Wszyscy mamy źle w głowach że żyjemy

O samobójstwie jako akcie wolności psyche:

I pocieszamy się że to ma sens.

Zbierałam się do tego artykułu od dawna, ale choć temat czuję (myśli o „nieistnieniu” towarzyszą mi przecież od zarania samo-świadomości) to wiem, że naruszam pewne tabu. Ba, każde poruszenie tematu inne niż „samobójca jest chory”, „samobójca to wariat”, „nie wolno tego robić” etc. można dziś podciągnąć pod naruszenie medialnego, obarczonego paragrafem zakazu „zachęcania do samobójstwa”. Żadne zachęcanie kogokolwiek do czegokolwiek nie jest moją intencją. Cela dit, z ryzykiem niezrozumienia za plecami- piszę dalej.

Na portalu psychologia.net ukazał się artykuł Mariusza Sobkowiaka „Jak rozpoznać symptomy samobójcze i czy samobójcy naprawdę pragną własnej śmierci?” poznawczo poprawny i ciekawy, nie wychodzący jednak poza schemat „samobójstwo=choroba”. Autor reasumuje:

„…stwierdzić należy, że akt odebrania sobie życia nie jest zachowaniem incydentalnym, odizolowanym od wcześniejszego spektrum myśli, poglądów, zachowań i działań. Samobójstwa można w pewnym zakresie przewidywać, spoglądając na zachowania suicydalne jako continuum pewnej psychologicznej reakcji. Reakcja ta związana jest ze specyficznym typem zaburzenia myślenia i postrzegania pod nazwą „zawężenie suicydalne”. Mając na względzie fakt, iż zamiar odebrania sobie życia wynika ze swego rodzaju błędu myślowego, z którego sam suicydent nie jest w stanie się wydostać, daje to nam prawo, a nawet nakłada na nas obowiązek reagowania na symptomy samobójcze i obliguje do zapobiegania ewentualnej śmierci suicydenta.”

To klasyka tematu (jak ją widzę): samobójcy są wśród nas, ich głowa myśli z sposób „zawężony”, mamy moralny obowiązek rozszerzenia ich horyzontów nawet kosztem ich wolności i gdyby tylko zmienić ich błędy myślowe to do samobójstw by nie dochodziło.

Niewiele jest materiałów wychodzących poza schemat „samobójstwo-choroba- złe myślenie”. Kilka myśli wokół (nieodkrywczych, ale zawsze).

Opcje istnienie- nieistnienie są w zasadzie równoważne. Obarczone tak samo nadzieją: istnienie- na piękno czy dobro ; nieistnienie- na piękno/dobro (i święty spokój w bonusie). Taka zero-jedynkowość, gdzie zero też niesie za sobą jakąś treść. Po stronie „istnienia” handicap : jest zakaz moralny, pojęcie „daru bożego”, jest kulturowe tabu dotyczące samobójstwa (takie np jak „zakaz zachęcania do samobójstwa w massmediach”- o którym wspomniałam) . Życie to strona znana, wyżej wartościowana, tak z automatu.

Gdy zaczyna się jednak ten dar boży analizować to wychodzą paradoksy. Wartość ludzkiego życia? Czy na pewno? Wystarczy wejść w dyskurs „poświęcenie czy „wojna”, „biznes”, „rozkaz Boga”,”oto moje wartości” a „życie ludzkie” przestaje istnieć jako wartość nadrzędna. Mamy tabu nałożone na samobójstwo a przyzwolenie na zabójstwo (wojna, samoobrona etc, etc). Patrząc na historię ludzkiego bydlęcia życie ludzkie nie stanowi żadnej wartości, choć ciągle fantazjujemy, że stanowi. I tej fantazji potrzebujemy żeby żyć.

Wolimy widzieć w samobójstwie dramat, szaleństwo lub chorobę- choć można też zobaczyć akt wolności, stworzenia, zmierzenia się z Bogiem, rzucenia mu rękawicy, akt wolnego wyboru. Z tą wolnością coś jest na rzeczy, jako że ludzi planujących samobójstwo po prostu – w imię prawa- się dziś więzi. Dawniej odratowanych samobójców uśmiercano- w ramach kary za odrzucenie daru boskiego. I ta podskórna kara za samobójstwo (więzienie, pozbawienie praw dziś czy kara śmierci niegdyś) jest głęboko w naszej kulturze zakorzeniona. To nie jest tylko, moim zdaniem, kwestia kultury terapeutycznej, korzeni podejścia do samobójstwa jako czegoś nieludzkiego (pycha, wolność) szukałabym w chrześcijaństwie. Paradoksalnie, podstawową narracją chrześcijaństwa zabraniającego samobójstwa pod karą boską jest narracja o skomplikowanym samobójstwie Jezusa z Nazaretu.

Samobójstwo jest tabu, być może dlatego, że myśli samobójcze (o nieistnieniu) ma/może mieć każdy i nie jest to poza „normą” (pojęcie normy to temat rzeka). Powiedzieć, że dorosły człowiek w pełni władz umysłowych po zważeniu za i przeciw może podjąć taką decyzję (bo może) to zgrzeszyć i narazić się na ostracyzm. Ci co zostają racjonalizują, bo taki akt obnaża absurd ludzkiej egzystencji i tego świata, z czym sobie nie radzimy. Racjonalizacją jest obraz „samobójstwo=choroba”.

Samobójca chce tak naprawdę innego życia. Cytowany Mariusz Sobkowiak twierdzi, że to „inne życie” jest kwestią „rozszerzenia sposobu myślenia” i że sama zmiana myślenia – a nie zmiana twardej rzeczywistości – pociągnie za sobą zaniechanie samobójczego zamiaru. Zawężenie świadomości” nie musi wypływać z zaburzeń (biologicznych) jednostki, ale faktycznie z tego, że więzi społecznych, sensu życia, tej pomocy nie ma czy jest niemożliwa. Samobójca widzi świat takim jaki jest -bez iluzji (wartości, sensu, wagi działań) a „normalni” posługują się iluzjami nieodzownymi żeby żyć (tj, nadać wartość swojej osobie, swoim działaniom).

Nasilona fala samobójstw to znak czasów. Mimo, że jest to tabu oswojone przez „chorobę”, jest przez państwo „zabronione” – a może właśnie dlatego, że używa się takich obrazów- samobójców jest coraz więcej. Jeśli przyjmie się, że przyczyną samobójstwa jest „błędny schemat” myślenia, „choroba” to czy przy likwidacji tego czynnika (terapii, introdukcji „przystosowawczych schematów”) samobójstw będzie mniej? Wątpię. W świecie w którym wypiera się, nie dyskutuje i znaczy „chorobą” podstawowy (jakże ludzki, codzienny) wybór istnienie-nieistnienie i goły absurd istnienia inaczej nie może chyba być. W świecie urzeczowienia – czego efektem jest właśnie narracja „samobójcy chorego z uszkodzona głową” (czytaj: „uszkodzonej rzeczy”)- inaczej być nie może. W tym kulturowym obrazie chodząca statystyka popełnia statystyczne samobójstwo z powodów statystycznych ponieważ odpowiednie, opłacane przez państwo służby na czas nie odkręciły mu czegoś w „zawężonej” głowie. Nie dopuszcza się myśli, że naprawdę można porwać wszystkie więzi i że naprawdę można pragnąć własnej śmierci. Nie wartościuje się więc świadomie ani życia ani więzi – co człowiekowi do życia potrzebne.

„Syndrom presuicydalny” czy „obniżony poziom serotoniny” czy inne paramedyczne określenia nie przesłonią faktu, że wszyscy mamy źle w głowach, że żyjemy, i podstawą ludzkiego funkcjonowania w świecie jest – było nie było- szaleństwo (tworzenia iluzji).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *