O Piotrze S.

Próba samobójcza na Placu Defilad została wykorzystana przez Partię i Opozycję. Skrzętnie, szybko, bezrefleksyjnie, beznamiętnie. („Co cię najbardziej przeraża w czystości? Pośpiech”)

Narracja „bohater się chciał zabić z powodu PiS/Totalnej Opozycji” żyje już sobie własnym życiem i wszyscy w nią wierzą.

Problem w tym, że żadna polityka nie jest, nie może być przyczyną aktu samobójczego. Przyczyną jest to, co dzieje się w zamkniętym jednostkowym umyśle i to, w jaki sposób umysł tworzy sobie świat, w jakim się nurza. Przyczyną jest pragnienie głębokiej, wewnętrznej zmiany. Przyczyną jest to, co robi psyche a nie jakaś Zewnętrzność. Człowiek zabija się, bo taki jest jednostkowy (choć nieuświadomiony) akt wolności/bólu/szaleństwa psyche. Nie dlatego, że ktoś jest u władzy, ktoś coś zrobił lub ktoś jest /nie jest „patriotą”. Rzekoma „przyczyna” zostawiana potomnym w listach pożegnalnych, manifestach etc. jest jedynie racjonalizacją, umotywowaniem rozumowym człowieka przez swoją nieświadomość rozgrywanego.

Przypadek Piotra S. to jeden wielki paradoks. Po pierwsze, akt samobójczy jest sam w sobie odrzuceniem wszelkich reguł społecznego współżycia, aktem ekstremalnego egoizmu i absurdu (do czego, nota bene, każdy ma prawo). I ten absurd i egoizm samobójca przed samym sobą łagodzi, na przykład opowieścią o oddawaniu życia w ofierze za Dobro. Ale tak naprawdę, nie jest to ofiara, bo samobójca i tak i tak dokona tego aktu- życie nie ma dla niego wartości, samobójca oddaje więc nam bezwartościową rzecz. Chce to tylko inaczej nazwać. Porwanie społecznych więzi ma zyskać w opowieści ofiary społeczną, uznaną funkcję. Absurd (o absurdzie!) ma być użyteczny. Samobójca zdaje się myśleć: „skoro tak boli, że szukam ulgi w zniszczeniu więzi, to to odkupię, niech się im na coś to przyda, niech mi wybaczą”. Samobójca prosi o wybaczenie sam siebie, swój wyznający społeczne wartości kawałek psychiki.

Drugi paradoks: samobójca, milknąc na zawsze, swoim aktem mówi – lecz przerywa wymianę myśli. Samobójstwo z przesłaniem lub publiczne to próba komunikacji, ale już nie dialogu. Odbiorca ma przyjąć, ma ratować przed śmiercią (po to jego obecność), ale nie może już nic powiedzieć od siebie. Samobójca jest performerem, twórcą, a jego ciało tworzywem, cała reszta: przedstawieniem. Z punktu widzenia celu jakim jest podtrzymanie napięcia w politycznym szoł Człowiek-Motyl czy Człowiek z Placu są tym samym: aktorem przed widownią. Oczywiście, umysł samobójcy rozgrywa swoje problemy używając zewnętrznych figur i rzeczywistym odbiorcą nie jest bynajmniej jakaś rzeczywista Partia, Naród a fragmenty psyche: być może to, czego Partia jest figurą w danym umyśle.

Kolejny paradoks: w zamierzeniu, jednostkowa rezygnacja z życia ma na tok życia całej wspólnoty wpłynąć. Wspólnota, do której pozornie zwraca się samobójca, ma także problem z uznaniem absurdu, cierpienia i indywidualnej wolności odmowy uczestnictwa. Społeczność nakłada tabu (na samobójstwo, odrzucenie wspólnoty-obowiązku, ekstremalną wolność), ale jednostki o przekroczeniu tabu podskórnie marzą. Potrzebny jest ktoś, kto to napięcie rozładuje, nie niszcząc wspólnoty, ktoś kto TO zrobi w zastępstwie (jak Jezus, który w zastępstwie zawisł na krzyżu i zbawił, by nie trzeba było wisieć i zbawiać się samemu). Odrzucającego wartości wspólnoty trzeba więc nazwać inaczej, wpleść sprytnie we wspólnotową narrację, choć (lub raczej: zwłaszcza dlatego że) rozmawia tylko z własną głową. Może mówić o „misji”?- przekonuje rodzina zmarłego, zmagając się z bolesnym, samolubnym odrzuceniem przez niego. Może „męczennik”, może „święty” by pasowało? zapytają politycy i pismacy, czemu sprzyja brak ich wiedzy psyche-o-logicznej i to, że ofiara/męczeństwo jest naszym podstawowym, ciągle żywym wzorcem kulturowym.

I tak, indywidualna, fałszywa, egoistyczna narracja „oddaję się w ofierze” zazębia się wygodnie dla wszystkich ze wspólnotową/rodzinną narracją z lęku „oto (nasza potrzeba) męczennik(a)/misjonarz(a)”. Omija starannie najważniejsze: jednostkowy, zagłuszony racjonalizacjami i lękiem krzyk psyche o wewnętrzną zmianę.

Ale dobrze, weźmy za dobrą monetę powierzchowną i popularną narrację „człowiek popełnił samobójstwo dla ratowania ojczyzny, dla ideału demokracji i wolności”. Problem w tym, że ta opowieść nadal kryje w sobie paradoks. Żadna demokratyczna wspólnota szanująca swoich członków nie powinna bazować na wątku ofiara-męczeństwo, bo przestaje być i demokracją i szacunkiem dla jednostki. Akceptacja przez społeczny dyskurs motywu „śmierci dla demokracji” wyklucza i demokrację, i demokratyczny dialog, i życie dla/budowę demokracji. Oto człowiek zniewolony przez nieprzepracowane procesy wewnętrzne, popełnia niczym nie krępowany akt ekstremalnej wolności, twierdząc jednocześnie, że tej wolności nie ma – czy nie ma w tym tragicznej śmieszności? Paradoksalnie, ta opowieść jednak porywa osoby chcące wypełnić puste umysły i puste serca jakimś metafizycznym „Wyższym Dobrem”, jakąś iluzją bohaterstwa, na jakie tych osób nie stać. Szary Człowiek w porywie zupełnie nie-szarej megalomanii zrobił bowiem to, czego szarzy ludzie nie robią. I nagle okazało się, że ludzkie umysły, nie tylko pisowskie, lubią melodramaty z trupami w tle. Te melodramaty trupie muszą być jednak swojskie, białoskóre. Bo ciekawe, ze wszystkich stron potępiamy irracjonalizm islamskich samobójców-terrorystów, oddających całkiem dobre życie dla „Dobra” i „za swoich” (to wariaci!, to źli ludzie!), czemu jednak nie przeraża nas czyn samobójcy spod Pałacu? Przecież u podłoża leżą te same bzdurne schematy myślowe: „istnieje dobro wyżej wartościowane niż moje życie”, „zabijam się dla naszych, dla misji, dla moich memów”, „zabijam się by mą misję kontynuowano”, „ja coś wiem a inni tego nie wiedzą, więc zabijam się by innych nauczać”.

Więc ja -z szacunku dla zagłuszonego polityką krzyku psyche i z poszanowania wolności właśnie – nie przyjmę tej rzekomej ofiary, teatru sacrificio grandioso, nie wejdę w polityczną, cyniczną grę ani w emocjonalny szantaż, w którym ktoś -głosząc wolność lecz nie pytając -wyznaczył mi miejsce z dramacie. Narracji rzekomego męczeństwa kreślonej przez dziennikarzy nie kupię. I dla naszego wspólnego dobra, proszę o ciszę na trumną (i porażką) nieszczęśliwego i błądzącego człowieka.

Porażek, nieszczęść i błędów mamy już dość.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *