Jak (nie) zostałam geologiem

… O testach zawodowych i wyższości samopoznania

Dawno dawno temu, pewnej jesiennej, deszczowej soboty wybrałam się na drugi koniec Miasta, by zmierzyć się z testami psychologicznymi dotyczącymi preferencji zawodowych. A nuż drzemią we mnie ukryte talenta, na których zbiję majątek w drugiej połowie życia? myślałam przedzierając się przez kwestionariusz WKP (Wielowymiarowy Kwestionariusz Preferencji), Temperamentu EAS i test inteligencji APIS-Z. Już same nazwy owych płacht sprawiły, że poczułam się bardzo naukowo i jeszcze bardziej sennie.

Tydzień później, w taką samą deszczową sobotę (deszcz nie ustawał), pojechałam po wyniki w to samo miejsce, do tej samej chłodnej jesiennej pani.

Po omówieniu wyników, które w żaden sposób mnie nie zaskoczyły, co znowu mnie niemile zaskoczyło, nadstawiłam ucho na definitywne rezultaty. Pani miała jednak minę czegoś niepewną.

-Wie pani, eee, system nic nie wyrzucił…

Zmroziło mnie: dostawałam oto dowód czarno na białym że nie mieszczę się w społecznej strukturze zawodowej. Pewnie innym system wyrzuca, ja jakaś inna.

-Proszę?

-System nic nie wyrzucił. Zbyt duże rozbieżności wyników. Ale pani zapłaciła, tak nie można, żeby bez zawodu i ja dla pani zawód wybrałam. Geolog.

Geolog to zawód oddalony od moich wszystkich wykonywanych i wyuczonych zawodów o lata świetlne, to nawet nie ta sama galaktyka. Przeleciały mi przez głowę skojarzenia z geologią. Owszem, obok mojego akademika był Wydział Geologii. Na wykopaliskach archeolo przedzierałam się przez kolejne coraz ciekawsze warstwy gleby. I owszem, rozróżniam parę kamieni półszlachetnych. W Coober Pedy (centrum wydobycia opali) nauczyłam się co to dublety i triplety a w domu z sentymentu za Australią trzymam garść bezwartościowych, ale ładnych mlecznych opali. Wiem, jak tworzą się wulkany. Klaustrofobicznej ciemności jaskiń nie znoszę. Skamieliny amonitów podobały mi się zawsze a o diamentach wiem tyle, że są ponoć moimi najlepszymi przyjaciółmi. Niestety nieobecnymi. Troszku mało, myślę niewesoło, żeby tym geologiem zostać.

-Ale dlaczego geolog? – dopytuję się. Jeśli już to wolałabym zawód cyrkowca. Konie, słonie i foki lubię, ale tego nie było w teście.

-No, bo pani wyszły zainteresowania biologiczne (cóż, nigdy nie lubiłam biologii, ale to prawda, że umiem odróżnić dziesięć gatunków drzew, co miało być w teście wyznacznikiem „zainteresowań biologicznych”); lubi pani kontakt z przyrodą (hmm, tego nie da się uniknąć zwłaszcza jesienią, gdy pająki z mojego winobluszczu wpraszają się do domu…), no i jest pani introwertyczna, więc nie może pani pracować z ludźmi (to akurat bzdura zasługująca na nagrodę roku Zwierciadła i Nonsensu, ale to przecież pani psycholog, co ja mam do gadania…)

-A mój obecny zawód?

-No nie, zdecydowanie nie ma pani wystarczających zdolności.

Ciekawe, zadumałam się, od kilkunastu lat wszyscy są innego zdania. Moi wykładowcy pozwolili mi skończyć podyplomówkę z wyróżnieniem; szefowie regularnie wspomagają mnie premiami, chwalą klienci i koledzy, ja również z siebie i z pracy jestem zadowolona, no ale system nie wykazał. Czyżby mnie wszyscy wokół oszukiwali?

Włączył się we mnie jednak zawodowy instynkt osoby pracującej z systemami:

-Ale jaka definicja zaszyta jest jako opis mojego zawodu?

Pani czyta. No, tak, to właściwie opis innego zawodu, analityka logistycznego, zupełnie nic z zakresem moich zadań nie mającego wspólnego. System o tym nie wiedział. Widać rzeczywistość przerosła system, panią również, pewnie dawno nie aktualizowani.

Nie piszę tego wszystkiego, żeby zniechęcić, zwłaszcza młodych ludzi, do diagnostyki zawodowej. Lepiej przyjrzeć się zawczasu swoim predyspozycjom w gabinecie psychologa, oszczędzając sobie nerwów zmiany kolejnych stanowisk, i nie testując siebie kosztem pracodawcy i kolegów, zwłaszcza w warunkach kryzysu. To banalna prawda, ale prawda: praca musi nam dawać choć odrobinę satysfakcji i odpowiadać naszym preferencjom. Jednak zawsze należy zacząć od podstaw: definicji pojęć i zakorzenienia w rzeczywistości. Systemy, na których pracują doradcy zawodowi, bazują na pewnych definicjach i założeniach, które nie muszą być prawdą. Na przykład nie musi być prawdą założenie WKP, że to, na co najwięcej poświęcamy czasu i co lubimy robić będzie wykonane dobrze i może być naszym zawodem. To, że ćwiczę się z przyjemnością w sztukach walki nie oznacza, że robię to dobrze i mogę taką aktywność komuś sprzedać. Lub też: to, że nie rozwiązuję w wolnych chwilach zagadek matematycznych nie oznacza, że nie potrafię użyć moich umiejętności logicznych w pracy czy nauce. Pracodawca będzie oczekiwał konkretnych wyników. Nie ma pracy, w której wykorzystamy nasze wszystkie predyspozycje i umiejętności. Rzadko zdarza się, że zakres obowiązków odpowiada nam w pełni: są czynności jakie lubimy robić i te, które lubimy mniej, ale do wykonania – zgodnie z wymaganiami organizacji- będą wszystkie. Ideałem, jaki lansuje się w mediach ostatnio, jest połączenie pasji z pracą. W rzeczywistości ludzie mają wiele zainteresowań i nie wszystkie chcą lub mogą realizować w pracy zawodowej a bez pasji też da się pracować z satysfakcją.

Na koniec spotkania, rozbawiona nieco, pytam jesienną panią:

-Czy sugeruje pani, że powinnam zmienić zawód?

-Ależ nie! Dla pani już na późno…

I tak trzy stówy poszły, żeby dowiedzieć się, że geologiem nie zostanę, że jestem jaka jestem i że rzeczywistość jest lepsza od diagnostycznego programu psychologicznego.
Cholera, wiedziałam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *