Wróbel

O potrzebie urealnienia ludzkich narracji i kulturowym wypieraniu cierpienia:

Dawno, dawno temu, mniej więcej ubiegłej jesieni, był sobie szary wróbel, który zamieszkał w mieście wśród innych wróbli. Pewnego wieczora, kładąc się spać w przyciętym, bezlistnym  już krzaku ligustru, popełnił błąd. Lecąc, trafił główką w wąskie, ułożone podstępnie na skos szczebelki bramy. Zakrwawionego, ze szramą wytartych piór na głowie i karku, z wydartymi skrzydłami, usiłującego resztkami sił przepchnąć się przez szczebelki na druga stronę, spotkałam go wracając do domu. Ciemno już było i lało mocno.

Jasne, trzeba było wróbla wyciągnąć. Zanieść na własnych rękach do weterynarza i ewentualnie dobić, żeby nie cierpiał. Jak ktoś chce, może rzucić kamieniem: spłoszyłam się tym cichym misterium konania i nie zrobiłam tego. Po pewnym czasie refleksji postanowiłam jednak wrócić do bramy, obejrzeć dokładniej i wyciągnąć. Było już za późno. Zawisł zmoczony na płocie. Wisiał tak dwa dni, potem spadł. Usunął go cieć lub gawron padlinożerca.

Obchodziłam go szerokim łukiem- uprzytomniał mi własne cierpienie i tchórzostwo. Nie da się ukryć, jestem homo sapiens, i natychmiast zobaczyłam w wróblu swoja narrację. Ukrzyżowany Wróbel, Wróbel walący Głową na Oślep, Wróbel, któremu się Nie Udało. Oto człowieczy los, nieprawda? I tak, wróbel został symbolem, kluczem do indywidualnych pokładów bólu, częścią narracji. Jakie to ludzkie.

Wróbel otworzył dalekie skojarzenie: mam dziesięć lat i uparcie wrzucam z powrotem do gniazda bezradne pisklę sikorki bogatki. No, jak to? Pewnie przez przypadek, mama bogatka wyrzuciła, takie malutkie, bezbronne. Pewnie się pomyliła. Świat NIE JEST taki. Więc , ja -hop, pisklaka w rękę i do dziupli. Mama bogatka (lub podstępny braciszek bogatek) okazała się tak samo uparta jak ja i pisklak coraz bardziej wykończony lądował coraz to pod dziuplą. Bogatka wygrała i dziś mam nadzieję, że dramatycznie nie zakończyła lęgu. Tak samo jak moja (?) wpół dzika kotka, która obdarzyła mnie zaufaniem i dopuściła do gniazda gdzie jej nowo powite dzieci. Wielki, podniosły moment, celebracja życia. Trójka, nie… czwórka. Czwarte zagryzła osobiście, objadła mu łapkę do kości i -korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji, wyniosła poza gniazdo, żeby go nie kalać padliną. Miałam do niej – z głębi mojego dziesięcioletniego serca- o to niejakie pretensje. Świat NIE MOŻE być taki. To się NIE DZIEJE.

A jednak.

O, bogowie, wybaczcie ludzką naiwność.

Wracając do wróbla: Ktoś zasugerował mi, że przecież mógł pomóc Eko Patrol SM. Hmm… Po głębszym zastanowieniu, stwierdziłam, że to trochę byłoby mało eko. Taki eko patrol samochodem się po mieście porusza, paliwa kopalne zużywa, a ich samochód rozkładać się będzie latami. I wysmrodzi tę benzynę zatruwając środowisko miejskie – dla ludzi, zwierząt, ptaków i bakterii – jeszcze bardziej jedynie po to by dokonać rzeczy bardzo mało ekologicznej: przerwania naturalnego łańcucha pokarmowego.

Mam wrażenie że -jako kultura- utkwiliśmy w punkcje dziesięcioletniego dzieciaka uparcie niezdolnej do zaakceptowanie tego, że świat TAKI jest. Jesteśmy eko, wege etc, etc, w oczywisty sposób potrzebujemy ochronnych narracji i usensowienia, ale tak naprawdę nie jesteśmy w stanie już zbliżyć się do życia takiego jakie jest: z jego okrucieństwem, bezsensownością cierpienia ( z naszego punktu widzenia), z „obrzydliwym”, z rozkładem i życiem na nim radośnie i obojętnie wyrastającym. Z naszą zdolnością do zabijania, żywienia się czerwonym mięsem, z chęcią użycia innych dla swoich celów. Przyjmujemy za to maseczki, narracje rajskiej harmonii. Bogatki nie wyrzucają z gniazd słabszych piskląt, mamy nie pożerają swoich dzieci. Ahimsa jest takim samym pięknym absurdem jak „wszechogarniająca miłość bliźniego” – niemożliwa do zrealizowania na ziemi tej ziemi, ale niektórzy posthumaniści argumentują, że świat jest źle urządzony, da się nakarmić lwy trawą, ludzi soją a zadowolone koty będą żyć obok spokojnych bogatek.

Obserwacja zamienia się w narrację, potem ideologię, a ta znów wpływa na obserwację. Tak się stanie, jak przypuszczam, z permakulturą. Z sensownego, opartego na obserwacji i wiedzy projektowania bio-systemów zmieni się w ideologię „co jest a co nie jest permakulturą”. Już zaczynają się dyskusje „co jest dozwolone w permakulturze…”.

Skąd takie okaleczone narracje i ramy „co dozwolone” wg określonej ideologii? Może stąd, że wypieramy też nasze własne cierpienie. Co za tym idzie i nie jesteśmy w stanie go uchwycić, nazwać, przyjrzeć mu się z pozycji meta- z bliska i trzeźwo. Pozwolić odejść temu co odchodzi i odejść musi. Niezdolność dotknięcia cierpienia. Wzięcia go w rękę i obejrzenia pod światło. Cóż życzyć wszystkim eko, wege, bio, slow? Odwagi pogodzenia się z życiem takim jakie jest i zmierzenia się z własnym cierpieniem bez przenoszenia . Nurty „łagodnej natury” tak naprawdę oddalają nas od prawdziwego świata, są słodką fasadą zindustrializowanego świata. I są ładne, przyznam, ale ciągle – tak jak zindustralizowany świat – od prawdy oddalone.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *