Nie ratujcie Carreya

Świat zaniepokoił się stanem zdrowia psychicznego Jima Carreya. Z wielką troską portale piszą, że Jim Carrey zwariował. O wariactwie ma świadczyć to, że Carrey oświadczył, że nie istnieje. Co więcej, nie istnieje w jego mniemaniu też miła pani dziennikarka, która robi z nim wywiad. I że świat  sam w sobie nie ma znaczenia. Carrey ośmielił się powiedzieć między innymi tak:

“We’re a bunch of ideas cobbled together to look like a form. There’s a body and there’s a mind, but the body is part of the field of consciousness, just dancing for itself and it’s no different than a plant or a chair or your phone—it’s all one thing. Because we are sentient, there’s a consciousness, and we have to deal with this thing we create, like a fortress of ideas around it. So we say, ‘This is my name and this is my heritage and this is my nationality and here’s my hockey team and these are all of the things that I am.’ That’s the mistake.”
Ja się nie niepokoję. Carrey mówi bowiem to, co mówili mistycy i przebudzeni na przestrzeni dziejów, językami i obrazami przeróżnymi. Oczywiście tylko ci, co szczęśliwie wyszli z Doliny Ciemności (zwanej dziś chorobą, depresją), bo są i tacy co polegli. Mówili o iluzji ego i symbolicznej śmierci Ja, o grze pozorów, o iluzji Oddzielenia, o Jedni. Przekaz Carreya nie został rozpoznany, bo narracja Przebudzenia obija się gdzieś na marginesie kultury.

Zderzenie mistyka czy przebudzonego z resztą śpiącej ludzkości to przepis na cudną katastrofę lub fajny dramat. Wielkie światowe organizacje cytują do dziś słowa żydowskiego rabbiego Joshuy, kompletnie ich nie rozumiejąc. Siddhartha Gautama zdziwiłby się bardzo odkrywając, że ludzie uznają go za boga i twardo trzymają się ścieżek by oświecenia nie osiągnąć. Mistycy pokazują z zachwytem Księżyc, ludzie widzą -bez zachwytu, choć i jemu się należy- brudny paluch. A potem kłócą się przez wieki czy był brudny na opuszkach czy na kłykciu.

Czy nie uznalibyśmy za szaleńca kogoś, kto próbuje w teatrze cucić Ofelię? Ratować Antygonę? Zaszywać w kaftan bezpieczeństwa Hamleta? Czemu więc nie uznajemy za szaleńca kogoś, kto uważa, że jest swoim ciałem, rolą, stanowiskiem, nazwiskiem? Czy nie należy uważać za szaleńca kogoś, kto przywiązuje się do kawałka kolorowego materiału zwanego „flagą”, tudzież melodii zwanej „hymnem” tylko dlatego że robią to inni ludzie zamieszkujący obszar wydzielony zasiekami? Czy nie szaleńcem ten, kto buduje tożsamość na kolorze skóry i odmienności od jakiegoś nie znanego osobiście Innego?

A przecież ludzie to robią nazywając rozsądkiem.

Przecież wszyscy dławimy się w bańkach swojego umysłu i w swoim teatrze cieni, nie wychodząc na zewnątrz. I nazywamy to życiem, choć go nijak nie dotykamy.

Czy to Jim Carrey zwariował czy ci co się o niego troszczą?

Tak czuję, że Carrey- przekonanych o swojej ważności i  o istnieniu obiektywnego świata  hard-boiled– będzie jeszcze cholernie niepokoił.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *