Analgezja

O depresji jako buncie – przeciwko kulturze produktywności i oddzieleniu od Natury:

Ludzie dotknięci analgezją nie odczuwają fizycznego bólu. Żyją krótko, na granicy przetrwania, pozbawieni ważnej, choć nieprzyjemnej informacji zwrotnej o zagrożeniu. My też -jako zbiorowość- pozbawiamy się takiego mechanizmu, uciekając przed cierpieniem. Media jak co roku jesienią podjęły bohatersko temat depresji. Medonet wzrusza nas prostym zestawieniem. Abstrahując od manipulacji pojęciem „depresja” i widocznym umedycznieniem smutku, uderza mnie – jako znaczący – sposób zestawienia statystyk.

Najpierw dostajemy oszacowaną liczbę ludności dotkniętych depresją (350 mln), także w ujęciu procentowym. Potem: roczne ekonomiczne koszty depresji. Sytuacja w Polsce i rosnące statystyki samobójstw. No i dalej: tysiące lat produktywności utraconej (a to cios dla naszego pięknego kraju na drodze rozwoju), potworne obciążenia ZUS-u (co z naszymi emeryturami!) i liczona w latach absencja (my tu zapieprzamy a oni…).

Całość mam wrażenie nastawiona na obraz: tak, depresja to straszna choroba, która wycofuje z rynku osoby w wieku produkcyjnym, obniża efektywność pracy i obciąża ZUS. I ciągle za mało pomocy. Bo jakbyśmy zaczęli terapeutyzować się wszyscy to problem depresji zostałby rozwiązany… NFZ ciągle za mało wydaje na pomoc depresantom, sugeruje zestawienie.

Skąd ten alarm?

Ano stąd że depresja to bunt, to bezczelna ucieczka. Jak pokazuje zestawienie Medonetu czarno na białym, choć w podtekście: depresja to bunt przeciwko kulturze produktywności.

Z wypowiedzi  psycholog Magdaleny Nowickiej :

„Teorie socjobiologiczne zakładają, że depresja to forma reakcji adaptacyjnej, która nakazuje zwolnić, zawiesić życiową działalność po to, żeby organizm zregenerował siły, których mu zabrakło. Zaburzenia depresyjne są znakiem naszych czasów. Przez zawrotne tempo życia przestajemy dostrzegać rzeczy, które sprawiają nam radość. Funkcjonując w ciągłym pędzie nie możemy pozwolić sobie na dłuższy odpoczynek, bo sądzimy, że powinniśmy skupić się na karierze, zarobkach i konsumpcji. W pewnym momencie doprowadzamy do stanu, w którym nasz organizm odmawia posłuszeństwa i odczuwa potrzebę wytchnienia. Patrząc z tej perspektywy, coraz częściej narażamy się na wyczerpanie tych pokładów i nie zawsze potrafimy uporać się z pędem naszego świata.”

Perspektywa psychologiczna- tak jakby człowiek był wykorzeniony ze społeczeństwa i dotyku ziemi -wydaje się niezmienna. Nadal w terapii klient urabiany jest w bieżącej narracji neoliberalnej służącej potrzebom Rynku i Systemu. „W trakcie terapii pacjent staje się bardziej świadomy, że to on jest w większości autorem swojego życia, a nie okoliczności zewnętrzne. Jednak, żeby do tego doszło niezbędny jest czas.”

W gabinecie bieżące cierpienie przekierowywane jest na przeszłość („to wszystko to wina twoich rodziców”, „toksyczne dzieciństwo”). Lub też przechodzimy łagodne pranie mózgu w stronę jedynej prawdy : „Ja jestem ok, ty jesteś ok i oni są ok.”, jakby cierpienie klienta nie niosło ze sobą żadnych treści dotyczących rzeczywistości społecznej, kulturowej czy gospodarczej a było jakimś wyskokiem nieświadomości, błędem postrzegania czy wadą wydzielania hormonalnego.

Już czterdzieści lat temu socjolog Ulrich Beck pisał o tym, że jednostka w ramach swojej biografii i wobec rozpadu dotychczasowych więzi i narracji społecznych przejmuje na siebie ryzyko ryzyko samo-stanowienia, borykania się z płynnym i oferującym bezsensowne zajęcia rynkiem pracy, ze zdobyciem wykształcenia, które nie gwarantuje żadnej ścieżki rozwoju zawodowego, ale jest wymagane przez instytucje; próbuje także pogodzić rozrodczość i prawa kobiet z wymaganiami rynku. Rynek najlepiej widziałby w nas jedynie samotne, jednostki, nieskończenie mobilne i elastyczne oraz skłonne do wydania pieniędzy na produkowane bezwartościowe „dobra” kosztem – nieoszacowanym- kurczącej się dzikiej przyrody. Jednostka nie ma jak ukryć się przed zagrożeniami (promieniowanie, substancje niebezpieczne, niezdrowa żywność) – skażenie. Zmiany klimatu są demokratyczne. Co więcej, jednostka -pozbawiona wiedzy specjalistycznej – jest skazana na zaufanie ekspertom i -wbrew sobie- na akceptację narzuconych przez nich norm (czyli de facto- zgody na trucie). Niestety, wbrew temu co się głosi, jednostka nie jest w swoich wyborach wolna. Jest dogłębnie i od początku życia sterowana przez instytucje i ekspertów a jej aspiracje życiowe i definicja sukcesu budowane przez oddziaływanie mediów. Wobec zagrożeń, nadmiaru, pustki i narzuconej ścieżki pozostaje bezradna- nawet jeśli jest tej pustki świadoma.

Ja powiem: depresja to naturalna reakcja na miałki świat, rynek chciwości, próba ucieczki od pozycji homo oeconomicus, skazanego na bycie producentem i konsumentem na wielkich targu chciwości.  Przeczucie końca cywilizacji opartej na niesprawiedliwie kumulowanym zysku, braku poszanowania dla praw Natury.

 

Nie da się żyć na kredyt.

***

Nie wiem jak innych, ale opiszę, co mnie otacza.

Siły jakie ja tracę na wyrzucanie tego gówna z przestrzeni wokół mnie są niewymierne.

W radio reklamy symulantów mających rozwiązać problemy rynku (praca siedząca), problemy związane z aparycją (jak zachować „młody wygląd”) oraz energia skierowana na „zdobywanie kredytów”. I żarcia – co to ma być w tej korpo a nie inne ” naprawdę świeże”. „Wyrzuć stare kup nowe”. Weź wypożyczkę i odpoczywaj”. Gdyby po nas przetrwały reklamy, potomni zobaczą obraz ludzi walczących o jakiś kawałek plastiku.

Szczęśliwie unikam „świata celebrytów”, totalnie wypranego z sensu. I doprawdy daruję sobie spostrzeżenia dziennikarzyn, kto kiedy nałożył na siebie jaką szmatę i jak fatalnie w niej wyglądał. Nie obchodzi mnie też kto komu obecnie daje dupy, w jakich okolicznościach przyrody i jaką peudoprodukcję, papkę dla ogłupionego tłumu, właśnie wydano. Tracę też sporo sił, by wyrzucić ze świadomości problem brzozy roztrzaskiwanych na tupolewach, tudzież tupolewów roztrzaskiwanych na brzozach, bo nie wiem już co ma się roztrzaskać o co w imię Najwyższej Prawdy, choć już się roztrzaskało.

Ja wiem, że brzoza w moim podwórzu umiera stojąc. Z braku wody i obniżenia poziomu wód gruntowych w okolicy. W studni kopanej dwadzieścia lat temu niewiele wody. A ja słucham wściekła i bezradna durnej pizduni w radio, która utyskuje, że ojej… będzie brzydka pogoda i zacznie padać…

Przed budynkiem, w którym pracuję nie ma już ani jednej strzelistej topoli. Drzewa to kruche i podczas wichur bezczelnie zrzucały gałęzie na śliczne samochody służbowe kłębiące się nerwowo na parkingu (ciągle za małym). A jakie sprzątanie kosztowne! Jedyny widok jaki mam z okna to kawałek kolorowej (jak pięknie, kolorowo, za PRLu tak nie było!) blachy falistej i wielka połać papy. Na niebo nie mam czasu spojrzeć.

I chora narracja quasi-religijna kręcąca się wokół całkowicie nieadekwatnego „rozmnażajcie się i czyńcie sobie Ziemię poddaną” (choć właśnie to nas niszczy jako gatunek). Wokół „Przyjdzie Królestwo Niebieskie”- choć raj jest tutaj, bo nie zdążymy przenieść się w gwiazdy jak na filmach SF. Narracja „all you need is love”, choćby była bo miłość do jakiegoś wyobrażonego pana na chmurce. Bzdurna narracja o tym, że jakiś ktoś wygubi złych a świat odda „sprawiedliwym”. A tak naprawdę hordy aspirujących do życia jak w Madrycie z pasma dotkniętego zmianami klimatycznymi rzucą się na ziemie, które jeszcze będzie można wykorzystać. A ci co pozostaną- nie będą należeć do „sprawiedliwych”, ale do najbardziej cwanych i bezwzględnych.

Nieprawdą jest bowiem, że jedynie potrzebujemy „miłości” i „wystarczająco dobrego rodzica”. Potrzebujemy ŻYWności, czystej wody, powietrza, dotyku ziemi, kontaktu z pięknem. Potrzebujemy sensu, tworzenia, rozmowy, własnej przestrzeni i ciszy.

Trudno zachować pogodę ducha wobec utraty świata całego. Trudno nie pogrążyć się w głębokiej żałobie.

Kiedy wreszcie popłynie w świat ryk bólu nie dławiony farmako- i psychoterapią? Ryk, który rozsadzi Rynek i System? Nie wiem, być może już za późno. Dostaliśmy jednak ogromny bonus: bilety w pierwszym rzędzie na spektakularne widowisko pt „Jak człowiek myślący a bezmyślny zniszczył sobie świat i zszedł do poziomu australopiteka (oby!)”. Ziemia traci na naszych oczach zdolność do podtrzymania życia (takiego jakie znamy), bo nikt jej nie terapeutyzował w stronę elastyczności. Emocji będzie pełno- ani kościoły ani gabinety, świeckie odpowiedniki takowych, nie nadążą z rozgrzeszaniem ludzkiej małpy.

http://www.medonet.pl/zdrowie/zdrowie-dla-kazdego,350-mln-osob-choruje-na-depresje–statystyka,artykul,1722319

Ocieplenie ziemskiej atmosfery przyspiesza (aktualizacja 5.11.2017)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *