Trzecia władza

Gdy padają słowa „demokracja” i związany z nią „trójpodział władzy” magia zaczyna się dokonywać w umysłach niektórych. Budzi się figura ochrony, Boskiego Rozjemcy, figura Sprawiedliwego Taty nadzorującego rozbawione w piaskownicy dzieci, wszystkie dzieci – nawet te słabe na umyśle. Taki fajny obrazek rodzinny.

Nie ma jednak żadnego niepokalanego rozjemczego Ojca- oprócz naszych głów i pobożnych życzeń. W rzeczywistości, ta symboliczna, rozjemcza, w założeniu neutralna strona też od konkretnych ludzi zależy i podlega ludzkiemu szaleństwu. Funkcjonuje w czyimś gabinecie, w jakimś kontekście i jest podatna na polityczny układ. Co więcej, Ojciec-Rozjemca musi posługiwać się siłą, by „demokratyczne boże igrzysko” nie wypadło z ringu i nie rozlało się na widownię. Rozjemca musi mieć parę w łapach. Państwo, układ społeczny opiera się – tak czy inaczej- na sile, przemocy. Łagodnej, tatusinej ukrytej pod uspokajającymi obrazami „demokracji”, „umowy społecznej” lub brutalnej, wprost, jedynie z listkiem figowym, np. rzekomego „sprawiedliwego sądu dla naszych”.

Oczywiste jest, że zasada państwa opiera się na przemocy, czego nie chcemy przyjąć do wiadomości i powiedzieć głośno. Nagonka z różnych stron idzie na grupy zawodowe, które tę władzę systemową reprezentują: sędziów, nauczycieli, lekarzy, urzędników. Prości ludzie nagonkę „popierają” i ujadają. Nagonka zachwyca tych, którzy nie przyjmują do wiadomości, że państwo to forma przemocy. No, a jeśli już ma być ta władza, to niech chociaż  będzie swojska, własna, „nasza”,”w naszych rękach”- i na niekorzyść „ich”.

O naiwności.

I być może jest tak, że zwolennicy ekstremalnej, miłościwie nam panującej prawicy różnią się pod względem stosunku do przemocy/siły od zwolenników innych politycznych narracji. Rozczarowani dwadzieścia pięć lat trwającą iluzorycznością słów, będą popierać niezmiennie obecny rząd, który używa wprost mechanizmów przemocy i głosi-wbrew faktom zresztą- że ta przemoc to dla „nas”, rozczarowanych, dobra. Chcą, by siła była „nasza” a „ich”słabość. Po drugiej stronie są ci, którzy udają, że przemocy państwa nie ma; wolą miłe dla ucha pojęcia nakrywające wstydliwie brutalność władzy a siły ani słabości nie nazwą wprost by nikt nie stracił twarzy. Obie te postawy wydają napędzać się wzajemnie: im więcej pustosłowia i chachmęcenia realu, tym większa potrzeba wyciągnięcia spod słów gołej, oczywistej rzeczywistości.

Jednak oba te mechanizmy sprowadzają się do jednego: próby oswojenia przemocy przez jednostkę. Przez  zawładnięcie,”naszość” lub przez zaprzeczenie. Trzeba zracjonalizować swoje szaleństwo poddawania się państwowej przemocy i zachować przy tym twarz. Nie jest to łatwe. Przemoc budzi głęboki niepokój i jakoś trzeba ją ułożyć w swojej narracji. Ludzie zalęknieni, ci, którzy ulegali przemocy od dzieciństwa, byli chowani pod kloszem czy nigdy przemocy nie nazwali wprost, mogą mieć z tym problem.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *