Pochwala szakala

O przemocy słownej, poprawności politycznej i o rzekomym świecie bez agresji:

Agresja (impuls, popęd, działanie) jest be (AD1). A przemoc (celowa, ukierunkowana agresja) to już jest be w ogóle. Nie bijemy, nie krzyczymy, nie wyzywamy, nie hejtujemy. Używamy komunikatów „ja”, mówimy wprost o uczuciach i potrzebach, łagodnie i stanowczo „stawiamy granice”. Mowa-trawa, czyli „mowa żyrafy” tak. „Mowa szakala” – mowa czerwonego mięsa – nie. W języku nie ma być żadnej ironii, żadnego podtekstu czy szyderstwa. Złość jest „złą emocją” lub – w wersji light – „trudną emocją”. Gubimy się w poprawności politycznej, która jest niczym innym, jak przemocą narzuconym dyskursem, tak jakby nie było świata, a była tylko i wyłącznie narracja o świecie.

Buduje się nam wiarę w to, że jeśli z języka wyrzuci się jakieś słowo, to odpowiadające mu zjawisko przestanie istnieć. Nazwiemy „ministra” „ministrą” i tak stworzymy równość. Zastąpimy „kalekę” „niepełnosprawnym” i nikt już z inności nie będzie się śmiał. Ta wiara w cud tak cudownie infantylna! Dzieciaki chowają pod kocykiem, a wtedy ich świat przestaje istnieć. Wystarczy zamknąć oczy i stać się niewidocznym. Fajne, ale już wyrosłam z tego, bo tak świat nie działa.

Oczywiście, społeczne ograniczenie agresji ma sens. Bardziej bowiem opłaca się być grzecznym. Dam coś, to i mnie może coś dadzą?! Grzeczność pochłania mniej energii, gdy wokół nas są sami obcy – gdy musimy definiować ich status za każdym razem, gdy jakichś obcych widzimy. W małych społecznościach wiadomo: Heniek od Kaśki trochę nerwowy jest, ale to szwagier, świekra jest spokojna choć złośliwa, a nasz sąsiad jest naszym sąsiadem i lepiej z nim współdziałać. A tam za rzeką mieszkają nie-ludzie, dziwni tacy, Niemce. Nie żyjemy już w małych grupach (a nawet jeśli, to z telewizorni atakują nas różne figury i gadające głowy). Nasz umysł, jak za czasów współżycia z tygrysami szablozębnymi, ciągle po cichu wykonuje pracę, którą w małych, odizolowanych grupach robi się raz a dobrze. Czy ten obcy, którego mijamy na ulicy, to wróg czy przyjaciel? Uderzy, nie uderzy? Na jakim miejscu stoi w hierarchii? W nienormalnym świecie domów ustawionych jeden na drugim, braku szerokiego widoku na sawannę i co dzień mijanego tłumu obcych, ciągle podskórnie dokonujemy oceny. Łatwiej funkcjonować przy założeniu, że i mnie, i obcego krępuje nakaz hamowania agresji – więzy grzeczności. Nie musimy ciągle prężyć muskułów, potwierdzać swojej pozycji, szczerzyć kłów. To męczy.

Agresję/asertywność (czyli agresję w słodkim opakowaniu) usprawiedliwia tylko jasno nazwana cudza agresja. Obserwowałam to na kursach samoobrony dla kobiet. Czy jak facet złapie za rękę to jest „agresja”? A jak zwyzywa? A jak złapie za gardło? A jak to gardło ściśnie? A jak gardło pogłaszcze – czy to jest „agresja”? Już? Mogę kopnąć? Niektóre kobiety czekają, żeby ktoś inny nazwał to, co się dzieje. Tak, to jest agresja”, mówi Ktoś (w didaskaliach), rozwiązuje wahanie, prostuje ambiwalencję i wtedy kobieta może zacząć się bronić. Choć też różnie z tym bywa: agresja skojarzona jest bowiem z brudem, brakiem wdzięku, brzydotą. Niekobieca jest. Eleganckie panie nie wsadzają bandziorom palców w zasyfione uszy, ani też nie drapią nowymi tipsami po zaropiałych oczach. Krew, ślina, rzygowiny, pot. No i, nie daj Boże, sperma. Fuj!

Napisałam „jasno nazwana cudza agresja”. W świecie wojen hybrydowych, gdzie słowa tracą wartość, a opis nie odnosi się do faktów z ziemi-tej-ziemi, spokojnie da się rozegrać sprawę za pomocą nienazwanych zielonych ludzików. Zostaliśmy bowiem wytresowani zarówno w tym, że ktoś inny stwierdza, co jest agresją, jak i w tym, że sami nie możemy jej użyć. Napływ nieokiełznanej tłuszczy nie jest już w politycznym dyskursie „atakiem” (agresja jest be), a skoro nie jest to atak, to i bronić się nie wypada (agresja jest be po raz drugi).

Wydaje się jednak, że gra społeczna, pt. „jeśli bijesz, ja biję, jeśli dajesz, to i ja daję”, jest nie do pokonania. Ta gra wymaga nie tylko umiejętności oceny wartości (daję tyle, ile ty dajesz), ale też całkiem realnego prężenia muskułów i mobilizacji sił w odpowiedzi na atak.
Niektórzy wierzą, że tę drugą część (agresja, siła, przemoc) da się ominąć. Do wierzących należy, m.in. Marshall Rosenberg, twórca koncepcji Porozumienia bez Przemocy. Koncepcja jest prosta: nie oceniamy a mówimy, co zaobserwowaliśmy; informujemy o naszych uczuciach, a uczucia odnoszą nas do naszych potrzeb; jasno komunikujemy potrzebę, bo agresję wyzwala nie ofiara, ale nasza własna niezaspokojona potrzeba. Agresję rozbraja się właściwą komunikacją, topi we współczującym, aktywnym słuchaniu i samoświadomości. Brzmi to ładnie i z pewnością spontanicznie nam wychodzi, gdy rozmawiamy z kimś, z kim wiąże nas intymna bliskość. W moim odczuciu jest to jednak koncepcja naiwna i wykastrowana. Sprawia kilka poważnych kłopotów. Agresja nie jest tutaj wrodzona, ale wynika z niezaspokojonych potrzeb, zwłaszcza wyższych – ludzie są „z natury” dobrzy. Po drugie, tak naprawdę nie znamy swoich uczuć: konia z rzędem temu, kto rozpozna swoje prawdziwe potrzeby i żyje w nieustannej samoświadomości, zgłębiając bez przerwy wybrzuszenia nieświadomości. Całe życie miotamy się, nie wiedząc, co tak naprawdę jest nam potrzebne. Po trzecie, problemem jest gradacja czy wewnętrzny konflikt potrzeb. Nie ma również wystarczających zasobów, by zadowolić potrzeby wszystkich. Zaspokojenie potrzeb wymaga niekiedy konfliktu z innymi. Ale tu konflikt omija się sprytnie: nie żądamy bowiem spełnienia potrzeb a pokornie prosimy, otwierając się bezradnie na poczucie niespełnienia (lub też dobieramy inne strategie zaspokojenia potrzeby). Po czwarte, z ludzkiego języka wycina się podtekst, dwuznaczność, czyli właściwie podstawę ludzkiej komunikacji i humoru. Robi się zero-jedynkowo. „Porozumienie bez przemocy” jest komunikacją nienaturalną, musi być wyćwiczona do automatyzmu. Wycina się „ocenę”, „ego” zgodnie z buddyjskim paradygmatem. No i nie da się z każdym tak rozmawiać. Wymaga intymności – ale jaka tu intymność z człowiekiem zredukowanym do świadomej wiązki dziewięciu bazowych potrzeb?
Opozycjonistów Rosenberg pyta retorycznie: „Czy chcesz mieć rację, czy być szczęśliwym?”. Retorycznie, bo wszystko ma blednąć w obliczu naszego „szczęścia”. Ale ja odpowiem, całkiem nieretorycznie: tak, niewolnik woli być szczęśliwy. Wolny wie, że ważna jest racja, czasem tak nad-wartościowa, tak nad-jednostkowa, że za nią godzi na „dyskomfort”, na cierpienie, na śmierć.

Z agresją, a raczej jej zaprzeczeniem/okiełznaniem, kojarzy mi się nieodmiennie lemowski „Powrót z gwiazd”. W świecie „127 lat później” agresję ograniczono chemią za powszechną (choć na początku wymuszoną) zgodą. Skrzywdzenie kogokolwiek, czy czegokolwiek, wywołuje ból. „Nastąpiła redukcja agresji” – piszą bezbarwnie naukowcy lemowskiego świata. Oto świat betryzowany, gdzie losowość, agresja, krew, indywidualizm, ryzyko, ciekawość, sport, niepewność, jawna przemoc podpierająca prawo – nie istnieją. A co za tym idzie: jakikolwiek wartościowy wybór, budujący ludzką egzystencję, jest niemożliwy. Nie ma się przeciw komu buntować. Nie ma jak siebie zbudować – można być tylko dowolnie kolorową papką, bo wolność wyboru jest nieograniczona i nie wiąże się z wyrzeczeniem. Wszystkie potrzeby zostają zaspokojone – nomen omen do tego zmierza wizja Rosenberga. Można mieć wszystko bez wysiłku, bez stresu, bez niebezpieczeństwa – nawet emocje, nawet przestrach, namiastkę atawizmów, da się kupić w teatrze. To, co poruszające, zaskakujące, mocne: gwałtowność seksu, namiętność, pożądanie – ograniczone zostaje brytem;  ultranowoczesnym, feministycznym odpowiednikiem czarnej polewki. Eksploracja innych planet – a po co? Razem z agresją zanikła ciekawość i gotowość do podjęcia ryzyka. A obok cicha przemoc wobec warstwy robotów-niewolników-dostarczycieli przyjemności, bardziej zanurzonych w życiu niż żywi ludzie. AD2)

Ahimsa, nie da się ukryć, jest mrzonką. Oczywiście można spędzić życie w maseczce, nie oddychając i nie jedząc, wypierając fakt, że lwy naprawdę zabijają, szympansy naprawdę walczą, krew jest naprawdę krwią a nie czerwoną farbą, a ludzie bywają naprawdę podli. Można betryzować koszmary, potwory i szakale. Można – a nawet trzeba! – mieć górnolotne ideały. Ale mam złą wiadomość: świat bez agresji nie istnieje, przynajmniej w tej nogawce czasu. Zawsze żyjąc (walcząc o swoje życie, stając po stronie swojej wolności, czy tylko dyskutując) będziemy odbierać coś innym, będziemy odbierać coś światu. Choćby iluzje, choćby najdrobniejsze, pozbawione świadomości życie. Nie da się żyć, nie krzywdząc, nie pożerając innych. Nie ma równości, świat nie jest fair. Nie da się żyć inaczej jak kosztem innych, kosztem świata, na cudzy koszt.
O paradoksie: powinniśmy więc być wdzięczni światu, bo wszyscy w nim zawiniliśmy, żyjąc.
* * *

Źródła i dalekie inspiracje
„Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy” Marshall B. Rosenberg w rozmowie z Gabriele Seils, Czarna Owca , Warszawa 2009

AD1: Agresja wg WHO: „Celowe użycie siły fizycznej lub władzy, sformułowane jako groźba lub rzeczywiście użyte, skierowane przeciwko samemu sobie, innej osobie, grupie lub społeczności, które albo prowadzi do albo z którym wiąże się wysokie prawdopodobieństwo spowodowania obrażeń cielesnych, śmierci, szkód psychologicznych, wad rozwoju lub braku elementów niezbędnych do normalnego życia i zdrowia”.
Betryzowany, betryzacja – terminy-neologizmy Stanisława Lema ze wspomnianej powieści „Powrót z gwiazd” 1961, od ang. better – lepszy, lepiej.
AD2: Takie dalekie skojarzenie post-lemowe, pół żartem ale całkiem serio:
Look what they`ve done to my brain, Ma
Look what they`ve done to my brain
Yeah, they picked it like a chicken bone
And they think I`m up insane, Ma
Look what they`ve done to my brain.
Yeah, they tied it in a plastic bag
And they shook me upside down Ma
Look what they`ve done to my song
Look what they`ve done to my song. (Melanie Safka)

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *