Naqoyqatsi

O związku psychologii z kapitalizmem i jej próbach dostosowania jednostki do Systemu:

Złośliwa recenzja Jasia Kapeli książki pana Albińskiego Jak czuć się dobrze, gdy cię wywalą, bo że to się stanie, to pewne  dała mi asumpt do przemyśleń na temat intymnego związku (no, dobra, perwersyjnej kopulacji) pomiędzy psychologią, państwem a kapitałem. W tytule książki mamy dwie strony: „czuć się dobrze” oraz „wywalą cię i to pewne”. Obie te strony tańczą wokół wspólnego środka, naszego axis mundi: PRACY, który to środek organizuje nasze postrzeganie siebie i otoczenia. Wytresowani jesteśmy w odnoszeniu siebie do ideału produktywności. Bezrobotny, niepracujący/a, szukający pracy, wypalony zawodowo, pracujący na własny rachunek, na umowie, w pracy-misji, w pracy-pasji, w korporacji tej czy innej – to nas określa, więc i frustruje.

„Zdolność do pracy i miłości” – takie freudowskie motto pewnie wszyscy słyszeli w psychoterapeutycznym gabinecie. To definicja Zdrowia, Rzeczy świętej. Ten, kto jest niezdolny do pracy (lub/i miłości) powinien się „leczyć”, „pracować nad sobą”, wrócić do społeczeństwa i produktywności. Kto odmawia, jest „nieuleczalnie chorym”, buntownikiem, leserem, świnią żyjącą z cudzego trudu. Padają pytania: czy życie osoby chorej psychicznie ma sens? Czy taka aktywność jak siedzenie na progu i patrzenie bezmyślne w dal ma sens? Czy jeśli ktoś żyje z pomocy społecznej (czyli naszej) całe życie to tak-bezczelnie-może?

Niegdyś ideałem była płodność (te wszystkie Wielkie Matki i Wielkie Penisy w kulturowych wariacjach wszelakich), potem zbawienie duszy (wiemy kiedy) a potem: produktywność. I wypływający z niej „niezaadaptowanie”, grzech główny równy lenistwu. Nieprzystosowanie.

I tu wkracza na scenę nauka nowa, psychologia. Jej ścieżki pilnie trzymają się liberalizmu i kapitalizmu, gdy próbuje -od jakiegoś wieku- stawić czoła prostemu wyzwaniu: jak właściwie dostosować materiał ludzki do potrzeb Systemu. Psychologię postrzegać można jako projekt polityczny, w którym – w imię ideałów produktywności – tworzy się ideał „szczęśliwego człowieka”, żeby z niego wycisnąć jak najwięcej dla korporacji, państwa, życia społecznego. Psychologia dała narzędzia pomiaru różnic indywidualnych, dane zagregowała w nowe pojęcia i umożliwiła naukowe, obiektywne zarządzanie ludzkim subiektywnym światem. W obowiązującym dziś dyskursie neoliberalnym człowieczeństwo się mierzy, przedstawia na skali i zmienia, manipulując parametrami. A czy psychologia to pseudonauka, pytają niektórzy? – nie, metody statystyczne są naukowe, tylko pojecie człowieczeństwa jakby sfiksowało.

W ogromnym (i upraszczającym) skrócie taka to miłosna historia: warunki konkurencji i wojny światowe zmusiły państwa zachodnie do wykorzystania „materiału ludzki” do maksimum. W czasie I wojny światowej (a była PIERWSZA wojna światowa) pojawiły się pytania: jak zmniejszyć absencję robotników przemysłu zbrojeniowego? jak szybko leczyć stres pourazowy by żołnierze -sprawni – mogli wracać na front? I stwierdzono, że niezdolnośc do walki nie wypływa z urazów dzieciństwa a z braku higieny psychicznej, umiejętności adaptacji. Że ową higieną psychiczną da się zarządzać. Że robotnicy, o których warunki pracy się dba, pracują wydajniej. Zadowolony robotnik to wydajny robotnik: w świecie pracy narodziło się „czuj sie dobrze”. I pojawiły się nowe pojęcia i techniki zarządzania.

Zaczęto operować statystykami, wielkimi liczbami w których zawierały się i straty materialne i „zasoby ludzkie”. Psychologia pozwoliła owe „zasoby ludzkie” wymierzyć, uczynić widocznymi różnice indywidualne: inteligencję można było wymierzyć, zwizualizować, wyliczyć i nią zarządzać. Można więc było dobrać jednostkę do odpowiedniego stanowiska, tak by zmaksymalizować siłę bojową. Co więcej, pojawił się -u boku państwa i kapitału- ekspert, psycholog, za owo wielkie „obiektywne, normatywne i naukowe” mierzenie odpowiedzialny. Uznano, że -żeby w pełni wykorzystać potencjał jednostki- należy pochylić się nad jej potrzebami, dzieciństwem, przekonaniami. Jednostka z jej życiem emocjonalnym, rodzinnym, społecznym, duchowym mogła się znaleźć w centrum zainteresowania państwa. I tak, przy pomocy psychologii, państwo wkroczyło na teren subiektywności, indywidualności, do tej pory nieuchwytnej.

Z czasem wykluło się pojęcie „postawy” zastępujące pojęcie indywidualnej wolę, charakter, uczucia. I stwierdzono, że ową postawę da się także ubrać w liczby oraz ją zmieniać: racjonalnie (pozornie) zarządzać metodami administracyjnymi. Inaczej też zaczęto pojmować „grupę”, która nie była już postrzegana jako luźny zbiór jednostek a rządzący się swoimi prawami twór, który dzięki więziom solidarności- prowadził ludzi do walki i zmniejszał stres bojowy. Doceniono, że dyskusje grupowe zmniejszają przypadki „wojennych neuroz”. Odkryto wagę informacji w minimalizowaniu stresu pourazowego (naloty na Londyn nie zwiększyły, jak przewidywano, ilości chorych psychicznie- ludność cywilna miała wiedzę jak postępować). Dostrzeżono potęgę komunikacji i informacji zwrotnej. I to, że prosta propaganda i bat nie „chwyta”.

Żyjemy do dziś w świecie opartym o zasadę wojny, konkurencji, w wielkim Naqoyqatsi. Nic dziwnego w tym, że doświadczenia z czasu wojen przenoszono na produkcję powojenną: wybór ścieżki zawodowej, dostosowanie parametrów „zasobu ludzkiego” do wymagań miejsca pracy (i na odwrót), zarządzania postawami, zarządzanie informacją, tworzenie grup nieformalnych i samosterujących się, przywództwo, komunikacja, decentralizacja, poczucie spełnienia i szczęścia. Brzmi znajomo? Ubezpieczenie społeczne związało każdego z państwem, Wielkim Mierniczym, a poczucie spełnienia wiązało z pracodawcą, Wielkim Tatą. Założono, że zagłaskany, zadowolony robotnik odpowie zaangażowaniem w pracę. Witany na progu przez żonę w fartuszku i karnie stojące w rządku dzieci, obrzuciwszy wzrokiem nowe nabytki, nie będzie się kapitałowi stawiał. Nie będzie potrzebował związków zawodowych, nie zakwestionuje niczego a problem absencje, konflikty, strajki da się rozwiązać poprawą warunków i psychologiczną pracą. Na przykład, pracą nad złością, którą to złością da się zminimalizować właściwie dobranym stylem zarządzania.

Z tą iluzją zderzono się w latach 60′ i 70′ XX wieku, gdy okazało się ze zdecentralizowane przedsiębiorstwa nie osiągają rezultatów i bledną wobec konkurencji nowych gospodarek. Jak to? Przecież pracownik miał być wdzięczny za pseudo-wolność…? A że cele instytucji przeważają-jakżeby inaczej- nad celami jednostkowymi, zaczęto szukać nowych sposobów manipulacji. Zaczęto -znów- proces „obiektywnego” mierzenia ideałów zarządzania zasobami ludzkimi, jednostkowej efektywności, eksperckich racjonalnych wskaźników. Udano się także na psychoanalizę grupową by rozwijać tolerancję na emocjonalne aspekty pracy w grupie. Na początku „grupowali się” menedżerowie i pracownicy, potem budując późniejszą modę na „grupy rozwojowe”, potrzebę samo-świadomości, introspekcji. Dostarczono zewnętrzne miary do samo-oceny: bat miał się stać niewidoczny, dostarczony przez ekspertów-psychologów, przeniesiony na płaszczyznę samo-postrzegania jednostki. Uznano, że zdrowy psychicznie człowiek chce pracować, i że praca musi być dla niego nie tylko źródłem zaspokajającym potrzeby społeczne (np. przynależności) lecz także źródłem sensu i miarą samooceny, drogą do samo-doskonalenia i samo-spełnienia. Pojawiło się więc pojęcie „jakości” czy „zarządzania przez jakość” oraz nowe ideały zarządzania personelem, bazujące na nowej koncepcji człowieczeństwa. Pobrzmiewa w nich Maslow, Fromm, Rogers z ich wizją człowieka dążącego do samorealizacji, człowieka, który chce wygrać siebie. Praca nie była już sposobem zaspokajania potrzeb, ale koniecznym i oczywistym miejscem rozwoju. Z czasem spróbowano zmniejszyć kapitalistyczny stres bojowy przez „zarządzanie ryzykiem”, kooperację, autonomię, integrację wokół celu. Pojawiła się psycho-moda na holizm, kreatywność, nieracjonalne, transcendencję (praca-misja, oddanie pracownika misji organizacji, służba) oraz wpływ feminizmu: miękkie style zarządzania, wrażliwość, empatia. „Czuj się dobrze” nadal w czołówce.

„There is no longer any barrier between the economic, the psychological and the social”, pisze Nikolas Rose [„Governing the soul.” 1999]. Praca zrównano z samorozwojem, stała się niezbędnym składnikiem człowieczeństwa. I tak pokochaliśmy Wielkiego Brata.

Proszę nie śmiać. Piszę o ideałach, o nowych pojęciach, o psychościemie, którą oddychamy. Nie da się- jak wiemy- miękkim pluszem zakryć niesprawiedliwości systemu, wyniszczającej konkurencji, absurdalnej nadprodukcji, napęczniałej bańki iluzji. Uderza w tym hipokryzja psychologii, drastyczna rozbieżność między postulatami HR a faktyczną realizacją. Dziś mamy mnóstwo socjo-technik zarządzania personelem, które w zasadzie opierają się na jednym: ukształtować przez warunki pracy (marchewka i kij, głaskanie ego) pracownika (czyt.zasób-cyfrę) tak, by zwiększał produktywność. Wyrzucić, gdy nie będzie potrzebny, by nie zmniejszał konkurencyjności. Proste.

Niestety, nie udało się ukryć także innej rzeczy: pracownik ma także życie poza pracą. I to życie wyzwolone z rygorów, życie po pracy należało także Wielkiemu Mierniczemu/Korporacji podporządkować, skłonić do konsumpcji właściwej ideologii (kredyt, mobilność, elastyczność, kreatywność). I na to życie rozszerzyć koncepta korporacyjne/wojenne sposoby zarządzania. Jednostka poza pracą też jest przecież żołnierzem. I stąd zwiększa się ciągle rola aniołów naszych, psycho i kołczów, którzy spieszą by utulić nas do piersi (czuj się dobrze, wygraj życie), podbudować nasze morale (kryzys znaczy sukces, możesz więcej!, wykorzystaj zasoby-każdy jakieś ma) oraz przekazać właściwą postawę (praca miejscem spełnienia, praca-pasja, samo-sterowność/dojrzałość). Pastwo dzierżąc obiektywne psychologiczne argumenty wkracza w obszary, które do tej pory nie były interesujące. Reguluje nam życie rodzinne, życie intymne, dzieciństwo, zdrowie, więzi z innymi. Troszczy się (karami i kampaniami) o to, byśmy prowadzili zdrowe życie i nie włazili na pasy na czerwonym świetle. Bo państwo jest przekonane, że bez tego zgwałcenia indywidualnego życia przewagi konkurencyjnej utrzymać się nie da.

A rola psychologii? Ambiwalentna. Z jednej strony poprawa warunków pracy i życia. Mamy „instytucje państwowe”, pomoc medyczną, ustrukturyzowane życia, „satysfakcję z pracy”, „szacunek społeczny” a dzięki produktywności – pełno towarów, że wybierać i przebierać. Osoby, które nie są produktywne (uśrednione, uspołecznione) zmuszone są do „pracy nad sobą”, do „leczenia”. Co z jednej strony dobrze, bo może – z jednostkowego punktu widzenia-zmniejsza się ich cierpienia. Szczęśliwi jesteśmy – a nasze szczęście skrojone na miarę wyobraźni Wielkiego Mierniczego. Nie jest też tak, że jakaś „tajemna grupa trzymająca władzę” coś narzuca. Takie spojrzenie na człowieczeństwo -w czasie wojen i warunkach wiecznej konkurencji -narzucało się samo. Nie da się jednak ukryć: państwo/kapitał i psycho współpracują w zawłaszczaniu kolejnych obszarów naszej wolności. Imperium psychobiznesu/psycho-oddziaływań zbudowano ręką w rękę z państwem i kapitałem, dającym i finansującym psychobiznesowi /psychologom i psychiatrom środki przymusu.

Niektórzy twierdzą, że z tej ponurej zaborczej „naukowości” wyzwolić nas może psychoanaliza. Gównoprawda. Psychoanalitycy -a był to przecież w okresie wojny i powojennym trend wiodący- dołożyli swoją cegiełkę do budowy kapitalizmu, przekierowując konflikt kapitału z pracownikiem na wczesnodziecięce urazy pracownika, tropiąc agresję wewnątrzgrupową by nie dopuścić do buntu czy też budując psychoanalityczne grupy spotkaniowe, pozbawione celu oprócz analizy uczuć, postaw i relacji oraz budowaniu wewnętrznej potrzeby samo-świadomości.

Pozornie zobiektywizowana i uwewnętrzniona miary poczucia wartości, eksperckość, sterowany indywidualizm, produktywność, życie jako walka, konkurencja, „czuj się dobrze”, praca jako źródło dobrego samopoczucia i wysokiej samooceny… Ktoś , kto na tym buduje swoje życie a komu nagle wykopuje się taki stołeczek spod nóg, cierpi. Nie powie mu ekspert co ma robić a czuć się musi obowiązkowo dobrze. Biedaczek. Otwierają się przed nim wrota pseudo-wolności, wolności BEZRADNEGO najmity, pokiereszowanego żołnierza po rozejmie.

I tak, żyjemy w pozycji niewolników i ustawiamy się w kolejce jeśli biurokracja da nam kilkuzłotową pseudo-zniżkę na bilety miesięczne. Żremy się w dyskusjach o to, co państwo, Wielki Mierniczy i Wielki Brat, „dać musi” i jakie wartości „ma chronić”. Żyjemy w świecie Mierniczego, który w zadufaniu mierzy i waży człowieczeństwo; który terapiami próbuje przemielić szaleństwo na MOM by zrobić z niego „coś produktywnego” i wrzucić w System; który ludzki akt wolności jakim jest samobójstwo przerabia na chorobę. Bo jedynym kluczami do człowieczeństwa jest dziś psychologia i ekonomia. I tu już nie wiadomo czy „czuć się dobrze” czy „bo cię wywalą” jest gorsze, bo jedno i drugie trzyma nas w szachu. Kiedy wreszcie „do domu wrócimy, w piecu napalimy i nakarmimy psa”, proszę mnie nie pytać. Jak na razie toczy się „tylko zwyciężymy, bo to ważna gra”.
Huk już wie o co.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *