyłam jednak, że żaden z opisywanych przez pacjentów terapeutów nie odpowiada rysopisowi sadysty-manipulatora-ignoranta. Gdy terapeuci widzą swój błąd, próbują go jakoś naprawić, podtrzymać relację, może nieudolnie: zbudować rozmyte granice, wytłumaczyć powód swoich interwencji, zmienić formę (np z analizy kozetkowej na twarzą w twarz), zaprosić do refleksji etc. Są wreszcie i postacie, o których pacjenci wypowiadają się ciepło. Ba! miałam też wrażenie, że niektóre relacje ze „złych terapii” brzmią jak relacja z kłótni z kochankiem.

W cytowanych opowieściach pojawia się rys tragiczny. Gdyby każdy z uczestników wydarzeń mógł się wypowiedzieć (słyszymy tylko jedną stronę ze względów oczywistych), powiedziałby pewnie: działałem/am w najlepszej wierze, nie rozumiałem/am, nie miałem/am niczego złego na myśli, mogłem/am inaczej, ale wtedy nie wiedziałem/am, że trzeba inaczej. Ból świata nie bierze się – o paradoksie – z ludzkiego błędu, ale z jak najlepszej wiary i wypełniania swojego obowiązku, tak jak się go (nie) rozumie. W greckiej tragedii nie ma potworów, jest Los, który rozdaje role. Każdy robi, co umie i co wie, ograniczany przez swoje szaleństwo, swoje mury; rację ma każda ze stron a rezultatem chaos, bezradność i cierpienie.

Jeśli jednak przykłada się do tego tragicznego polifonicznego świata nieodpowiednią miarkę (czarne/białe, jest/nie jest, przyczyna/skutek, dobre/złe, prawidłowe/nieprawidłowe) to opis staje się pobożnym życzeniem, karykaturalnym modelem nie oddającym istoty problemu. Cytowani pacjenci cierpią, tak – ale czy w wyniku terapii? Jeśli jest to skutek psychoterapii- i chce się pozostawać w paradygmacie „naukowym” -należy tego jasno dowieść. W braku dowodu lub nieadekwatności- zmienić model.

W każdym razie w książce przeplata się się motyw: jeśli ktoś cierpi, to znaczy, że ktoś inny jest temu winien.

 

***

BECZKA CZY JABŁKO?

Tomasz Witkowski, trzymając się takiego modelu, zadaje pytanie: czy za niepowodzenie w terapii odpowiada błąd/ignorancja terapeutów czy wadliwy system? Czy terapia jako układ społeczny sama w sobie nie zawiera elementów prowadzących do niepowodzeń? Myślę, że nie jesteśmy w stanie tego określić. I nie ma to znaczenia. Ponieważ uczestnicy tej zabawy będą chcieli ją kontynuować bez względu na ryzyko. Psychoterapia jest i będzie popularna, bo ludzie nie boją się zgnilizny i pojęcia nie mają o beczce. A raczej kierują się myślą, że nie natrafią na zgniłe jabłka. Lub też liczyć będą na cydr. Beczka z jabłkami, nawet zgniłymi, odpowiada bowiem na wielką potrzebę konsumentów opowiedzenia/stworzenia własnej historii, na potrzebę uwagi, ważności i złożenia cierpienia na barki innego. Potrzebę odpowiedzi na podstawowe pytania „dlaczego?”, „po co tu jestem?”, „czego oni ode mnie chcą?”, „czego ja chcę?”-nawet jeśli pacjent deklaruje potrzebę szybkiego „rozwiązania problemu” i nie jest refleksyjny. Być może współczesna forma terapii nie jest ku temu odpowiednia, ale ludzie szukają i będą szukać odpowiedzi na pytania fundamentalne. I próbują- wbrew biologicznemu empiryzmowi, urawniłowce kapitalizmu, neoliberalnym iluzjom i indoktrynacji religijnej- dotrzeć do siebie, do swojej istoty, do swojej odrębności, do swojego dajmona – hillmanowskim językiem mówiąc. Spróbują siebie zdefiniować, jako coś cennego-choćby dla naukowców to było nieuchwytne lub nieistotne. Uważam, że gdy wyrzuci się beczkę i jabłka- pojawi się inna kulturowa forma, która odpowie na ludzką potrzebę wglądu i samo-wiedzy. Podobnie, z natury rzeczy, niedoskonała.

Zapożyczając obrazy z książki: ludzie wchodzą w niekontrolowany eksperyment na samych sobie prowadzony przez sadystycznych i cwanych terapeutów-ignorantów i co więcej, jeśli mamy trzymać się badań, co najmniej połowa z nich wychodzi z tego procesu zadowolona, choć rozpadają się im rodziny, jeżdżą tym samym starym samochodem i tkwią w tej samej pracy. Ludzie przychodzą na sesję, bo odnoszą z niej korzyści. Niekoniecznie jest to ten „cel wymierny” rzekomo ustalony w terapii, korzyść ekonomiczna czy uwolnienie od dyskomfortu. Nie „poprawa funkcjonowania społecznego”, „nawiązanie relacji”, „brak lęku przed pająkami”, co bywa produktem ubocznym. Nie chodzi o mierzalne czy społecznie aprobowalne. Jest głębszy motyw niż unikanie bólu – ból da się znieść, jeśli wie się, czemu jest. Są czynniki takie jak nadzieja i ciekawość, samopoznanie, które w modelu behawioralnym są pomijane. Głęboki impuls nieświadomego- bo mimo bólu, mimo po co mi to, mimo chyba zwariowałam, mimo nikt mnie nie rozumie idzie się na sesję. A proces wewnętrzny płynie, psyche pokonuje swoje progi, rozpuszcza konflikty przy krótkim „pyk!” „aha!”. Czasem nie wiadomo kiedy.

Ludzie wchodzą w ten eksperyment być może dlatego, że psychoterapia jest jedynym kulturowo zaakceptowanym obszarem, gdzie dozwolona jest samorefleksja bez ograniczeń, bez winy i wstydu. Podniesienie swojego życia wewnętrznego do pozycji interesującego obiektu. Nadanie swojej narracji godności.

***

OGÓLNIE O OPISACH PRZYPADKÓW

Niektóre z cytowanych historii rozpoznaję, bowiem kilka osób gościło na blogu psycho-kit lub kontaktowało się ze mną swojego czasu. Ze smutkiem przeczytałam, że nadal, po kilku latach- zamiast zająć się własną psyche walczą ze „złymi terapeutami”, nie są w stanie wyjść poza swoje poczucie krzywdy i przenieść tego doświadczenia na plan wewnętrznego rozwoju. Historie kamienieją lub obrastają kolejnymi detalami; tworzą pancerz, który zastąpić może rolę społeczną, stworzyć stabilne poczucie tożsamości, wzmocnić ego  rolą „obrońcy prawdy”. Rozumiem, że w ten sposób poszkodowani pacjenci (jak i reszta ludzkości) „rozgrywają” światem zewnętrznym i figurą „złego terapeuty” swoje deficyty, traumy i wewnętrzne konflikty. A z czasu pisania psycho-kit pamiętam… bezradność. Czy to, co czytam jest prawdą? Co to jest prawda? Uznałam wreszcie, że jeśli ktoś po zakończonej terapii nie wycofuje energii z relacji a żyje nią dalej (dobrą czy złą) to coś poszło nie tak. Co? Niech pacjent opowie swoimi słowami.

Rozmówcy Witkowskiego mówią więc w książce swoją prawdę i mają do tego pełne prawo. Doskonale wiem, że człowiek, który czuje się skrzywdzony próbuje przywrócić światu równowagę swoją opowieścią, nazwać swój proces, więc i nadać mu sens. To ważne: znaleźć słowa, opowiedzieć i żeby ktoś wysłuchał. To proces- nomen omen -terapeutyczny właśnie. W rozmowach z Autorem można się dopatrywać klienckiej zemsty czy wyrachowania, ale ja tego tam nie znajduję. A jeśli jest- to jest także częścią psychicznego procesu.

 

We wszystkich opowieściach pacjentów uderzały mnie cztery rzeczy. Po pierwsze, z takim samym uporem pacjenci pozostawali w terapii, z jakim teraz oskarżają terapeutów. Wydaje mi się, że to reakcja na to, że w  tych relacjach zobaczyli swój infantylny kawałek, jakąś swoją ogromną potrzebę, tęsknotę i słabość, co potraktowali jako upokorzenie. Im większe zaangażowanie, im większe „upokorzenie”,  tym większa teraz nienawiść. Wypierają się swojego szaleństwa (jak moglem być tak głupi, tak naiwna, tak szalona, sam się w to wkopałem). Mówią tym (zapewne wbrew sobie), że coś „obcego” przez nich wtedy przemówiło, coś im kazało na te nieudane sesje przychodzić. Irracjonalność jak brud – zwłaszcza na tle Czystego Prostego Świata – budzi wstyd czy poczucie winy.

 

Po drugie, ich proces jest ciągle w fazie „co oni mi zrobili”. Byli pacjenci nie mówią w zasadzie o sobie, najważniejszym punktem odniesienia w tych opowieściach jest „zły terapeuta” lub „zła terapia”. Niektórzy rozmówcy zapożyczyli obrazy z nurtu „naukowego”, behawioralno-poznawczego, psychiatrycznego,  którym bronią się jak tarczą przed własną niespójnością. Już nigdy terapii, nigdy psychoanalizy-by nie wyszła niespójność, głupota, szaleństwo. Ale wychodzi, bo są ludźmi.

Po trzecie, wszyscy pacjenci byli w terapiach w młodym wieku (lub zaczynali w młodości), w okresie tworzenia społecznej maski, persony. Bynajmniej nie jest to okres refleksji, dojrzałości. Czy to ma znaczenie?

Po czwarte, terapeuci w tych opowieściach nie są cichodajkami ani oszołomami. Reprezentują znane nurty, stowarzyszenia, są po szkoleniach.

W świecie Witkowskiego  jest „błąd” i musi być ktoś winny, choć w relacji terapeutycznej są takie same barwy jak w każdej innej. Wisząca wina spada na pacjenta-ofiarę, no i w odwodzie jest też „zły terapeuta”, manipulator. Empiryczna nauka w osobie Autora obwinia: nie zadbałeś o sprawdzenie, o dobry wybór terapeuty, dałeś się zmanipulować psychobiznesowi, poddałeś się ignorantom, nie włączyłeś na czas krytycznego myślenia. Naukowa psychologia wydaje się mówić rzekomym poszkodowanym „tak czy inaczej zrobiłeś z siebie dupka”. Nawrócenie się na „prawdziwą naukową psychologię”, na psychiatrię, na poprawność metodologiczną, na rozum, mają dać rozgrzeszenie z grzechu dupkowatości. Pacjenci więc mocno obiecują poprawę i wystraszeni tym, co z nich wypływa, porzucają swoje słowa, swoje obrazy na rzecz „naukowości”, jakby ta miała im dać pewność  nie-bycia-skrzywdzonym-już-więcej. Ale tak się nie da.

Nieludzkim wydaje mi się pozbawianie kogoś prawa do skargi – w sensie otwartego mówienia o bólu. Problem w tym, że model poznawczo-behawioralny nałożył na skargę – subiektywną wewnętrzną prawdę, część procesu – kaganiec naukowości, obiektywizmu, realizmu i wykrzywił ją w stronę sądu, opinii biegłych, konfrontacji, przesłuchań, ustalania obiektywnej prawdy i faktów. Jaka jest prawda w diadzie? To tylko dwie błędne-prawdziwe ludzkie opowieści.

Czy ta publikacja pomoże takim osobom wyjść z poczucia krzywdy- w moim mniemaniu nie. Szukanie zadośćuczynienia, sprawiedliwości, prawdy brzmi dobrze, ale jest- z punktu widzenia jednostki- szalenie wyczerpujące i bezproduktywne. Nie da się żyć poczuciem krzywdy i tym zastąpić jakości życia. Sensowna pomoc takim osobom to nie sądy, pisma i walki, ale próba przekierowania tego doświadczenia na rozwój i ujrzenia go jako element dłuższego procesu i budowy wewnątrzsterowności. Każdy kontakt społeczny uczy i może być wykorzystany do refleksji własnej, „nieudana terapia” -o paradoksie- także. Byłoby dobrze, gdyby ktoś mógł przekierować tę energię z bicia „złego terapeuty” na refleksję np. „co to mówi o mojej psyche”, „co to mojego ujawnia”, „jaki to jest proces”, „co się we mnie dzieje”. Przekierować z walki ze złym światem na uważność na siebie. Temu nie sprzyja ta publikacja, która poczucie krzywdy i winy wykorzystuje (podsyca?).

Można walczyć o wymuszone słowo przepraszam, o wyrównanie świata, o prawo do oddania ciosu krzywdzicielowi, ale ten punkt zapalny, to co zabolało w  tej wstydliwej „nieudanej terapii”, pozostanie. Przepraszam nie sprawi, że ten punkt bólu zostanie przepracowany.

 

***

HISTORIE

Czytając opisy przypadków – jako małpa tworząca piętrowe teorie umysłu i opowiadająca historie – nie mogłam powstrzymać się od wątpliwości i pytań. Oczywiście to tylko moje subiektywne skojarzenia, myśli na marginesie. Zresztą jestem przez Autora wielokrotnie zachęcana do samodzielnego wyciągania wniosków z materiału. Więc kilka wyciągnę.

W przypadku pierwszym, młodego człowieka, który załamał się w psychoanalizie szkoleniowej i przeszedł próbę samobójczą, uderzyło mnie, że interpretacje dla niego „brzmiały jak  oskarżenie”.  Interpretacje nie są przecież oskarżeniem i kto „leżał” ten wie, ale taki sposób czytania ich jest znaczący i powinien być poddany przez analizanta refleksji, zwłaszcza jeśli analizantem jest praktykujący młody terapeuta. Wspomina, że analityk wmawiał mu nieistniejącą zazdrość o innych analizantów, ale dalej mówi tak: „gdy analityk odwiedził mnie w szpitalu byłem zachwycony, bo uczono mnie, że spotkania poza gabinetem psychoanalitycznym to łamanie zasad psychoanalizy. Zobaczyłem w nim człowieka”. Mam więc wątpliwości czy interpretacje analityka były aż tak nietrafne. Pacjent jest przy tym, jak deklaruje, punktualnym i dobrze wychowanym człowiekiem. „Dobre wychowanie” i odbieranie wypowiedzi jako „oskarżenia” to się łączy? Tak. To smutna historia młodego człowieka, który zostawszy zakładnikiem swojej ambicji (finansowej, zawodowej, zależnej od analizy i analityka) podjął próbę unicestwienia siebie- z nie poddanej głębszej refleksji „poprawności”, z poczucia winy.

Historia pacjentki walczącej z Milczącą Matką mówi -nomen omen – sama za siebie. Dorosłe dziecko zimnych rodziców próbuje cały czas za pomocą własnych interwencji, książki, prawników zmusić terapeutyczną „złą matkę” do kontaktu i ukarać ją za milczenie. Jej opowieść jest o tym, jak „matka” reaguje, co myśli, jak ją rozbawić, a teraz- jak ją poruszyć, dotknąć i skopać. „Zła matka” ciągle istnieje w fantazji i niesie za sobą energię przekuwaną na prawniczy konflikt . Ale pojawiła mi się w głowie inna myśl: że być może dzięki kontaktowi z kimś obsadzonym w jej fantazji w roli „złej matki” będzie kiedyś  w stanie nawiązać -oby korzystnie dla siebie i nie rozładowując napięcia przez picie alkoholu- relację z „dobrą matką”, inną terapeutką. Lub pogodzić obie twarze matki w jedną, niedoskonałą, by wreszcie z domu odejść.

 

W przypadku pani Sylwii, dyżurnej pokazowej ofiary Gazety Wyborczej, schematem jest zaduszanie idealizowanego terapeuty, który usiłuje przywrócić granice przy pomocy policji, po czym pacjentka karze go za bliskość opowieściami o relacji (wstrząsająco nieudanej oczywiście) w gazetach. Pojawiła mi się wątpliwość, czy w ogóle mamy do czynienia z pacjentką. Bo skoro nie nazwiemy kogoś, kto nie respektuje kodeksu etycznego czy podstaw naukowych terapeutą to-analogicznie-czy możemy nazwać pacjentem kogoś , kto notorycznie łamie kontrakt i niszczy setting ? Nigdy nie czytałam o agresji pacjentów wobec terapeutów a to się przecież zdarza – myślę, że taki wątek dopełniłby obrazu „niebezpiecznej terapii”.

W przypadku pani uwodzonej przez terapeutę pojawiło mi się pytanie: czy zakochana w (niedostępnym przecież) terapeucie chciałaby z nim (wtedy, w tamtej relacji) mieć dziecko i otworzyć się na ciążę? Jeśli pojawiła w niej się taka fantazja, to terapia -mimo błędów i zadufania terapeuty – była sukcesem. Pacjentka- bulimiczka, wypierająca swoją kobiecość (dojrzałość, obfitość ciała, macierzyństwo, receptywność) i notorycznie kończąca terapie, gdy tylko taki temat się pojawiał, być może wtedy w fantazjach otwierała się na możliwość kontaktu z taką zaniedbaną stroną swojego istnienia? Coś przecież mówiło przez nią, gdy zaczęła kupować sobie szpilki na wysokim obcasie lub gdy zamiast siedzieć w fotelu kładła się na podłodze z zadartą spódnicą i obserwowała wzwód terapeuty. Czy będzie w stanie poddać siebie refleksji innej niż „terapeuta mnie krzywdził a ja mam w sobie autodestrukcyjny kawałek”? Bo czym innym jest proces zainicjowany przez nieświadomość pacjentki (np. jej pożądanie kogoś niedostępnego) a czym innym uwodzenie przez terapeutę.

Mamy też historię rozgoryczonego młodego człowieka, który przez kilka lat w terapiach szukał Boga Ojca, kogoś kto by mu powiedział, co ma myśleć i robić. I znalazł! – pozostając tak samo zewnątrzsterowny i zalękniony- w osobie Kobiety Życia, która obsadziła w jego fantazjach zwolnioną właśnie pozycję Tego-Kto-Wie.

Pewnym nieporozumieniem wydaje mi się zamieszczenie historii pani, bankruta i oszustki, ofiary molestowania przez ojca,  której funkcjonowanie było lepsze w czasie terapii niż poza nią. Oskarża ona terapię o zniszczenie swoich rzekomo silnych mechanizmów obronnych, choć jej opowieść jest jednym wielkim zaprzeczeniem cierpienia. Fałszywa tożsamość narcyza, z jakiej pani jest tak dumna, nie jest podtrzymującym meta-obserwatorem, który pozwala poddać refleksji proces terapii -tak jak  jej urojenia wielkościowe ani zaburzenie narcystyczne nie są żadną „wysoką samooceną”. Gdy skończyła się „kozetka”, napięcie psyche znalazło ujście w aktach destrukcji- nie z powodu terapii, ale z powodu nadal nieprzepracowanych traum. Pacjentka kopie figurę terapeuty, choć kopniaki należą się jej ojcu. Karze terapeutę za jego współczucie – bo właśnie współczucie mogłoby skruszyć stwardniałe łzy – a to zniszczyłoby jej niestabilny świat bez wewnętrznego domu.

Reasumując: przeczytałam historie ludzi, którzy zasklepili się i kręcą się nadal w swoim szaleństwie. Charakter twoim przeznaczeniem.

Nie mogę oprzeć się myśli, że układ terapeuta-pacjent to niepowtarzalna i specyficzna mieszanka wybuchowa (wybuchnie? nie wybuchnie?). Że terapeuci, którzy być może w opisywanych procesach popełnili błędy nawiązują inne (lepsze?) relacje ze swoimi pozostałymi pacjentami, bo to co się dzieje w relacji jest wypadkową dwóch osobowości.

***

Po lekturze pomyślałam, że mogłam być po tamtej stronie, wśród ludzi, którzy klną na terapie/terapeutów  zupełnie dla siebie bezproduktywnie, osłaniając płaszczem „ostrzeżenia” i „zbawiania świata” swoje cierpienie, którego nie potrafili zostawić w gabinetach i wypierając -oczywistą, ludzką- niespójność i niedoskonałość. Książka Tomasza Witkowskiego uzmysłowiła mi błędy, także dawne założenia psycho-kit, pod którymi już bym się nie podpisała. Świat nie jest czarno-biały a umysł to nie wyrostek robaczkowy ani mózg. Nie da się wyciąć ani podejrzeć jak EEG. Cytowane historie są w moim odczuciu doskonałą ilustracją tezy, że terapia NIE oznacza „odkręcenia problemu”ani  „monitoringu celów” a jest raczej nieuporządkowanym procesem dotykania tego, co przez pacjenta i wbrew woli pacjenta mówi, wypływa.

Dusza pod mikroskopem naukowca przestaje oddychać.

A o monitoringach i innych „prawdach” terapeutycznych oraz CBT w następnej odsłonie.

 

Tomasz Witkowski "Terapia bez makijażu. Rozmowy o terapeutycznych niepowodzeniach" Wydawnictwo Bez Maski Wrocław 2018

5 myśli w temacie “Psychoterapia w masce (2)”

  1. Można wiedzieć jaki był cel nadania pani Sylwii przydomka „dyżurnej pokazowej ofiary Gazety Wyborczej” i jaka była tego podstawa?

  2. Ale ja dokładnie jestem taką pacjentką jak ci przytoczeni w książce. Zadaję sobie pytanie jak mogłam być taka głupia? Terapeutka zniszczyła mi życie. Podejmowała za mnie decyzje np. o wydaniu pieniędzy na jej fundację, ale to przecież była moja decyzja, ona tylko podsunęła mi tytuł przelewu, żeby potem nie było nieporozumień. Trudno tutaj mówić o tym, że coś się stało w oderwaniu ode mnie, bo stało się za moją przyczyną, ale pod wpływem kogoś. Nadal ponoszę za to odpowiedzialność, ale jest ona jednak trochę podzielona. O tym pisze Witkowski i jego pacjenci, na to chcą zwrócić uwagę. Pani Sylwia może nie była aniołkiem, ale terapeuta też dorzucił swoje trzy grosze np. wchodząc w stosunek seksualny z nią, flirtując z nią. Tacy pacjenci są niezwykle trudni, a Pani Sylwia jest ekstremalnym przypadkiem. Obawiam się, że jeżeli ludzie nadal tak będą zapatrzeni w psychoterapię i każdego kto choćby w nieudolny sposób spróbuje pokazać jej mankamenty, nikt nad tym nie przysiądzie i się nie zastanowi to nigdy nie będzie żadnego postępu w tej sferze.

    1. „Obawiam się, że jeżeli ludzie nadal tak będą zapatrzeni w psychoterapię i każdego kto choćby w nieudolny sposób spróbuje pokazać jej mankamenty, nikt nad tym nie przysiądzie i się nie zastanowi to nigdy nie będzie żadnego postępu w tej sferze.”

      mam wrażenie że coś przez panią pisze naprawdę „jeśli nadal będę zapatrzona w psychoterapię, psychoterapeutę (wklejając np takie posty, umiejscawiając kontrolę w terapeutce i żyjąc tym tematem), i sama się nie zastanowię nad sobą, nad swoimi „mankamentami”, nie zrobię żadnego postępu w sferze swojego rozwoju.” W tym -własnym rozwoju i refleksji – pani życzę powodzenia. Do reszty się nie odniosę.

  3. Jak można szczuć na pacjentów, którzy nie otrzymali takiej opieki, jaką powinni?
    Ten artykuł to gaslighting i przeintelektualizowany słowotok.

    1. Pana/ Pani odbiór tekstu jest nieadekwatny, wskazuje na istnienie przemocy tam gdzie jej nie ma. Życie to Pana/Pani wybór, ale może warto odsunąć brednie Witkowskiego i poszukać dla siebie pomocy, choćby po to by zrozumieć proces terapeutyczny i by Pana/Pani odbiór świata stał się bardziej realny i mniej zagrażający. Być może będzie łatwiej żyć a przeintelektualizowane teksty przestaną denerwować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *