Wewnętrzne Dziecko

Krytycznie o pop-kulturowej narracji Wewnętrznego Dziecka, w trzech odsłonach:

Wewnętrzne dzieci (1) – Konkret

Czy wiedzą Państwo, że jak ktoś wygląda młodo w „późnej starości”, to ma w sobie „dziecko wykorzystane”, a jak ktoś dba o wygląd – jest dzieckiem uwiedzionym? Wszystkie te zadbane, wyfiokowane laski na rozsłonecznionych ulicach, to chodzący rezultat uwiedzenia. Serio. Ja o tym nie wiedziałam, ale poszerzyłam swoje wąskie horyzonty dzięki artykułowi Jarosława Jagieły pt. „Nasze wewnętrzne dzieci”. Horoskop Artykuł ukazał się w Charakterach, poważnym piśmie pół-naukowym, jak stwierdziła to ongiś pani Aulagnier. Podparciem dla śmiałych tez Autora są: bezcenne myśli Berta Hellingera, Johna Bradshawa – i „Kubuś Puchatek”.

Opisać nasze wewnętrzne życie można dowolnie, bo przestrzeń to nieograniczona. Mogą w nas mieszkać stwory wszelakie, nosorożce, koale i ameby; możemy mieć w głowie stosunek ze słoniem/słonicą, bogiem/diabłem albo gadać w nieistniejącym hotelu Dolphin z Człowiekiem-Owcą. Mogą być też i dzieci, jeśli ktoś ma taką wolę. Wewnętrznych figur używa się w procesie terapii (POP, Gestalt) i jeśli komuś to w gabinecie pomaga – ja nie mam nic przeciwko temu.

Koncepcja wewnętrznego dziecka odnosi się do analizy transakcyjnej, czy terapeutycznych technik Johna Bradshawa, ale swobodnie funkcjonuje także w pop-kulturze, a tym samym kształtuje naszą narrację o świecie i nas samych. Definicja Autora: „Wewnętrzne dzieci to bogactwo naszych uczuć, zarówno tych pierwotnych, wspólnych wszystkim ludziom (np. radość, gniew, smutek, strach, wstręt, zaskoczenie), jak i wtórnych, będących konsekwencją procesów socjalizacji i wychowania (np. wstyd, konsternacja, zakłopotanie)”. Zadbane „wewnętrzne dziecko” ma być źródłem dorosłej spontaniczności, miłości, kreatywności, odwagi do wolności-od-kultury. Dziecko jest w tej narracji uosobieniem „prawdziwego Ja”, „autentyczności” (bo jedynie uczucia są poza Systemem, są nasze własne). Autentyczność – po zdrowiu – to top wartość klasy średniej. Nomen omen: wewnętrzne dziecko się „uzdrawia”.

Jeden szkopuł (jest ich więcej, ale to już na kolejny wpis). „Dziecko” z psychoterapeutycznych fantazji nie ma nic wspólnego z realnym dzieciństwem. Żadne dziecko nie jest zdolne do prawdziwej miłości – jako zależne od opiekuna. Jeśli przejawia spontaniczność – to ograniczoną, bo jest chronione przed konsekwencjami owej przez dorosłych. Jeśli tworzy, to dzięki logistyce zapewnianej przez dorosłych. W realu nie ma „dziecka” – są dziewczynki i chłopcy ze swoim genetycznym programem rozwoju. Proszę zauważyć, że gdy Bradshaw pisze o wewnętrznym domu – jest to dom wyimaginowany przez dorosłego. „Wewnętrzne dziecko” jest figurą rekonstruowaną i okiełznaną przez osobę dorosłą; obrazem retrospektywnym, budowanym tu-i-teraz na zbiorze uznanych przez kulturę cech.

Jednak gdy metaforę-protezę-obraz usiłuje się wpisać w konkret – to robi się straszno-śmiesznie. Jarosław Jagieła próbuje dokonać niemożliwego: opisać drogę życiową w kilku schematach. Po czym poznać „typ” dziecka wewnętrznego (czyli naszych domniemanych deficytów w dzieciństwie)? Otóż między innymi po postawie i wyglądzie zewnętrznym („bioskrypt”). Wystarczy spojrzeć i już wiadomo, z jakim dorosłym dzieckiem gadamy i jakie kto miał problemy za młodu. Proste jak klasyfikacja pana Lombroso, a z opisu owych „bioskryptów” wieje grozą:

„Głowa w charakterystyczny sposób „oddziela się” od korpusu, gdyż główny obszar napięć leży u podstawy czaszki (w psychoterapii bioenergetycznej nazywa się to „stryczek”).
„Maskowata z reguły twarz nie wyraża emocji, oczy są bez wyrazu, puste, nieobecne lub zalęknione.”
„Stawy kończyn (szczególnie kolana) sprawiają wrażenie zablokowanych.”
„Wydaje się, że oczy wyrażają błaganie, a usta pragnienie.”
„Zazwyczaj mruży oczy, a jego wzrok wyraża ukrytą złość lub cierpienie.”
„Owłosienie ciała jest większe niż przeciętne (choć nie bardzo wiadomo dlaczego)”.
„Widać pewną niedojrzałość w sylwetce, przede wszystkim w umięśnieniu rąk i nóg, które czasem wyglądają na zbyt słabe, aby utrzymać górną część ciała”. [sic!]
Rany boskie.

Opisy zewnętrznych przejawów istnienia dzieci wewnętrznych (prawda, jak ładnie mi wyszło?) są tak rozmyte, że nie wiadomo o co chodzi lub wiadomo, że chodzi o wszystko. Na przykład:

„Jego oczy błyszczą, skóra ma ładną barwę, ruchy są żywe, gestykulacja wyraźna i duża.”
„Ciało takiego człowieka jest mało elastyczne, bez „napędu”, sprawia wrażenie nieruchomego”.
„Co ciekawe, może on wyglądać młodo (choć nie jest to regułą) nawet do późnej starości – jakby chciał pozostać wiecznym dzieckiem.”
Autor używa też dowolnego chwytu, „tęczy”:

„Ciało zazwyczaj bywa wąskie i sprawia wrażenie skurczonego, choć u ludzi z osobowością o cechach paranoidalnych sylwetka jest pełniejsza, bardziej atletyczna.”
„Są dwie odmiany bioskryptu tego typu osób – obie charakteryzują się nieproporcjonalną sylwetką. W pierwszej  górna część ciała wyraźnie dominuje nad dolną, sprawia wrażenie nadmuchanej i koresponduje z rozdmuchanym obrazem siebie. Druga to przeciwieństwo pierwszej: korpus słabo rozwinięty, plecy, biodra i talia wydają się nadmiernie giętkie.”

Ech! czego tu się bać? Spojrzy na nas spec i od razu będzie wiedział, że głowa oddzielona od ciała oznacza, że stoi przed nim „dziecko niechciane”. Mnie już wkrótce też głowa odpadnie, bo zachodzę w głowę, jak odpowiedzieć na retoryczne pytanie: „Które z tej gromadki wewnętrznych dzieci wydaje nam się najbliższe?”. Dzięki chwytom horoskopowym zakładam już „przedszkole wewnętrzne”, bo odnajduję się w każdym schemacie i żadnym.

Dlaczego się z tego naśmiewam? Nie dlatego, że poraża mnie nieporadność Autora. Nie dlatego, że ludzie noszą w sobie cierpienie z czasów zarannych – bo noszą, nosili i będą nosić. Po pierwsze dlatego, że nie chciałabym trafić do specjalisty przejętego mądrością pana Jagieły, który postawi mi diagnozę, wciśnie w schemat, narzuci opis przeszłości (wbrew moim protestom) i będzie „leczył”, na przykład na podstawie: „Wydaje się, że oczy wyrażają błaganie, a usta pragnienie.” Po drugie dlatego, że nie chciałabym, żeby moje zdanie, zdanie osoby dorosłej, było ignorowane jak zdanie dziecka, a życiowa energia – kulturowym naciskiem – przekierowywana na „pocieszanie” dręczących imaginację wewnętrznych figur.

Przedstawianie dorosłych jako dzieci, to znak naszych czasów. Z kulturowego obrazu „dorośli to w zasadzie dzieci” – o czym pan Jagieło nam kilkakrotnie w krótkim artykule przypomniał – płyną poważne konsekwencje. Przyznając, że jesteśmy „dziećmi”, sugerujemy, że łatwo nami sterować, gdyż nie jesteśmy osadzeni w sobie i oglądamy się za figurą władzy/opiekuna. Priorytet „pracy nad autentycznym Ja” tłumaczony na wersję dziecięcą, jako „uleczenie wewnętrznego dziecka troską Dorosłego”, brzmi jak pogłos neoliberalnego: „zrób sobie dobrze sam” (bo nikt inny ci nie zrobi, nikt inny cię nie pokocha, zrób to sobie sam, bo na świecie nie ma nikogo, kto chroni). To właściwie krzyk rozpaczy, a nie kreatywności. Protestu dziecka nikt rozsądny nie weźmie na serio. W cytowanym artykule pada zdanie: „Jest jednak coś, do czego zdecydowanie nie namawiam – do oskarżania rodziców o winy popełnione bądź niepopełnione” [podkreślenie moje]. Rozszerzając tę ideę na strefę społeczną (czego, gwoli ścisłości dodam, Autor nie robi), słuszny, uzasadniony bunt traktowany będzie jako coś dziecięcego, niedorosłego, „roszczeniowego”. Brzmi znajomo?
Na koniec Autor składa samokrytykę: „Oczywiście nie jest tak, że ktoś nosi w sobie tylko jeden typ wewnętrznego dziecka. Można powiedzieć, że w każdym z nas tkwią one wszystkie, tylko na pewnym etapie życia któryś staje się bardziej widoczny. Dlatego na podstawie powyższych opisów – w dodatku pobieżnych i szkicowych – nie wolno stawiać jakiejkolwiek diagnozy. Rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona i zależy od mnóstwa czynników, które wpływają na nasze życie.” Jaki jest więc cel – oprócz wyłudzenia wierszówki – pisania takich horoskopowych opracowań?

Może nie sensem, ale konsekwencją tego artykułu niech będzie to, że po obrazie „dziecka” pojeżdżę sobie jeszcze z dziecinną przyjemnością. O socjologicznym ujęciu narracji „wewnętrznego dziecka” – kolejnej odmiany Dobrego Dzikusa, współczesnej projekcji Innego, modnego przejawu Id – w następnym wpisie z serii.

Wewnętrzne dzieci (2) – Pozorna wolność

Rozwijaj siłę ducha aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu. Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.
Dezyderata Max Ehrmann

Po narracji dziecka wewnętrznego – w zderzeniu z konkretem w majakach pana Jagieły, przyszedł czas na bardziej dorosłe potraktowanie tematu. I – powtórzę swoje zastrzeżenia – nie chodzi o technikę pracy terapeutycznej (bo w gabinecie można sobie wymyślać, co się chce, jeśli ktoś wierzy, że pomaga), ale o pop-kulturową narrację, która brzmi mniej więcej tak: ” […] każdy z nas ma w sobie zranioną w dzieciństwie część psychiki (Dziecko). Należy ją uzdrowić, a wtedy będziemy zdolni do odczuwania prawdziwej radości z życia i będzie się nam szczęściło w związkach i pracy.” Na liście benefitów widnieje uwolnienie się od lęku (przed odrzuceniem, oceną, porażką), od kompulsywnych dziecięcych reakcji (obrażanie się, obwinianie się) czy od samodestrukcji (pracoholizm, perfekcjonizm). Koncepcja prosta jak drut i jak każda obietnica zbawienia – fałszywa.

Kilka refleksji o tym, co jest (być może) pod taką opowieścią o nas samych. Niby nic, takie pitolenie o wyobrażonych dzieciach, ale wydaje mi się ważne, jakimi obrazami się posługujemy (czytaj: ograniczamy).

* Dziecko – niesklasyfikowany potencjał

Pragnienie „pełnego życia” to pragnienie życia „nieujętego” przez klasyfikacje. Klasyfikowanie jednostek to podstawowy sposób dyscyplinowania jednostek, także przez dyscyplinowanie ich pragnień. […] Antyinstytucjonalne nastroje, żądania odbiurokratyzowania sposobów działania, sprzeciw wobec stygmatyzacji chorych i przestępców a także kompromitowanie eksperckich „raportów” mają swoje źródło w odmowie bycia sklasyfikowanym […]. Pozycji dziecka, chorego i przestępcy przypisane zostało doświadczenie większej wolności, ponieważ jest to wolność „nieznormalizowana” czyli niezharmonizowana z ofertą systemu”. [Małgorzata Jacyno, „Kultura indywidualizmu”, PWN 2007].

Co mnie uderza jako pierwsze: mowa jest o „dziecku”. Żadnych łamańców w stylu „wewnętrznej dziewczynki” (w zabójczo różowych legginsach), czy „wewnętrznego chłopczyka” (w krótkich portkach). „Dziecko” jest płciowo nieokreślone i w zasadzie oznacza pozycję względem Rodzica/Dorosłego. Nie byłoby „dziecka”, gdyby nikt nie posługiwał się pojęciem „dorosłego”. Mówiąc o sobie, że jesteśmy „dziećmi dużymi”, „dorosłymi dziećmi”, przekazujemy, że określamy się wobec kogoś wyżej postawionego, silniejszego czy mądrzejszego.

„Dziecko” pozostaje niedookreślone być może również dlatego, że miejska klasa średnia (a piszemy o bajce tej klasy, a nie o fantazjach chłopskich czy robotniczych) chce pozostać nieklasyfikowalna. Klasyfikacja oznacza – w definicji lat `60. – ograniczenie, zamknięcie, twardość, sztywną ścieżkę kariery. Otacza nas jednak płynny świat oferujący (pozornie) nieograniczone możliwości: możemy być akantem tu, specjalistą tam, turystą i blogerem jeszcze gdzie indziej, a jednocześnie neowieśniakiem, cyklistą i vege, oddającym się z zapałem garncarstwu raz na rok. Wybór lajfstajlu (drogi życiowej, a także mieszczańskiej „pasji”) wydaje się być nieograniczony, a zamach na ten wybór traktowany jest jako zamach na faktyczną wolność. „Dziecko” oznacza także pełen nadziei potencjał; zgodnie z fantazją naszych czasów jest „białą kartą” zdolną do rozwoju w wielu kierunkach, do „rozlania ku Pełni”, odrodzenia.

* Praca z dzieckiem wewnętrznym – wykoślawiony wzrost

…odkrywanie w sobie dziecka, traumatycznych doświadczeń w przeszłości albo destrukcyjnych, czy autodestrukcyjnych skłonności, „szalonych” pragnień – to indywidualizowanie się… Za tym neurotycznym i hipochondrycznym motywem ukrywa się zawsze nadzieja na odkrycie w sobie czegoś, co nie spełnia normy, daje doświadczenie „wykluczenia” i bycia na „marginesie”. [Małgorzata Jacyno, „Kultura indywidualizmu”, PWN 2007].

Proces odkrywania „dziecka wewnętrznego” – nazwania figury, wyobrażenia jej, konfrontacji z uczuciami „dziecka” i trudnymi wspomnieniami, odreagowanie emocji, otoczenie opieką/uleczenie przez dorosłego – wydaje się być synonimem procesu indywiduacji. „Uzdrowienie wewnętrznego dziecka” to obraz analogiczny do wzrostu, łażenia po łodygach fasoli, wspinania się po drabinach czy podróży. Jednak uderza, że ta koncepcja jest wewnętrznie niespójna. Dorosły ma leczyć miłością zaniedbane, więc i niezdolne do kochania Dziecko, które jest paradoksalnie jedynym – wyschłym przecież, chorym – źródłem miłości. Jakim cudem Dorosły, który nie zaznał jako Dziecko ani troski, ani współczucia, ani miłości ma nagle otoczyć siebie troską, współczuciem i miłością – nie wiadomo.

Indywiduacja oznacza tu proces rozszerzania świadomego, podobnie jak w psychoanalizie. Teren poza dobrem i złem, Dzikie Pola zaanektowane zostają pod „rozwój” (NB. analogia do zaanektowania Puszczy Białowieskiej, przypisywanej katolickiemu fundamentalizmowi – aneksja Dzikiego to podobna bajka, głębsza niż narracja chrześcijańska). A rozwój sprowadza się do podtrzymywania zdolności do świeżości odczuwania; do indywidualnej zdolności do rozszerzania doznań (cieszenia się jak dziecko, okazywania spontaniczności dziecka, dziecięcej radości twórczej). Kontrolowane „nie bycie w normie” jest wszak na topie – z procesu akulturacji lat `90. pamiętam ogłoszenia o pracę i listy motywacyjne, gdzie słowo „kreatywność” było odmieniane przez wszystkie przypadki, nawet jeśli dotyczyło stanowiska sekretarki czy kasjera. Odchylenie od normy jest modne, pozwala jednostce na samozdefiniowanie się (ref. pojęcie „pozytywnie zakręcony”). Co uderza – to pomysł, że nie Dorosły, a dziecięca (niedojrzała) część psychiki ma być źródłem twórczości/kreatywności/radości. O męce tworzenia, o jego związku z cierpieniem, bólem, furią, buntem, powtarzalnymi ćwiczeniami, zaburzeniem psychicznym – ani słowa.

* Dziecko- twarz miękkiej rzeczywistości

…samoocena, zła rzecz jasna, jest […] źródłem wszelkich społecznych problemów – ubóstwa, przestępczości, nierówności płci oraz uprzedzeń rasowych i etnicznych. Prawdziwa rewolucja musi zatem dokonać się „wewnątrz”. Jest to rewolucja nie przeciwko kapitalizmowi czy uprzedzeniom, ale rewolucja przeciwko określonemu „stosunkowi do siebie” i przeciwko określonemu sposobowi zarządzania sobą. Ci, którzy „wytwarzają” społeczne problemy, robią to dlatego, że mają niską samoocenę. Niezintegrowana jaźń to efekt wypierania pewnych treści i nieakceptowania pewnych części siebie. [Małgorzata Jacyno, „Kultura indywidualizmu”, PWN 2007].

Cel „uzdrawiania wewnętrznego dziecka” nie jest jednak aż tak egoistyczny, jakby się miało wydawać. To projekt znacznie głębszy. Zaniedbane czy rozbrykane „dziecko” jest bowiem źródłem „złych emocji”: nienawiści, buntu, rasizmu, hejtu (zagrażają normom inności), również braku respektu dla zasad współżycia, czyli możliwych zaburzeń na osi Ja- świat. Uznaje się w koncepcji „wewnętrznego dziecka” (błędnie!), że agresja jest infantylna, jest de facto znakiem dziecięcej bezradności, jest nie-dorosła. Agresja nie jest atrybutem dorosłego a Dużego-Dziecka-o-Nieprzerobionym-Dzieciństwie. Tym samym pomniejsza się agresję/agresora, nie traktuje się serio, infantylizuje.
W związku z tym, że opresja zewnętrzna nie jest zdefiniowana i konkretna (system, rynek, kapitał), jednostka przekierowuje uwagę na świat wewnętrznych doznań i blokad. Celem i podmiotem działania jednostki nie jest świat, system jaki nas otacza; nie kompromis z innymi, ale wyobrażona przez dorosłego rekonstruowana rzeczywistość dawno-minionego dziecka. Co jest powodem rozbrykania, smutku czy nadąsania naszej „wewnętrznej pociechy”? Złe wspomnienia z dzieciństwa (i „zablokowane emocje”), które często sprowadzają się do bycia ofiarą (przemocy, zaniedbania etc.). A zgodnie ze współczesnym paradygmatem Ofiara sama sobie jest winna i powinna pracować nad wzmocnieniem swojej „pewności siebie”, „samooceny” – co ma cudownie sprawić, że już więcej ofiarą nie będzie. Ot, cudowny środek na zewnętrzną opresję – zająć się widmem opresji wewnętrznej.

Reasumując, niezadbane „wewnętrzne dziecko” uosabia przemoc wewnętrzną, świństwa jakie sami sobie robimy na drodze rozwoju i świństwa, jakie robimy innym. Jaka jest na to rada? Neoliberalne „zrób sobie dobrze sam”. Wobec (powszechnych zresztą) wspomnień z dzieciństwa – lęku, odrzucenia, samotności, bezradności – należy przybrać postawę Kochającego Rodzica, którego w realu nie było lub był dysfunkcyjny czy nieuważny. Tu nie ma żadnej odważnej choć niedorosłej Gerdy, która wyrusza na poszukiwania Kaja. Nasze rekonstruowane życie rodzinne rozgrywa się jedynie w dorosłej (żeby nie powiedzieć siwej) głowie. Tam buduje się fantazje na temat siebie, tego jak mogło być, a nie było. Fantazjami o ochronie, miłości czy empatii naprawia się rzeczywistość. Pokochaj się sam (bo nie byłeś kochany), uzdrów się sam (bo nie ma nikogo, kto uzdrawia), gdyż jesteś odpowiedzialny za turbulencje w kontakcie ze sobą i światem. Uważam ten przekaz za najbardziej cyniczny (a może rozpaczliwy?) w narracji „wewnętrznego dziecka”.

Zmiana wewnętrzna jest w tej koncepcji utożsamiana ze zmianą rzeczywistości zewnętrznej, która nie jest ugotowana na twardo, a całkiem miękka, kształtowana według naszych wyobrażeń, resentymentów czy nastrojów. Niestety, to nieprawda. Częstujemy „wewnętrzne dziecko” kłamstwem.
Nasz dziecięcy uśmiech nie sprawi bowiem, że świat uniknie wojny.

* Dziecko pod samokontrolą i pozorna wolność

…w kontekście nowoczesnej „ekonomii politycznej” kultura terapeutyczna może być widziana jako rozprzestrzenianie się na niespotykaną wcześniej skale technik kontroli i samokontroli. …Zamiar odbiurokratyzowania, decentralizacji, promocja alternatywnych terapii i demedykalizacja życia społecznego wprost prowadzi do popularyzacji kultury czy ideologii terapeutycznej. [Małgorzata Jacyno, „Kultura indywidualizmu”, PWN 2007].

Wydawałoby się, że gdy już zaopiekujemy się „wewnętrznym dzieckiem”, to wpłyniemy na morze radości, spontaniczności czy kreatywności. Będziemy wolni od nienawiści i wolni do miłości. Taka jest obietnica pop-psychologów. Zadowolone „wewnętrzne dziecko” jako zezwolenie na spontan. Nic z tych rzeczy. Potężną – jeśli nie dominującą! – częścią bajki o „wewnętrznym dziecku” jest samodyscyplina, samoograniczenie, podobnie jak właściwą opowieścią psychoanalizy nie jest „odkrywanie nieświadomego”, a anektowanie nieświadomego przez świadomość, zdyscyplinowanie Id przez Ego. Trafnie, wydaje mi się, opisuje analizę transakcyjną Paul C. Vitz:

„podstawowy wątek gry moralnej w analizie transakcyjnej jest taki, że biedne, bezbronne, z istoty swojej szczęśliwe, dobre i twórcze dziecko, zarazem obciążone przez przyziemnego starego Rodzica, zostaje uratowane od przegranej w „grze życia” dzięki samoaktualizującemu, przetwarzającemu informacje komputerowi zwanemu Dorosłym”.
Dziecko potrzebuje figury dorosłego (wewnętrznej czy zewnętrznej) jedynie jako opiekuna, menedżera i meta-komunikatora. W zdrowym, dorosłym fragmencie psyche nie umieszcza się w tej opowieści ani miłości, ani ciekawości, ani twórczości.

Ta wolność „dziecka” jest więc wolnością pozorną, ograniczoną przez uwewnętrznione normy społeczne. Ogranicza się „rozlany potencjał” przed zrakowaceniem. System wymaga, by jednostki się łagodnie kontaktowały z innymi i nie wytwarzały problemów w płynnym przepływie informacji i dóbr. Idealnie jest, gdy ograniczy się nakłady na kosztowny aparat kontroli i przemocy, a system będzie regulował się sam (ref. narracja o „samoregulującym wolnym rynku”). Im więcej pozorów wolności na zewnątrz, tym system wymaga od jednostki większej samokontroli. Tak jak w hipermarkecie: brać, dotykać i pożerać można wszystko, ale przy kasie przychodzi rozliczenie, któremu „zintegrowana” jednostka się poddaje. Jednostki pozbawione wewnętrznych hamulców wobec kradzieży (ale szczęśliwie dla właścicieli nie pozbawione chciwości) karane są przez (dyskretną) ochronę. Analogicznie: „pozytywne zakręcenie” – tak; bunt, agresja, hejt – nie. Taka to „pełnia życia”.

Zadaniem właściwym w pracy z „wewnętrznym dzieckiem” wydaje się nie samoukojenie, a samodyscyplina. Inaczej rozbrykane dzieciaki zakłócą funkcjonowanie systemu, a za karę zostaną naznaczone etykietą, tym razem poważną, wykluczającą (schizofrenia, borderline, hejter, „niedojrzałość”). Praca z „wewnętrznym dzieckiem” ma być atrakcyjną drogą do łagodnego współistnienia – bo każdy akt agresji uniemożliwia swobodny handel, konsumpcję. Żyj i daj żyć innym? Nie. Konsumuj i daj konsumować innym. Wybierz swoje lajfstajle i daj swobodnie wybierać innym. I jesteś całkowicie odpowiedzialny za swoje wybryki, więc uspokój wreszcie swojego wewnętrznego bachora.

Czemu tak krytycznie odnoszę się do tej narracji? Choć sama mam doświadczenia z terapeutycznego opisu siebie „z poziomu dziecka”? Może dlatego, że ta koncepcja dorosłych infantylizuje, skarla, pomniejsza. Że umniejsza naiwnie świat. Umieszcza radość, twórczość, agresję, ciekawość, bunt, cierpienie i zdolność do miłości poza nami, dorosłymi. Przemyca w atrakcyjnym, indywidualistycznym przebraniu poczucie winy zamiast bohaterstwa wobec Życia. Już wolę Jasia i magiczną fasolę.

„Dziecko” w tej koncepcji jest ambiwalentne. Z jednej strony: upragnione źródło wolności, z drugiej- żywioł okiełznany przez Dorosłego. Tęsknota jakiej się boimy? O „dziecku” jako wyobrażonej przez „nową klasę średnią” figurze Innego – w kolejnym wpisie.

Źródła i inspiracje
Małgorzata Jacyno, „Kultura indywidualizmu”. PWN 2007.
Cytaty w podpunktach: Małgorzata Jacyno, „Kultura indywidualizmu”– jeśli nie stwierdzono inaczej.
Paul. C. Vitz, Psychologia jako religia. Kult samouwielbienia. Logos 2002.
Michel Foucault, Nadzorować i karać.

dziecko(3)- jako Inny

„Dziecko”, „wewnętrzne dziecko”, jako współczesny obraz Innego w szerokim cytacie z „Kultury indywidualizmu” Małgorzaty Jacyno.
I moja smutna myśl na marginesie o tym, że nie ma już inteligencji, a powstaje zdziecinniała miejska klasa średnia z głowami zanurzonymi w psycho-kulturze.

Przez odchylenia od normy […], a nie przez „bohaterskie wyczyny” jednostki budują doświadczenie własnej indywidualności. Tym samym przez proces indywidualizacji dokonuje się systematyczne włączanie tego, co było eliminowane i reprezentowane przez Innego. Inny – dziecko, szaleniec, przestępca – reprezentuje to, co nie zostało zdyscyplinowane i to, czemu przysługuje jakaś forma życia poza normą. Inny doświadcza zatem życia w sposób bardziej wolny, bo niezracjonalizowany.

Doświadczeniem Innego jest właśnie „pełne życie”, o które chodzi w etosie „nowej klasy średniej” […]. Uprzywilejowane znaczenie etosu „nowej klasy średniej” zdaje się przypisywać pozycji dziecka. Poszukiwanie „wewnętrznego dziecka”, „spontaniczność i naiwność dziecka”, bycie i doświadczanie „jak dziecko” – to popularne dzisiaj formuły poszukiwania i odzyskiwania „pełnego życia”, a zwłaszcza jednej jego wersji, mianowicie autentyczności, a autentyczność […] jest nie tylko wartością, ale wręcz świętością współczesnej kultury.

Wydaje się, że to dziecko, a nie na przykład kobieta, jest paradygmatycznym Innym współczesnej kultury indywidualizmu. Oprócz autentyczności, pozycji dziecka przypisane są bowiem także inne atrybuty, które dobrze współgrają z etosem „nowej klasy średniej”. Aktualne doświadczenie dziecka to „bycie nikim”, ale równoważone jest ono przez otwartą możliwość bycia wszystkim w przyszłości. Doświadczenie aktualnej nieklasyfikalności to także przypisywany dziecku hermafrodytyzm. Odpowiednikiem braku „wyraźnego kształtu ciała” jest tu brak tożsamości. Wolność związana z pozycją dziecka to otwartość na doświadczenia, poszerzona świadomość, nieinstrumentalny stosunek do rzeczywistości i nieuwarunkowany przez utylitarny motyw sposób widzenia świata. Wolność, jak jest udziałem dziecka, to wolność w doświadczaniu związana z brakiem doświadczenia. Brak przeszłości lub przeszłość zbyt krótka, by mogła determinować oraz nieoswojenie z pragmatycznym motywem – pozwalają w dodatku żyć dziecku cały czas teraźniejszością, czyli nie odkładając życia „na potem”. Dziecko nie potrafi też intelektualizować czy racjonalizować tego, co doświadcza. Z doświadczeniem radzi sobie za to w jedyny znany sobie sposób: po prostu je doświadcza. Pozycja dziecka daje strukturalną gwarancję tego, że życie nie będzie oszczędzane na „czarną godzinę”.

Przywilejem dziecka jest ponadto nieświadomość konieczności rządzących światem. Każdy z nas […] zaczyna życie jako bourgeois. Ten sposób życia kończy się wraz z utratą przekonania o możliwości magicznego wpływania na ludzi i rzeczywistość. Przekonanie, że wszystko jest możliwe i doświadczenia posiadania magicznej siły oddziaływania na innych (rodziców) jest jeszcze naiwnym odpowiednikiem dojrzałej już jej wersji, charakterystycznej dla etosu „nowej klasy średniej”, a wyrażającej się w odmowie przyznania światu znaczenia „twardej” rzeczywistości i postrzegania jej jako „konstruktu”. Światem, widzianym przez dziecko, nie rządzą przecież żadne twarde zależności przyczynowo- skutkowe.

Pozycję dziecka charakteryzuje wreszcie naturalny brak zdolności – co jest również ważne dla „nowej klasy średniej”- do udziału u „przedstawieniach”. Dziecko wyjawiając sekrety dorosłych, i kompromitując ich – przekłuwa mydlaną bańkę sztucznej rzeczywistości i gry pozorów. Nie traci przy tym ani uroku, ani niewinności, ponieważ nigdy nie robi tego „w dobrze pojętym interesie” – swoim czy innych, ale zupełnie bezinteresownie. Z tym darem przekłuwania mydlanej bańki świata pozorów wiązana jest w dodatkową moc objawiania „całej prawdy” o ludziach. Nigdy nie można też powiedzieć o dziecku, że udaje, czy ogrywa jakieś role, bo nawet kiedy to robi, to przecież jest przede wszystkim autentyczne i cały czas jest dzieckiem w tym, co udaje i w tym, kogo próbuje odgrywać. […]

Jakkolwiek pozycji tej przypisany jest brak doświadczenia, to w potocznym przekonaniu właściwe jej jest posiadanie pewnego rodzaju wiedzy, jak działać. Intuicja i instynkt to wiedza jaką posiadają dzieci i zwierzęta. Dziecięca wyobraźnia, która nie hierarchizuje, nie klasyfikuje i nie porównuje, i przez to daje takie widzenie świata, jakby przy każdej rzeczy stał „wykrzyknik” – jest wzorem „poszerzonej świadomości”. Trzeba jednak pamiętać, że kultura nowoczesnego indywidualizmu daleka jest od bezkrytycznej idealizacji pozycji dziecka. Jakkolwiek wolność, jaką dysponuje dziecko, jest wolnością gwarantującą „pełne życie”, tj. życie bez obowiązków, nieskrępowane przez konwenanse i utarte sposoby myślenia, to dzieciństwo jest jednocześnie identyfikowane jako czas opresji.

Upsychologizowana i zmedykalizowana wizja dzieciństwa – jako czasu życia w absolutnej zależności od innych i podatności na zranienia oraz jako stanu dzikości i nieumotywowanego okrucieństwa wobec innych – to równoprawne obrazy tego etapu życia. Przekonanie, że w kulturze indywidualizmu mamy do czynienia z wybiórczym uprzywilejowaniem jednej, tj. jasnej strony dzieciństwa, nie jest prawdziwe. Charakterystyczne dla tej kultury są raczej dwie różne i niezależne wizje tego etapu życia. Współistnienie tych dwóch różnych wizji uwarunkowane jest przez fakt, że w istocie odnoszą się one do dwóch różnych czasów doświadczenia związanego z dzieciństwem. Chodzi tu o dzieciństwo aktualnie doświadczane i o dzieciństwo retrospektywne, czyli dzieciństwo dorosłych.

Przypomnę w tym miejscu, że nie natura, ale „powrót do natury” stanowi coś w rodzaju archetypu kultury indywidualizmu. Podobnie też nie dzieciństwo i dziecko w ich aktualnym doświadczeniu, ale retrospektywne dzieciństwo i retrospektywne dziecko jest archetypem tej kultury. Dziecko odkrywane w sobie – „wewnętrzne dziecko” – oraz dzieciństwo, jako czas poprzedzający ucywilizowanie i skrępowanie, są wzorem „poszerzenia świadomości”. Paradygmatyczny typ tego retrospektywnego dzieciństwa stanowi proponowana przez rozmaite terapie „regresja”. „Regresja” to bezpieczny, dozowany i kontrolowany powrót do własnego dzieciństwa. Regresja pobudzana przez psychoterapię to regresja równoważona przez stabilne, zdolne do samoobserwacji, dojrzałe, osadzone w rzeczywistości i niepodlegające regresji ego […]. Jest to powrót do dzieciństwa „funkcjonalny” w odróżnieniu od tego, co Freud nazywa patologiczną żałobą, tj. związkiem z przeszłością, prowadzącym do odwrócenia się od teraźniejszości i przyszłości […]. O funkcjonalności tego powrotu do dzieciństwa stanowią oczekiwane rezultaty terapii, a tym oczekiwanym rezultatem jest wyzwolenie się jednostki z monotonii kompulsji i poszerzenie świata doświadczanych przez nią symboli i myśli w taki sposób, że jednostka przestaje sama sobie przeszkadzać, staje się bardziej żywotna i ekspansywna oraz w pewnym sensie nieprzewidywalna”.

cytaty z: Małgorzata Jacyno, „Kultura indywidualizmu” ,PWN 2007”.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *