Mapa

„Tożsamość narodowa”, „państwo” to tylko etykietki. „Polska”, Polak” to gra umysłu. W Realu nie istnieje nic takiego. Ale umysły zmieniają real stawiając granice (nad którymi ptak swobodnie przeleci, pyłki GMO i chory dzik przetruchta). Potem, jak już zostaną ustalone granice „państw”, umysły rysują mapy polityczne. Umysł -uczciwie do rzeczy podchodząc-rysuje też siebie samego i tak powstała mapa kulturowa Ingleharta-Welzela.

Koń jaki jest każdy widzi, więc kobyłka u płota wygląda tak:

Na osi poziomej umieszczono skalę od wartości nakierowanych na przetrwanie do indywidualizmu (wartości nakierowane na indywidualną ekspresję). Na osi pionowej zaznaczono skalę od przywiązania do wartości tradycyjnych do uznania wartości racjonalnych i świeckich. To, że Polska to biedny/wspaniały kraj między Niemcami a Rosją między bajki włożyć można. Przecież każdy widzi, że Polska graniczy na tej kulturowej mapie z Indiami, Malezją, Tajlandią, Etiopią, Chile i Turcją.

(Obrażone już tym wstępem osoby proszę o opuszczenie bloga, bo dalej będzie tylko gorzej. Mapa kulturowa jest prawdziwą Mapą Huncwotów: „I solemnly swear that I am up to no good”).

Nie żeby w „tradycyjnych wartościach” było coś złego, bo to też są przejawy działalności ludzkich umysłów. W ogóle nie ma po co nakładać na mapę etykietek dobra czy zła. Jednak nie da się ukryć, że kraje pozostające w skrajnym, dalekim obszarze – wartości świeckich/racjonalnych oraz poszanowania jednostki – są obiektem marzeń, zamożnym magnesem. Nie odwrotnie. W tej nogawce czasu nie ma takiego zjawiska masowa emigracja do Ghany, Zimbabwe czy Maroka. Nikt się nie cieszy na wyjazd do Erytrei. Może w światach równoległych, nie wiem.

Wracając do naszych sąsiadów. Tyle nas łączy! Podporządkowanie aspiracji jednostki „wartościom tradycyjnym” (rodzina, ród, religia) i niski poziom zaufania społecznego. Postkolonializm ze służalczością i nienawiścią ku temu, któremu się służy – bo służy nadal. Bezradność i cwaniactwo kosztem innych. Nieprzepracowane zbiorowe traumy (np podział Indii i Pakistanu). Korupcja. Patriarchat z przyzwoleniem na gwałt i przemoc wobec słabszych. Postępujące rozwarstwienie społeczne, upodobanie do reżimów i układów (Polak Turek dwa bratanki). Brak poszanowania dla środowiska naturalnego (a co? plastikiem tera nie wolno palić? łojcowie palili to i my byndziemy).

I zamazana tożsamość, bo to miejsce oscylujące wokół przełomów wartości, nie zakorzeniające się mocno w żadnej części macierzy.

Oczywiście, prawda to bolesna, więc na to nakładane są bajki. Tu też. A to o „przedsiębiorczości Polaków”, „spisku przeciwko Słowianom”, „polskiej tradycyjnej tolerancji”, „sarmackiej wolności” „polskiej pracowitości” (indusi i ciapaci pracowici nie są, tylko na socjalu żyją a Polak ho, ho!). Zawsze o sobie trzeba myśleć dobrze, inaczej umysł źle się czuje.

„Hindustan hamara” (Piękne Indie) śpiewają więc Hindusi stojąc nad śmierdzącą Jamuną, rzeką-ściekiem, zbierającym syf z Delhi.

W kontekście tej mapy szoł „Różaniec do Granic” czy „My chcemy Boga”  wydaje mi się kuriozalny. Nie dlatego, że wprowadza elementy nadnaturalne tam, gdzie wystarczy odsunąć emocje i pomyśleć- bo w świetle tej mapki oczywiste, że tutaj tak mają. Ale choćby dlatego, że ustawianie się tyłkiem do Zachodu sensu wielkiego nie ma- od Niemiec i Francji odgradza Polskę przepaść kulturowa wielkości Rowu Mariańskiego. Tak samo od racjonalnych Czech. I od Rosji, gdzieś w obszarze „prawosławnym”, ignorującym jednostkę, ale nie pragmatyzm. Nie ma się czego bać, nic nie zasypie tych czeluści. Polska nie leży w Europie przecież, więc i nie ma co dywagować czy ta ma być biała, w łączkę czy w pepitkę. Za to- o ironio losu! o ironio mapy!- „ciapaty”, „kolorowy”, „dzika Azja”, „murzyn” – w świetle wyznawanych wartości – Polakowi bracia najmilejsi. Kulturowo najbliżsi, więc nie ma co po granicach* apage satanas odwalać z różańcami (zresztą od buddystów zapożyczonymi) ani nerwowo gadać o czystości rasy. Ale chlebem i solą, po słowiańsku, po naszemu, przywitać swoich, bo najlepiej na naszym skrzyżowaniu wartości się odnajdą i żadnego „mieszania etniczności” (fuj, fuj) nie będzie.

A na serio: boimy się i nienawidzimy tych, którzy sobą niosą to, co dla nas bolesne, wyparte, wstydliwe. Są naszą własną wewnętrzną figurą upodlenia, schowaną za ikeowską zasłonką w kwiatki. Było nie było, jeszcze niedawno Polacy 300 mil do nieba przebywali i w tureckich sweterkach w Berlinie Zachodnim handlowali. Ci „kolorowi” to my, to o nas.

Dobrze by było taką mapę wszędzie w miejscach publicznych rozwieszać. Tuż obok krzyży i portretów Ojców Narodu, żeby nie było niedomówień. Nie po to, by ludziom bojącym się ludzkiej różnorodności, jutra i szaleństw swojego państwa umysły dalej lasować, nie. Po to, by ktoś, jakieś dziecię naiwne, spytało: mamo, tato, a dlaczego ta Szwecja za siedmioma lasami i za siedmioma górami leży?

——————-

*porządku jałtańskiego, o ironio historii, zresztą, jak pewien mądry człek zauważył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *