Co mówią o nas króliczki?

Reklama z króliczkami poruszyła opinię publiczną. Wbrew intencjom reklamodawcy, który przesłanie traktuje dosłownie i serio, odbiorcy płodni i niepłodni podnieśli krzyk. Jak to- czy my, ludzie, zwierzakami jesteśmy?

Myślę, że ta reklama oburza, bo – w podtekście, w założeniu – przemyca prawdę. Narusza tabu i mity kulturowo obowiązującego kultu płodności.

 Świadome rodzicielstwo
Podświadomość  Ministerstwa króliczą metaforą prawdę  mówi: przecież tu i teraz, w tej nogawce czasu, ludzie zamieszkujący Ziemię mnożą się jak (australijskie) króliki. Zagrażają tym integralności światowych ekosystemów, co Ministerstwo taktownie przemilcza. Ale czy ludzie i króliki wiedzą co czynią? Wbrew temu co twierdzą oburzeni, ludzkie rodzicielstwo wcale nie jest „świadome” ani racjonalne. Nie może przecież być. Opiera się na pożądaniu wypływającym z nieświadomości, (zawsze błędnej przecież w płynnym świecie) projekcji przyszłości i nadziei. Po to by planować dzieci na przeludnionej, wojennej planecie i w kraju gdzie wkrótce tlen będzie dobrem luksusowym trzeba bardzo ograniczyć racjonalne myślenie i oddać się szaleństwu nieracjonalnej nadziei. Żadna kobieta nie analizuje na jakim świecie będą żyły jej potencjalne dzieci, nie robią tego także króliki. Za sarnią matkę czy kangurzycę myśli natura, wstrzymując w niekorzystnych warunkach rozwój zarodka- ludzka samica jest płodna bez względu na to czy toczy się wojna, czy „gdzieś kogoś ktoś zarzyna”, czy ma opiekę i utrzymanie. Nieusunięcie ciąży jest wyrazem jej głębokiej, nieświadomej wiary w wystarczająco dobrą najbliższą przyszłość. „Świadome podejście do prokreacji”, o którym krzyczą oburzeni, gdyby było rzeczywistością, ograniczyłoby dzietność do zera.
Rodzicielstwo ma za fundament nieświadomość, irracjonalność, nadzieję, losowość. Lub rodzicielstwa wcale nie ma.
Rodzicielstwo to nie miłość – to odruch ego
U zwierząt instynkt każe rozpowszechniać własne geny, inni uczestnicy gry to rozpowszechnianie ograniczają. U człowieka instynkt posiadania dzieci jest naturalnym, bardzo silnym odruchem ego. Bazą miłości do dziecka jest miłość własna. Zgodnie z tą oczywistością, spot nic nie mówi o  przygarnięciu niechcianego synka zgwałconej szwaczki z Bangladeszu. Nie, dziecko (czy te 63 ) mają być krew z krwi, kość z kości, z naszymi zwyczajami, z naszymi odruchami, z oczami matki i nosem ojca, z charakterem po dziadziu i imieniu po ulubionej babci. No i z jasną skórą. Jak będzie inne, nie zostanie przyjęte. Tak to dzieje się też i u króliczków: z dużym prawdopodobieństwem matka odrzuci dziwoląga. Dzieci są przyjmowane, „kochane”, bo są „moje”, „nasze” a nie dlatego, że tylko są.  Ten pęd ego do przetrwania, do stworzenia klona jest silny, bezwiedny. Przebija poprzez głosy niepłodnych osób oburzonych reklamą. Reklama mówi do nich wprost- króliczki mogą stworzyć drugiego króliczka a ty ludzika – na swój obraz i podobieństwo -nie możesz. Niepłodnych boli ten „obraz i podobieństwo” a nie brak dzieci sam w sobie, bo dzieci do wzięcia na całej Ziemi dość. W ludzkich rodzinach miłość jest warunkowa- warunkiem uznania dziecka jest uznanie jego podobieństwa przez ego rodzica.

 

Podobnie dzieje się na planie społecznym- „my” (naród) mamy się rozmnażać, czyli mają się rozmnażać i trwać nasze opowieści, nasz język, nasze zwyczaje, nasze memy, nasze „słowiańskie geny”, bo są – w naszym odczuciu- tożsamością, którą ktoś inny zniszczyć może.

Przecież to samo robi królik rozmnażając się ksobnie, chowając się do nory i ostrzegając kolonię przed lisem.

Na rodzicielstwo wpływa narracja społeczna i polityczna.
Oczywiście, takie kampanie oddziaływania większego nie mają. Większość dzieci rodzi się z wpadek, niektóre mają FAS, inne są z przemocy. „Planowanymi” rodzicami zostają ci, którzy -obserwując kulturowe modele zachowań (rodzice, rówieśnicy, celebryci, przekaz religijny, ekspercki)- wybierają takie role i taki styl życia. Pomysł, że można wybrać inne narracje poza macierzyństwem czy ojcostwem do większości polskich głów nie trafi. I ten wybór jest sensowny, zwłaszcza dla kobiet, ponieważ oprócz Matek Polek (kobiecość=macierzyństwo) innego powszechnego modelu życia kobiety w zasadzie nie ma.  Społeczna rola rodzica jest bezpieczną przystanią, w której nie trzeba się samo-tworzyć, samo-wybierać czy pytać „kim jestem? „po co tu jestem?”.  Tradycyjne ramy dają komfort bezrefleksyjności, („zawsze tak było, zawsze będzie, co tu wymyślać”). Ludzie stając się rodzicami budują sobie pozycję społeczną („dorosłość”, „dojrzałość”), dodają sobie poczucia ważności;  zaspokajają dziecięcą potrzebę miłości. Dzieci przesłaniają im własne potrzeby poznawcze i kreatywności a „logistyka domowa”, „domowe krzątactwo” to pomysł na walkę z życiową nudą. Państwo współdziała z tymi indywidualnymi aspiracjami do ważności i promuje rodzicielstwo. Rodzice bowiem wykonują za państwo kawał roboty wychowując: wysyłając do państwowych szkół, wmuszając państwową religię, kształtując niewolników i żołnierzy jakich potrzebuje władza.
Wszystkie dzieci nasze są
Reklama oburza, bo pokazuje punkt widzenia instytucji. W instytucji  dziecko jest punktem statystycznym, miejscem , kosztem, zasobem, przepływem finansowym („liczne potomstwo” od liczenia).  Z punktu widzenia rodziców i w ich narracji ich maluch jest indywidualnością, Jasiem ukochanym, ludzką jednostką. Nie jest tak z punktu widzenia dalszego, niezaangażowanego otoczenia, z punktu widzenia zbiorowości, statystyki i państwa.  Cudze dzieci są innym obojętne.  Rodziców to oburza, ale te różne spojrzenia współistnieją, są równorzędne, bo nie ma jednej obiektywnej narracji. Relację można nawiązać tylko z jednostką. A państwo widzi zawsze ilość a nie relacje jednostkowe.
Rodzicielstwo jako sedno życia
Bez oporów przyjmuje się narrację rodzicielstwa jako sposobu na samo-realizację, jako sedna życia, choć przecież harówka na spłatę kredytu, łażenie w obrzyganym dresie, zero seksu i spanie po dwie godziny dziennie żadnym sednem nie jest, wprost przeciwnie. Rodzicielstwo pozostaje na liście wyboru „doświadczeń”, które warto w życiu mieć, pewnie stąd część rodziców decyduje się na jednego potomka „w ostatniej chwili”, by im to „doświadczenie” nie wyszło z karty dań.  Jednak warto zauważyć (szeptem to zrobię, bo to tabu), że w każdym społeczeństwie istnieje kasta szczęśliwych i uprzywilejowanych osób bezdzietnych. Nie obarczonych walką o przetrwanie, kłopotami z ząbkowaniem, wypróżnianiem czy dojrzewaniem pociech, nudnymi obowiązkami rodzinnymi (np. podtrzymywaniem niechcianych a koniecznych więzi), więc i skoncentrowanych na niezależnym rozwoju własnym, rozwoju duchowym, twórczości, pasjach, sporcie, nauce czy sztuce. Ta druga odnoga życiowych wyborów pojawiła się w Polsce wyraźnie po 1989 roku, gdy pojawiły się inne, bardziej atrakcyjne niż „siedzenie w pieluchach” sposoby spędzenia ograniczonego czasu na ziemi, tej ziemi.
Liczy się jakość życia i wychowanie
Spieszę zapewnić, że i zwierzęca i ptasia mama i tata zajmują się  wychowaniem dzieci swoich (i czasem cudzych) z prawdziwym oddaniem. Przekazanie genów łączy się bądź z łutem szczęścia i wielodzietnością (z nadzieją, że część potomstwa przetrwa) bądź ze starannym wychowaniem małej grupki i eliminacją słabszych nosicieli genów. Argument „wagi wychowania” wydaje mi się nietrafiony, bo polskie domy- wystarczy się rozejrzeć- nie są bynajmniej ideałem wychowawczym. Dzieci wychowuje internet, media, rówieśnicy, szkoła, w najlepszym wypadku psycholog a nie zagonieni, nieobecni, patchworkowi rodzice. „Polska rodziną silna” to czystej wody propaganda.
Człowiek różny od zwierzaka

Reklama porusza nasz milczący i nieprzemyślany antropocentryzm. „Mnożyć się” to mogą króliki, samice homo sapiens chodzą „w stanie błogosławionym”, „noszą życie pod sercem”, „dają życie”, „kochają dzieci”, bo to słowa tworzą nam rzeczywistość. Metafory muszą przesłonić niepokojący fakt, że seks, prokreacja i wychowanie potomstwa ocierają się o nieracjonalną, losową zwierzęcość. Królice i kobiety tak samo rodzą i tak samo cierpią z powodu pogryzionych sutków – pod metaforami jakoś to szczęśliwie umyka.

Królików o to, czy życzą sobie opowiadać głupoty w ludzkich reklamowych spotach, nie zapytano, choć taki występ jest dla nich obraźliwy. Te morderstwa dla mięsa i skór, to golenie angor, to łapanie za uszy- no, wiecie państwo, to miedzy królikami a ludźmi kość niezgody… Społeczność królicza miałaby z pewnością więcej powodów do oburzenia na tę reklamę niż ludzka.

***

Reklama wkurza, bo przedstawia jako jednoznacznie pozytywne coś, co jest głęboko zakłamane, ambiwalentne, nieświadome. Reklama wkurza, bo słodkie króliczki stoją w opozycji do rzeczywistości, w której notuje się pogardę dla wózkowych matek i kobiet w ciąży, wypychanie matek z rynku pracy, zamykanie przestrzeni publicznej przed rodzinami z dziećmi, złość na niewydolność wychowawczą rodzin nuklearnych („dzieciaki są rozpuszczone”), obciach rodzin wielodzietnych i oburzenie na,cytuję: „dziecioroby 500+” etc. To są dopiero znaczące symptomy, o wiele ważniejsze niż reklamy.  Może szczurom już świta, że jest ich za dużo w stodole.

Pochlebiamy sobie, że jako homo sapiens jesteśmy różni od królików, ale to oczywista nieprawda. Krótkowzrocznie -jako gatunek-„rozmnażaliśmy się i czyniliśmy sobie ziemię poddaną” wystarczająco długo, by weszło to w geny i w kulturowy nałóg, ale ta dobra passa już się kończy. Reklama uczciwie stawia sprawę słowami: „jeśli chcesz kiedyś zostać rodzicem”, pozostawiając odbiorcy pole do manewru (mimo totalitarnego tła). Więc drogi, oburzony odbiorco: nie stresuj się spotami, odżywiaj się zdrowo i ruszaj, a zwłaszcza głową: naprawdę, nie musisz być królikiem. Nie musisz chcieć. Poza chciejstwem ego, poza pozornie oczywistą narracją walki przez rozpłód, są inne pomysły na życie. I właśnie te, ograniczające dzietność,  muszą się pojawić jako światowy mainstream, jeśli -o paradoksie- chcemy w ogóle przetrwać jako gatunek.

Tutaj pozostaję jednak pesymistką, nie doczekamy żadnego powszechnego wysokiego podatku od fanaberii posiadania własnych dzieci. Wolimy wyścig zbrojeń zamiast korzystnego powszechnego rozbrojenia. Myślenie ludzkie zbyt zbieżne z króliczym, więc i populacja ludzka tym samym sposobem co królicza zostanie ograniczona. Bo mimo ludzkiej manie de grandeur, dzielimy ten sam świat z królikami.

 

PS. Króliczki są passe. Teraz jest koń. Aż boję się pomyśleć, co powie nam wkrótce rozpłodowy buhaj. Pan inseminator znaczy, bo teraz to tak się odbywa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *